AgataDutkowskaBlimsienNiekonwencjonalna, tryskająca energią i bardzo innowacyjna. Agata Dutkowska, matka założycielka Latającej Szkoły dla Kobiet, organizatorka Latających Kręgów i Dywanów oraz sławnego już Zlotu. Uczy kobiety, jak zarabiać na tym co się kocha, nie tracąc duszy i nie dając się pożreć Zusowi.

Agatę poznałam w czasach, kiedy byłam ogromnie samotna w Krakowie. Mój poprzedni partner pracował dniami i nocami (dosłownie) i nasz związek miał znamiona weekendowego. Poza tym byłam w mieście nowa,a znajomości zawarte w szkole mnie nie satysfakcjonowały. Tak trafiłam na jogę, której uczyła… Agata! Zajęcia prowadzone przez nią były moimi ulubionymi, więc kiedy jakiś czas później dowiedziałam się, że Agata organizuje coś, co tajemniczo nazywało się Kobiecym Kręgiem, postanowiłam się tam przejść. Okazało się, że był to strzał w dziesiątkę, bo poznałam masę kobiet, z niektórymi mam kontakt do dziś, z jedną z nich połączyła mnie pasja pisania. Od tego czasu Agata migała mi tu i tam, w magicznym Krakowie, bardziej jako znajoma i koleżanka. Ponad rok temu poprosiła, żebym była prelegentką na Latającym Kręgu i opowiedziała swoją historię. Historię swojego biznesu, którego wtedy nie miałam, bo pracowałam w korporacji, w której byłam już mocno nieszczęśliwa. Pamiętam, że na tym spotkaniu opowiadałam kobietom, że NIGDY, PRZENIGDY ne należy rezygnować ze swoich pasji i zainteresowań, a w razie braku, prędko je nabyć. Wierzę bowiem, że to właśnie pasje są najlepszym sposobem by wpaść na pomysł na biznes. Zawsze tak robiłam i zawsze to dla mnie działało. Nie powinno więc dziwić, że ponad rok później dołączyłam do jesiennej edycji szkoły (już naprawdę skatowana korpo) po to, by zarabiać na tym co kocham. Na pisaniu, na gadaniu, na inspirowaniu, na rzucaniu ziarenek na podatny grunt, na łączeniu kobiet i uczeniu ich (i siebie! i siebie!) jak kochać siebie samą. Tak też powstała blimsien.com Tę historię już znacie. Teraz czas na historię Agaty.

Mała Agatka, jak już dorośnie, chciała być…?

Artystką czyli pisarką, malarką i piosenkarką. Nagrywałam nawet wywiady na magnetofon, w których opowiadałam o swoich nienapisanych jeszcze książkach. Jak widać, to mi zostało.

A duża Agata, czym się właściwie zajmuje?

Pomagam kobietom zakładać własne biznesy. Takie z duszą. Oparte na tym, co im gra w sercu. Łączę babki z całej Polski, pomagam im tworzyć sieci wsparcia. Piszę artykuły, robię kursy on-line. A oprócz tego badam, co w trawie piszczy i interesuję się masą rzeczy naraz.

Czyli można powiedzieć, że jesteś pionierką. Nie jesteś z żadnej fundacji, nie jesteś panią z urzędu aktywizującą bezrobotne. Skąd w ogóle taki pomysł? I czemu kobiety, a nie choćby po prostu start-upy?

Pomysł wpadł mi do głowy, bo zawsze chciałam działać w tzw. rozwoju osobistym, pracować
z kobietami. Zobaczyłam też, że u kobiet, które znam, najważniejszym tematem do przepracowania jest wątek niezależności finansowej i realizowania się, zarabiając na tym, co
kochają. Plus sama popełniłam wiele błędów, zakładając swój pierwszy biznes, i chciałam podzielić się tym doświadczeniem.

No to dobra, skoro już poruszyłaś temat swoich koleżanek i ich potrzeb… Zauważyłam, że niezależnie od środowiska, w jakim się obracam, kobiety i mężczyźni zupełnie inaczej odbierają swoją pracę. Nie mówię nawet o matkach, mówię po prostu o kobietach. Mam takie spostrzeżenie, że faceci są bardziej zadaniowi, od kreski do kreski. W jakiś sposób akceptują, że „praca to praca” i niekoniecznie szukają w niej spełnienia, raczej gratyfikacji finansowej lub ewentualnie prestiżu. Z kobietami jest moim zdaniem inaczej. Pragniemy się angażować w pracę i daje nam ona dużo spełnienia, ale chyba gorzej znosimy pracę bez poczucia sensu, celu, satysfakcji lub takiej, w której panuje kiepska atmosfera. Co myślisz?

Myślę, że każdy człowiek chce pracować i mieć poczucie sensu.

Na elementarnym poziomie tak. Jednak to kobiety częściej marzą o tym, żeby zarabiać na tym,co kochają. Widzisz, nawet nie „zarabiam na tym, w czym jestem dobra”. Czasami rzucają świetne kariery po to, żeby zająć się tym, co im w duszy gra. Widzisz jakieś różnice w męskim i kobiecym podejściu do własnego biznesu? Do sposobu jego prowadzenia?

Hmmm… Nie znam statystyk, ale może coś w tym jest. Wiele kobiet chce dawać i chce tworzyć. Wtedy czują się spełnione. Trudniej im przychodzi zarabiać na tym i ujarzmiać swoją twórczość w biznesowe struktury. Ja im w tym pomagam. Mężczyźni na pewno podchodzą inaczej, ale nie wiem, czy warto to uogólniać. To jest też kwestią branży i tego, że biznes w ogóle się dziś zmienia. Kobiety częściej traktują swoje biznesy jak dzieci. Nie traktują ich przedmiotowo, przywiązują się. Niechętnie robią fuzje. Traktują to, co robią, emocjonalnie. Podobno są takie badania, przeprowadzone na szeroką skalę w USA, które to potwierdzają.

Czuję to, co mówisz o traktowaniu biznesu jak dziecka. Ciężko mi nawet zmienić stronę internetową, kiedy jest nieskuteczna, ale mi się podoba. Strasznie się przywiązuję do swoich wizji. Porzućmy jednak ten trop dzielący na kobiece i męskie i skupmy się na dziewczynach. Załóżmy, że jestem panią w garsonce, pracuję w korpo i nienawidzę swojej pracy. W rzeczywistości mam pasję i kocham szydełkować. No ale co to za pasja? Jak miałabym zrobić z niej biznes, który nie będzie wacikowy?

„Kocham szydełkować” to brzmi jak hobby. Gdzie tu pomysł na biznes? Korpopani ma pomysł, czy chce żebym ja jej podała pomysł?

Pani wie, że nie może już dłużej być w strukturze korporacji. Chciałaby robić to, co kocha, ale nie widzi, jak mogłaby taką czynność przełożyć na biznes. Czy Agata jej pomoże? A jeśli nie, jakie pytania przed przyjściem do Agaty, pani musi sobie zadać, żeby wpaść na jakiś ożywczy trop?

Jak pani z korpo chce pomysłu ode mnie, to ja jej powiem – spójrz na nowojorski Wool and the Gang, biznes powstały z pasji robienia na drutach. Warto, żeby się zastanowiła, co i komu chce sprzedawać, bo biznes jest wtedy, jak coś sprzedajemy i ktoś chce to od nas kupić.

Tak się zastanawiam nad Twoim claimem… Myślę i myślę, i wciąż nie jestem przekonana, czemu akurat tak ważne jest, żeby zarabiać na tym, co się kocha? Po co łączyć te dwie rzeczy, zamiast zastosować mainstreamowy podział na „praca = stabilizacja i pieniądze” i „pasja = satysfakcja po godzinach”. „Zarabiaj na tym, co kochasz” brzmi dla mnie rewolucyjnie i bardzo utopijnie. To znaczy… No dobra, ja wytatuowałam dłoń w wieku 19 lat, żeby sobie odciąć drogę do bycia panią w garsonce. Czułam, że to by mnie zabiło. Ale ten schemat PRACA = OBOWIĄZEK jest bardzo powszechny. Tak sobie o tym myślę, kiedy przypominam sobie moją ścieżkę edukacji, to co mówili mi nauczyciele, na co naciskali rodzice. Wydawało się, że jedyną opcją jest iść na studia i dostać dobrą pracę. A tu nagle pojawia się Dutkowska i mówi mi, że mogę zarabiać na tym, co kocham. Ba! Że powinnam!

Nie robiłabym z tego claimu hasła, z którym bym szła na barykady. Nie powinnaś, ale możesz,
jeśli chcesz. To ścieżka dla ludzi z misją, którzy i tak chcą robić pewne rzeczy – pisać/pomagać/malować/śpiewać/łączyć itp., a ja im mogę pokazać, że dziś można również z tego żyć, bo są takie warunki, że jak się włoży sporo pracy i wysiłku to można zbudować sobie niezależne od korposruktur życie. To nie jest dla każdego, bo: a) trzeba zgodzić się na „życie przedsiębiorcy”,a nie każdemu to odpowiada, b) nie każdy czuje takiego bluesa i c) kto by wtedy podliczał tabelki w Philipie Morissie?

No tak. Jakie błędy popełniamy najczęściej w odniesieniu do własnego biznesu? Ja ze swojej strony przyznam się, że nie śledzę konkurencji, bo mnie to paraliżuje. Nienawidzę konkurować. A po drugie… Chyba trochę za bardzo bujam w obłokach, a za mało siedzę z kalkulatorem w ręku. Chyba te dwie rzeczy położyły moją pierwszą firmę.

Tak, złe kalkulacje na starcie. Niecierpliwość. Perfekcjonizm. Niesłuchanie klientów i niechęć
do wyjścia im naprzeciw. Niechęć do popełniania błędów i do dawania pewnych rzeczy za darmo na starcie, kiedy jeszcze nikt Cię nie zna. Żeby ludzie Cię pokochali, musisz, jak mówi Marie Forleo „wow! their pants off”, zrobić takie „wow”, że spadną im majtki.

Pamiętam, że kiedyś mówiłaś też, że laski same zaciągają sobie ręczny. Pamiętasz? Przypomnisz mi kontekst? To było dla mnie bardzo ważne, bo ja chyba wiecznie nie wierzę w siebie w materii „potrafię i jestem godna zarabiać dużo”.

Tak, to jest bardzo częste. Niby jadą, ale z zaciągniętym hamulcem. Ten „ręczny” to często
wewnętrzny krytyk oraz takie przekonanie, że wolno mi robić to, co chcę robić, dopiero jak
przyjdzie ktoś ważny i mnie namaści, że muszę mieć dyplomy i zielone światło od… W sumie nie wiadomo od kogo.

Oj tak, to to! Jak mi koleżanki powiedzą, że robię świetne torty albo że wspaniale zestawiam ubrania, ogarniam sprawy księgowe to… często machnę na to ręką. Bo niby kim jestem? A i one, te koleżanki, nie są tak ważne, by mnie namaścić. Nie to co jakiś ekspert. Ale o ekspertach też masz coś do powiedzenia. Na przykład to, że sama mogę zostać specką. No ale jak to sama?

Moim zdaniem dziś „ekspert” to nie tytuł, ale stan umysłu. Ekspertem staje się ten, kto chce służyć radą i swoją ekspertyzą. To ktoś, kto nie zjadł może wszystkich rozumów, ale chce się uczyć, jak czegoś nie wie, to sprawdzi i aktywnie pomaga innym rozwiązywać ich problemy Dziś wiedza jest bardziej dostępna niż kiedyś, a my możemy ją przyswajać i podawać dalej.

Ty dajesz bardzo dużo za darmo. Tak naprawdę wcale nie tylko w kwestii zarabiania. Na Twoje kręgi chodziłam, bo… No właśnie. Wiesz w ogóle czemu?

Nie, czemu?

Bo pierwszy raz w życiu spotkałam kobiety, które współpracowały. Faktycznie tworzyły sieć. Pomagały sobie, polecały wzajemnie swoje usługi. To było takie mocne! Tak naprawdę śmiało, z ręką na sercu mogę powiedzieć, że gdyby nie kręgi, być może nigdy nie wymyśliłabym dla siebie tego girlpower. To mi dało moc, bo znałam kobiety z innej strony. Sama też bałam się dzielić z dziewczynami swoją wiedzą bo… uważałam, że mi zagrażają. Mówiąc szczerze, uważam to za unikatową wartość Twojej działalności. Łączysz kobiety, jesteś takim cudownym spoiwem i
chyba dzięki Tobie właśnie uwierzyłam w tandemy, w grupy. Na mojej edycji Latającej Szkoły to było jedną z większych wartości. Wsparcie grupy. Nie sądziłam, że go potrzebuję, a teraz jest dla mnie takie cenne!

Jestem przekonana, że kobiety szczególnie potrzebują takiego wsparcia i też potrafią je
fantastycznie dawać. Podobno kobiety są największym nieodkrytym dobrem naturalnym.

Ha, ha, ha! Zgadzam się z tym! Są w dodatku źródłem odnawialnym (o ile nauczą się
regenerować). Czuję, że chciałabym, żebyś w tym miejscu opowiedziała o Latających Dywanach. Bo to też coś, co dajesz, a jednocześnie to nie jest biznesowe. Po co to robisz i co się tam właściwie dzieje?

Latające Dywany nie mają nic wspólnego z biznesem ani pracą, to taka moja wariacja na temat tradycyjnych kręgów mocy i różnych inspiracji orientalnych. W zasadzie Dywany to taki rytuał inspirowany moim doświadczeniami z Kalifornii. Będąc tam na kursie, robiliśmy ceremonie celebracji Piękna, Prawdy i Dobra (wiem, że to podniośle brzmi w języku polskim, ale nic na to nie poradzę) i jakoś to mnie zainspirowało. Siedzą kobiety na dywanie, pięknie ubrane na tę okazję, wśród świec i kwiatów i mówią o rzeczach dobrych, pięknych i prawdziwych, po kolei przekazując sobie „talking stick”, czyli na przykład muszlę albo jakiś inny przedmiot mocy. Zero narzekania, plotkowania, wchodzenia w polemiki, dysputy. Tylko skupienie i celebracja.

Pamiętam ten Dywan, na którym byłam. Jego kolejną zaletą było dla mnie to, że poznałam kobiety, których normalnie bym nie poznała z powodu ich osobowości, zainteresowań lub wieku.Bardzo podoba mi się, że mogłam porozmawiać z tak różnymi osobami. Mam też takie spostrzeżenie, że dobrze jest się skonfrontować z doświadczeniami kobiet w różnym wieku. Coraz rzadziej w końcu możemy spotykać wielpokoleniowe rodziny mieszkające razem, w których wnuczka może na co dzień czerpać z wiedzy babci, a babcia być wciąż „na czasie”, dzięki rozmowom z wnuczką. Poza tym Dywany to błogosławieństwo dla kogoś, kto tak jak ja nie lubi small talków. Fajnie było usłyszeć poruszające historie od kompletnie obcych osób. Aż się rozmarzyłam… Tak, to było bardzo fajne. Oprócz tego, ale wciąż w temacie dzielenia się swoją wiedzą, napisałaś książkę. O czym ona jest?

Książka się pisze. Roboczy tytuł brzmi „Jak założyć własny biznes, nie stracić duszy i nie
zostać zjedzonym przez ZUS”. Chcę się w niej w lekki i przystępny sposób podzielić moimi
doświadczeniami dotyczącymi ścieżki zawodowej. Myślę, że takich pozycji jest za mało. To nie ma być poradnik w stylu „załóż start-up w 7 krokach”, bo takie poradniki są najczęściej nudne. To ma być inspirująca, dodająca otuchy opowieść.

Czy możemy zdradzić, że pierwszy rozdział jest zupełnie za darmo i mogą go ściągnąć również moje czytelniczki?

Jasne! Będę bardzo wdzięczna. (Po darmowy rozdział należy kierować się TU – dopisek Blum)

Nigdy nie pracowałaś na etacie. Byłaś nauczycielką jogi, przewodniczką miejską, udzielałaś korków z angielskiego, a nawet pracowałaś na uniwersytecie w Dusseldorfie. Jednak początki Latającej Szkoły dla Kobiet były trochę jak próby punkowego zespołu, które odbywają się w garażu. No bo nie było biznesplanu i dotacji z Unii, prawda? Zamiast tego w Twojej pracowni na Zabłociu…

…było 10 kobiet, wybuchła maszynka do kawy, było dużo emocji, a ja testowałam
warsztat „Zarabiam, robiąc to, co kocham”, gdzie można było wyrazić na głos swoje wizje pracy marzeń i można było – to jest boskie – poddać się burzom mózgu, kiedy cała grupa wymyślała różne pomysły dla każdej uczestniczki. Chodziło o zbliżenie się do myśli, że może można jednak robić coś, co się chce i czuje i jeszcze na tym zarabiać. Mówiłyśmy nawet, ile dokładnie byśmy chciały zarabiać. Na głos, przełamując pewne tabu.

To natychmiast rodzi moje pytanie na temat pieniędzy. Chyba pierwszy raz od Ciebie usłyszałam,że pieniądze to nic złego, ale energia. Powiedz coś więcej o swoim stosunku do pieniędzy. Uważam, że jest oryginalny.

Pieniądze są potrzebne do życia, bo można je wymienić na książki, podróże, zdrowe jedzenie, edukację. Można za ich pomocą dbać o siebie i innych. To nie jest nic oryginalnego, ale ja mam też poczucie, że jak fajni ludzie będą mieć więcej pieniędzy, to będą je wydawać na rzeczy fajne – nie na dragi, dziwki i granaty (granaty w sensie broń :), bo granaty owoce są bardzo okej), ale na dobry design, produkty eko i ciekawe inicjatywy. Sama to widzę po sobie. Zatem w moim interesie jest, aby fajni ludzie w Polsce mieli więcej pieniędzy. Ja nie pochodzę z bogatego domu, raczej z bardzo przeciętnego, pieniądze zawsze były problemem i były związane z lękiem, ale myślę, że można wyjść poza te ograniczenia, które się wyniosło z domu i zmienić swoje podejście.

W Polsce bardzo pragniemy pieniędzy, ale też, mamy opory, żeby o nich rozmawiać albo mówić, ile chcemy zarabiać. Zazdrościmy tym, którzy je mają. Nazwałabym nasz narodowy stosunek do złotego jako „niezdrowa ekscytacja”.

Wiesz, dowiedziałam się wczoraj, że 2000 Polaków przyszło na warsztat Harva Ekera o umyśle bogacza, który kosztował 600 zł. Eker to trochę taki guru, trochę oszołom z USA, który ludziom zmienia „mindset”.

Może wydaje Ci się, że Twoje poglądy nie są oryginalne, jednak jesteś też z lewicującego środowiska, w dodatku jesteś joginką… Tu czyha na nas zasadzka minimalizmu pojętego na zasadzie „biedny, ale uduchowiony”. Widzę takie „albo, albo”. Czasem sama łapię się na potrzebie tłumaczenia się z tego, jak wydaję pieniądze, skąd je mam albo dlaczego pozwalam sobie wydawać duże pieniądze na „luksusy”. W sumie nie spada mi ona z nieba (szkoda ;)) i chciałabym bardzo, żeby ludzie uwierzyli, że mogą ją zarabiać i że wydawanie pieniędzy nie jest niczym zdrożnym. Zwłaszcza kiedy możesz dawać hojne tipy lub dajesz zarabiać ludziom, do których aż serce Ci się śmieje. Uwielbiam ten moment, kiedy wydaję kasę, ale czuję się bardziej, jakbym ją dostała.

Ja byłam bardzo zdziwiona, jak u mojej mistrzyni zen zobaczyłam w łazience masę kosmetyków Diora.

Spytałaś ją o Diora?

Nieee. W zen się mało gada.

Byłaś zdegustowana czy zaciekawiona?

Zdziwiona. Pomyślałam, dlaczego jej zależy na swoim wyglądzie, czy nie powinna być ponad to? I w sumie coś to we mnie poruszyło, bo jakaś część mnie kocha kredki Diora, a myślałam, że one się wykluczają z byciem osobą duchową… Ale to takie neofickie .przesądy

Ja mam taką koncepcję, która w sumie chyba się sprawdza, że im większy dobrobyt mnie otacza, tym czuję się bezpieczniej i chętniej daję innym. Może nie daję innym zbyt wiele pieniędzy, ale faktycznie pozwalam zarobić fajnym ludziom, korzystając z ich fajnych usług. W ogóle lubię wydawać na usługi, bo mam wrażenie, że to trafia bezpośrednio do zainteresowanych osób. Łatwiej wtedy też jest mi oddawać swoje rzeczy czy dzielić się wiedzą. Po prostu czuję, że mi nie zabraknie. To wielki plus dobrobytu.

Myślę, że kluczem jest świadomość. Na przykład jogini mieszkający w jaskiniach, owinięci jedynie skórą, na pewno nie mieli świadomości niedostatku, mieli poczucie, że mają wszystko, czego potrzebują i to jest kluczem.

Ale jest jeszcze coś. Mam pierdolca na punkcie niezależności. Wyniosłam to z domu, w którym ten miał władzę, kto miał kasę. Czułam, że muszę samo stanowić o sobie. Masz jakieś refleksje związane z kobiecą niezależnością finansową? Bo chcę Ci jeszcze coś powiedzieć, ale to zaraz.

W 9 przypadkach na 10, w których kobiety są w przemocowej lub zależnościowej relacji, jest to też zależność ekonomiczna. Zależy mi na tym, abyśmy szli w kierunku świata, w którym relacje są fair i opierają się na dobrowolności, nie na przymusie. Niezależne finansowo kobiety są w stanie podejmować lepsze decyzje i lepiej dbać o siebie.

Często kobiety chcą być traktowane jak księżniczki. Ale coś mi świta, że jak mieszkasz w pałacu, do którego się nie dokładasz, to niebawem będziesz szorować w nim posadzki…

To się nie wyklucza. Można być niezależną i być traktowaną jak księżniczka. Księżniczka to nie niewolnica.

Myślę raczej o postawie „niech on zadba, bo jest mężczyzną”. Tyle, że kiedy jemu zbrzydnie, albo jest najwspanialszy, ale coś mu się stanie to ja… No, nie było mnie na rynku pracy!

Mojemu tacie na przykład po dwudziestu kilku latach się odwidziało i moja mama w wieku lat
prawie pięćdziesięciu weszła na rynek pracy z prawie zerowym doświadczeniem. Niech faceci
dbają – jestem za! Wtedy można sobie własne pieniądze odłożyć na konto oszczędnościowe.

Spryciara.

Chyba, że ktoś chce w 100% poświęcić się macierzyństwu.

Wiem, ale i tak uważam, że to nie do końca fair, żeby jedna osoba musiała finansowo udźwignąć całą rodzinę.

No, ale jeśli chce? Najczęściej jest to i tak niemożliwe, chyba że mąż ma superzawód.

Poza tym pieniądze sprawiają, że łatwiej Ci decydować o sobie, i faktycznie jesteś, bo chcesz, a nie bo masz poczucie, że bez kogoś sobie nie poradzisz. I teraz jest pora na jeszcze jedną moją obserwację. Dość często bywałam na LK, byłam też na Zlocie i kurczę… dlaczego tam tak strasznie mało było bardzo młodych kobiet? Kobiet dopiero wchodzących na rynek pracy?

Bo to nie jest do końca ich bajka jeszcze. Jak jest się bardzo młodym, to często ma się kasę od rodziców i ma się fokus na imprezy i zajawki – przynajmniej ja tak miałam. Miałam takie poczucie, że tam są kobiety, którym w życiu wydarzyło się coś, jakiś przełom.Puste gniazdo albo właśnie macierzyństwo, czasem rozwód. Zrobiło mi się smutno. Bo te dwudziestolatki też powinny usłyszeć, że mogą i to właściwie już teraz. Gdyby miały know-how, które tam lata w powietrzu, myślę, że wystartowałyby jak rakiety!

Na jednym z ostatnich kręgów bohaterką była super młoda dziewczyna.. Ale ona już działa, ma przewagę nad starszymi i social media w małym palcu. Na spotkaniach w klimatach IT dla dziewczyn jest sporo młodych lasek. Prężnie działają.

Chciałam też spytać o dos and don’ts, ale don’ts już mamy.

Hmmm… Białe wino do ryby. I nie warto jeść dużo na noc!

Gdybyś miała dać 5 superporad moim czytelniczkom, jak zabrać się za porzucenie etatu i rozpoczęcie własnego biznesu byłyby to…

O rety, rety…

rzucić pracę

Agata, zapytałam Cię już chyba o wszystko, o co zawsze chciałam zagadać, ale nie było czasu.Mam nadzieję, że nasza rozmowa będzie inspirująca dla kobiet i jeszcze więcej z nich będzie mogło się od Ciebie uczyć. Czy masz jeszcze jakąś myśl, którą chciałabyś przekazać? Chodzi Ci coś po głowie?

Tak, chciałabym coś jeszcze na koniec powiedzieć. Często ludzie boją się krytyki, hejtu. Dziś
jesteśmy coraz wrażliwsi i czulsi, a jednocześnie bardziej narażeni na ocenę i przez to bardziej ironiczni. No więc, ja chciałam się podzielić tym, że ważne jest, aby mieć jasność, na co się chce poświęcać swoją energię życiową, bo ona jest mega cenna. Bezcenna. I czy poświęcanie uwagi komuś, komu się nie podobamy, przynosi pożytek? Nam albo takiej osobie? Dla minie to strata cennej energii. Tak jak mycie zębów przy niezakręconym kranie albo rozkręcanie pieca przy otwartym oknie. Nieekologiczne i nieekonomiczne.


LatającaSzkoła

NAMIARY NA AGATĘ:

STRONA LATAJĄCEJ SZKOŁY (polecam zapisać się do newslettera, fajne inspiry) tu znajdziesz też formularz, który należy wypełnić by dostać pierwszy rozdział książki Agaty za free.

FEJSBOOK


Korekta tekstu: Weronika Starzyk

Author

24 Comments

  1. Czytając polskie poradniki o zarabianiu, zawsze rodzi się pytanie, czy ten kolo już zarobił jakieś pie stosując własne algorytmy?

    Są oczywiście wyjątki, dlatego Czarnecki w swojej książce nie musi powoływać się na własnego PITa, bo każdy czytelnik Forbesa, czy Wprosta, wie, na której lokacie wylądował Czarnecki w danym roku.

    W Stanach jest inaczej, autorzy piszący o zarabianiu, centralnie informują, kiedy zdobyli i w jaki sposób swój pierwszy milion. Byliby po prostu niewiarygodni.

    Dlatego zabrakło mi w tym wywiadzie pytania, być może odrobinę niegrzecznego, ale o jakich pieniądzach mówi pomysłodawczyni fruwającej szkoły, ile sama zarabia i na czym?

    Inna sprawa, to to, że jest pewien szkopuł w zarabianiu na własnej pasji, coś co później może utrudnić prawdziwy/poważny rozwój biznesu, otóż ten szkopuł, to samozatrudnienie. Nie da się takiego biznesu powielić. Jak dobrze idzie, nie da się go prowadzić, gdy zachorujemy, lub gdy chcemy udać się na wakąns, dlatego, że biznes jest tylko wtedy, gdy my w nim jesteśmy.

    Najlepszą pasją do robienia biznesu, powinna być pasja do robienia biznesu.

    Ludzie pracujący w korporacji, są specjalnie szkoleni, do pracy na kogoś. Wszelkie embieje i inne drogie szkoły ęą tego samego uczą. Dlatego ludzie, w tym kobiety rzucający pracę często są bezbronne i zagubione. Czego innego się spodziewały. Nie potrafią stworzyć nowej struktury, jaką jest własna firma. Zdarza się, że odchodzą wraz z klientem swojego poprzedniego pracodawcy. Jest to jakieś rozwiązanie, nie do końca etyczne, ale kij w nyry korporacjom.

    Żeby zbudować własny biznes trzeba być odważnym człowiekiem.

    Blum pisze, że stosunkowo mało młodych kobiet zlatuje się u Agaty, ale to dlatego, że we własnym biznesie popełniasz błędy, upadasz i się podnosisz, a to trwa. Wszystkie wielkie biznesy, które śledziłam miały za sobą, a raczej ich twórcy mieli upadki, krachy, potknięcia.

    Błędy są zajebiste, bo uczą, ale to wszystko trwa w czasie. Więc kobietom najczęściej przybywa lat, zanim robią się naprawdę dobrymi zarządzającymi własnym interesem.

    Oczywiście pomysł na biznes jest ważny, ale o wiele ważniejsza jest pasja do robienia biznesu, chęć poświęcenia mu, gdy raczkuje całego swojego czasu, kreatywność, innowacyjność, pozytywne popierdolenie wyróżniające na rynku, a wtedy wystarczy nawet franczyza.

    Biznes albo siedzi w człowieku, albo go nie ma.

    Jest ważniejszy od pieniędzy, które się zrobi, bo z dobrego biznesu zawsze będą szły dobre pie. Oczywiście bywa, że jesteśmy nieświadomi, co w nas siedzi i przechodząc obok fortepianu koncertowego, doznajemy impulsu i dziwiąc się, zaczynamy grać sonatę prosto z trzewi.

    Niestety nie wystarczy talent do szydełkowania, pasja do pieczenia tortów, czy zajawka na eko żywność. Trzeba mieć pasję do robienia biznesu. Każdy zrobi smaczniejszego hamburgera niż MacDonald, ale już nie każdy potrafi go sprzedać, nie mówiąc, że w takich ilościach.

  2. Blum

    Droga Pepsi i zgodzę się z Tobą i nie.

    Oczywiście, że biznes nie jest dla każdego. Trzeba umieć się samodyscyplinować, mieć pomysł, być samodzielnym. Samemu nagrywać sobie robotę, samemu pilnować, samemu ogarniać. I oczywiście, masz rację, wypadasz z gry to jednoosobowy biznes pada. Trzeba się też zgodzić na to, że to nie jest ciepła i bezpieczna norka. Trzeba zakasać rękawy i naginać. Nie wydaje mi się, żeby każdy się do tego nadawał i to też mówi Agata.

    Dwa, akurat ona proponuje bardzo fajne kursy, które pozwalają zweryfikować czy pomysł jest na biznes czy jeno na pasję, i jeśli na biznes, jak przejść od szczegółu do ogółu. Jest dużą, przyzwoicie (czyli na swoje potrzeby) zarabiającą dziewczynką, ale nie wiem czy się ujawni. Nie tylko Polska to nie Stany, stosunek Polaków do kasy i rywalizacji jest inny niż tam. Całkiem inny mit, trzeba mieć jaja, żeby powiedzieć konkret ile się wyciąga. Niemniej dla mnie to osoba w pełni wiarygodna.

    A teraz z czym się nie zgadzam – to nie tak, że biznes siedzi w człowieku albo nie. Bo jak nie siedzi w tobie ciekawość i chęć pogłębiania własnych skillsów, to nawet na etacie będziesz raczej w niższej krajowej. Trzeba pogłębiać wiedzę, kombinować, upraszczać, lepiej odpowiadać na potrzeby klienta, niezależnie od tego czy robisz dla siebie czy dla kogoś. Chcesz być dobry? Musisz ciągle się uczyć. I odnośnie własnej firmy jeszcze – ludzie robią to z różnych powodów. Jedni bo w ten sposób mogą zarobić więcej hajsów, inni bo nie lubią hierarchii i chcą mieć elastyczny czas pracy – nawet godząc się przy tym na niższy hajs niż mieliby na etacie. Jest to cena za pewien komfort. Więc dla jednego będzie to praca w pojedynkę i bycie sobie sterem i okrętem, dla drugiego skręcanie długopisów pod batem szefa 😉

  3. Czuję się wywołana do tablicy. I myślę, że pytania są uzasadnione.

    Po pierwsze nie zarobiłam „pierwszego miliona”. A przede wszystkim – w przeciwieństwie do większości osób, które uczą „jak zarabiać” nie uczę jak zrobić „wielki biznes”, czy też „jak zarobić milion”. Uczę, jak zarobić na własnym biznesie tyle, żeby móc się z tego utrzymać, czyli żeby wyjść z „fazy wacikowej”. Cel zarobkowy większości biznesów, które trafiają do Szkoły najczęściej oscyluje wokół średniej krajowej. Od zawsze utrzymuję się z robienia tego, co kocham. Nigdy nie pracowałam na etacie. Nie będę pisała, ile dokładnie zarabiam. Powiedźmy, że w okolicach tego, co zarabiał pracownik IT wyższego szczebla w Warszawie w 2014 roku wg raportu GUSu.

    Pewnie, żeby „robić biznes” w wielkim stylu i na wielką skalę, trzeba mieć cojones grandes i czuć do tego bluesa. Ale też zależy o jakim biznesie mówimy. Ja nie mam smykałki do biznesu jako takiego. Nie przejęłabym po tacie przetwórni ryb, gdyby ją posiadał i nie poprowadziłabym jej w świetlaną przyszłość. Zwyczajnie by mi się nie chciało.

    Mam wrażenie, że te rzeczy, które są konieczne do tego, żeby się udało, można w sobie wyćwiczyć i że jest to niezłe ćwiczenie i doskonała ścieżka samorozwoju. Na pewno sama zajawka na coś, co się lubi robić nie wystarczy.

  4. Moim skromnym zdaniem, wchodzenie w biznes z założeniem, że ja tylko chcę trochę zarobić, byle robić u siebie jest podcięciem sobie skrzydeł na starcie. Tak na wszelki wypadek.

    Rzucasz pracę, albo jeszcze żadnej nie podjęłaś, decydujesz się na to, że sama musisz zapewnić sobie ubezpieczenie, że nie przysługują Ci wakacje, ani premie, że musisz nagle wziąć za wszystko odpowiedzialność i masz sobie mówić, że ja tylko tak troszkę chcę zarobić, może troszkę więcej niż troszkę, ale nie mam zbytnich aspiracji?

    Niestety takie firmy upadają zanim jeszcze dobrze się rozkręcą.

    Znikają odwrotnie proporcjonalnie do wysypu grzybków po deszczu.

    Ostatnio upadła firma, akurat tak się złożyło, że dwóch fanek latającej szkoły. I ta firma musiała upaść, po to, aby mogły te młode kobiety wyciągnąć naukę, ale też dlatego, że o wiele za dużo było w niej, czyli w tej firmie pasji do leitmotivu działalności, a o wiele za mało zacięcia do biznesu.

    Celem firmy jest zarabianie, im lepiej zarządzana firma, tym lepiej zarabia, natomiast misja firmy, to już zupełnie inna sprawa. Misją firmy może być równie dobrze działalność charytatywna.

    Ograniczanie się w możliwościach, planach, chęciach, nie rozmawianie o pieniądzach, określanie pułapów tego, co się chce osiągnąć, praca na pół gwizdka, bo się przecież tylko pół gwizdka chce zarabiać, to wszystko prowadzi do tego, że się znajdziemy w tych 9 firmach, które nigdy nie przetrwają 10 lat.

    Bo jak wiadomo, tylko 1 na 10 firm udaje się przetrwać dekadę. Zresztą połowa odpada już po dwóch latach.

    Moim zdaniem mówienie kobietom, że wszystko mogą jest jak najbardziej słuszne, że pasje są ważne, to oczywiste, ale tak jak w miłości, słabo wychodzi wmawianie sobie pewnych rzeczy, tak samo w pasjach, albo się je ma, albo nie.

    Na szczęście do zrobienia biznesu nie potrzeba pasji.

    Potrzebna jest wizja siebie za parę lat, czyli też własnego biznesu. Skoro za parę lat, chcę mieć finansową wolność, chcę mieć czas dla siebie i swoich bliskich, chcę mieć luz, to za parę lat moja firma musi mieć dużą wartość.

    Żeby moja firma miała wartość, muszę iść odpowiednią drogą, czyli muszę każdego dnia mierzyć się z konkurencją, muszę się poświęcić, muszę uczyć się każdego dnia, wyciągać wnioski z pomyłek jak właściciel, a jednocześnie mylić się jak najmniej jak pracownik, któremu nie wolno się mylić.

    Muszę mieć zajebisty rozmach, i patrzyć daleko, żeby mnie nie zdmuchnął byle wiaterek, no i produktywność. We własnej firmie produktywność jest wszystkim.

    Konkluzja moja:
    Żeby mieć jakiś tam biznes, byle swój, lepiej tego wcale nie robić, bo i tak padnie.

    Żeby mieć świetny biznes, czyli dochodowy, o nieograniczonych możliwościach, należy dowiedzieć się czego ludzie potrzebują i dawać im to z pasją.

    Dlatego, gdy lubimy dziergać na drutach, a wszystkich wokół bolą zębiska, o wiele lepiej jest wynająć lokal, wziąć w lizing fotele dentystyczne, nająć dwie stomatolożki, dwie pomoce dentystyczne i jedną panią do recepcji, a w poczekalni ustawić kosze z rozpoczętymi robótkami, wełną i katalogami wzorów, niż starać się sprzedawać cierpiącym na zapalenie przyzębia, własnoręcznie zrobione swetry. Gdyż to one są akurat naszą pasją.

    Żeby nie było, jestem bardzo za tym, aby ludzie, w tym kobiety stawiały swoje firmy, dlatego jak najbardziej podoba mi się idea latającej szkoły, ale bez potężnego drajwu do zarabiania nie ma po co otwierać firmy.

    Moja kumpela arystokratka, została zatrudniona w dużej kanadyjskiej firmie architektonicznej, na eksponowanym stanowisku, już miała dostać udziały, po czym jednak ją pożegnano. – Pani ma za mało drajwu do zarabiania – uzasadniono.

    I ja się z tym zgadzam.

    Obecnie kumpela jest głównym architektem pewnej bardzo szpanerskiej dzielnicy i na tym stanowisku brak drajwu do zarabiania jest jak najbardziej pożądany.

    Na koniec dodam, że centralnie jestem z Wami.

  5. dziękuję, dziękuję, dziękuję Wam kobiety :*

  6. Mamy inne punkty widzenia z Pepsi. Oto mój:

    1. Nie rozumiem, czemu idea zarobienia średniej krajowej na własnym biznesie jest podcinaniem sobie skrzydeł. Czy zarabianie średniej krajowej = „zarabianie trochę”? Moim zdaniem nie. To dla wielu osób wystarczająco. I nie mi oceniać czyjeś aspiracje.

    2. Moim zdaniem jest to realizm. Biznesy nie upadają, bo zakładają, że za mało zarobią, a raczej, bo mają zbyt wygórowane oczekiwania.

    3. Kobiety, z którymi pracuję najczęściej nie rzucają ciepłego etatu z bajerami, urlopami i świadczeniami na rzecz biznesu. Albo zamieniają śmieciówkę na biznes, albo zaczynają po urlopie macierzyńskim, albo wychodzą z szarej strefy, albo jest to jeszcze inny scenariusz.

    4. Biznesy moim zdaniem nie upadają przez brak aspiracji do zarabiania i brak drajwu, tylko przez źle zrobione kalkulacje, brak realizmu, brak wiedzy, brak właściwego marketingu, brak badań – np. wywiadów z potencjalnym klientami, brak strategii i brak cierpliwości. Ja nie narzekam na swoje zarobki, ale nie mam „drajwu do zarabiania”. Kalkuluję, że w najbliższym roku uda mi się je podwoić, ale to też nie dzięki drajwowi do zarabiania, ale dzięki organicznemu rozwojowi firmy i kreatywności w działaniu.

    5. Nie mam wizji siebie za parę lat i nie uważam, żeby to było konieczne.

    6. Jeżeli ktoś ma smykałkę do biznesu, wynajmie lokal i zatrudni stomatologów, owszem. Ja zupełnie nie czuję takiego scenariusza – dla siebie. I jeśli mogę powiedzieć generalizując nieco, dla 99% dziewczyn ze społeczności wokół Latającej Szkoły to też nie jest atrakcyjny scenariusz.

    7. Jasne, trzymanie się swojej „pasji” jak pijany płotu jest głupie. Sztuką jest to, żeby znaleźć coś co możemy robić z sercem (co nie znaczy że jest to naszą „pasją” – zaczynam mieć na słowo pasja uczulenie 🙂 i czego ludzie autentycznie potrzebują.

    Howgh!

  7. „dlaczego tam tak strasznie mało było bardzo młodych kobiet? Kobiet dopiero wchodzących na rynek pracy?
    Bo to nie jest do końca ich bajka jeszcze. Jak jest się bardzo młodym, to często ma się kasę od rodziców i ma się fokus na imprezy i zajawki – przynajmniej ja tak miałam. ”

    Blim, a jak się nie ma hajsu od rodziców? Pomyślałaś o tym? Wiesz na co ma się fokus? Na to, żeby starczyło na czynsz i mpk, na to, żeby zjeść trzy posiłki dziennie. Tak, są też tacy ludzie ;), którzy w trakcie studiów muszą pracować, żeby się utrzymać. I raczej wątpię, by było z czego odłożyć. By było z czego zainwestować w firmę. A jak jednocześnie studiujesz i pracujesz, to jak masz poświęcić sto procent swojego pozostałego wolnego czasu (o ile taki się ma) na rozkminienie firmy, zbadanie rynku? Dodajmy do tego, że nic o tym nie wiesz. Trzeba też mieć pomysł. Ta daaaa!

    Zanim miałabym się zabrać za własną firmę, musiałbym być pewna, że wiem, po co to robię, JAK to zrobić. I tak, chciałabym mieć już życiowe doświadczenie, żeby byle co mnie nie załamało.

    Całuje jedyna 24-latka ze ZLOTu (wolontariat) 🙂

  8. Blum

    Bardzo ciekawa dyskusja się tu wywiązała, więc i ja chciałabym zabrać głos opisując mój punkt widzenia. Żałuję, że tyle zainteresowanych tematem kobiet siedzi cicho, no nic, może jeszcze się ujawnią.

    Chciałabym powiedzieć, że nie na darmo wybrałam Agatę Dutkowską w temacie zarabiania kasy. Wybrałam Agatę, bo jest ona wyjątkowa i z jej myśleniem łączy mnie silna więź. To nie jest więź kapitalisty biznesmena. To pragnienie życia z pasją, realizowania mojego większego ja, swojego potencjału. Uważam, że Agata bardzo dobrze uczy jak ten potencjał spieniężyć i nie ukrywa przed nikim, że wymaga to ciężkiej pracy, wizji oraz pewnych umiejętności i wiedzy, którą można posiąść. Zachwyca mnie to, że można robić rzeczy zajawkowe, piękne i klawe i móc z tego żyć.

    Gdybym miała myśleć stricte biznesowo i powodowałaby mną głównie chęć zysku z całą PEWNOŚCIĄ NIE ZDECYDOWAŁABYM SIĘ NA WŁASNĄ FIRMĘ. Bowiem nie realizowałabym wtedy swoich życiowych priorytetów. A moim życiowym priorytetem jest realizowanie siebie. Nie realizowałabym siebie jako właścicielka świetnie prosperującego gabinetu dentystnycznego, gdyż taki gabinet to mi lotto. Nieprawdą jest też, że biznes by się kręcił, a ja mogłabym leżeć do góry brzuchem, musiałabym się narobić i to robiąc rzeczy, których nienawidzę. Dobrze z resztą traktuje o tym ten hymn – https://www.youtube.com/watch?v=SmrFYM7wFZw Zatem gdybym miała zasuwać w robocie, której nie lowe, to wolę być total minimalistką. Praca we własnej firmie to praca non stop, jeśli nie jara cię to co robisz – umordujesz się. Wtedy lepiej pracować za mniej, ale u kogoś. Jest bezpiecznie, w dodatku możesz się odciąć i po godzinach pracy masz wszystko w nosie. Nie sprawdzasz maili o 23 (jeśli to robisz, rozważ lepszą higienę życia).

    Druga sprawa, Pepsi odnosi się trochę do rzeczy, które wywnioskowała, ale których de facto Agata nie powiedziała. Akurat obie panie mocno stąpają po ziemi, jednak Pepsi nie chodzi o drajw na misję. Pepsi misją jest pomnażanie hajsu, który ma jej dać życie,którego pragnie. Tak rozumiem jej wypowiedzi i wpisy na blogu. To jest właśnie punkt widzenia, który w rozmowie z Agatą, określiłam jako męski. Powiedziałam, że faceci częściej robią coś dla zysku, kobiety chciałyby więcej innych rzeczy, nawet gdyby zysk miał być mniejszy. Pepsi również zarabia na tym co kocha, robi to jak wiem skutecznie i też realizuje swoją pasję(choć nie tylko bo wiem też, że sprzedawała nieruchomości robione pod klienta, co jak mniemam wielką pasją autorki chyba nie jest). Pepsi myśli całkiem inaczej niż Agata. I też napisała książkę, jednak zupełnie inną niż ta Agaty. Pepsi napisała zadaniową książkę pełną technicznej wiedzy o pozycjonowaniu, nlp itp itd. Agaty książkę przeczytam, Pepsi już przeczytałam. Te dwa sprzeczne podejścia mogą być przydatne zależnie od tego, jaki mamy cel i jaki model życia chcemy realizować.

    Ja chcę realizować model życia Agaty, ale korzystam też z receptur Pepsi. Robię sobie takiego miksa.

    No to teraz Pepsinko Twój moment – ile zarabiasz?

  9. Blum

    Tox – nie zgadzam się. Ja do Krk przeprowadziłam się jak miałam 20 lat i miałam już od dłuższego czasu swoją firmę. Założyłam ją jako 19 latka. Nie miałam pojęcia o marketingu, nie miałam pojęcia o sitodruku, księgowości, o niczym absolutnie. Po prostu chciałam robić ciuchy,które sama chciałabym nosić. Co prawda rodzice pomagali mi z opłatami za mieszkanie (mieszkałam z chłopakiem więc koszta na pół) ale płaciłam czesne za szkołę i za życie z własnej kieszeni. Wypromowałam Toxic Candy nie mając absolutnie żadnej wiedzy, wszystko metodą prób i błędów i współpracą z fajnymi ludźmi. Skończyłam pracować tuż przed obroną, zaraz po obronie dostałam staż, a potem pracę w Mohito. Obecnie pracuję w Medicine i chce równolegle zarabiać na rzeczach związanych z tematyką bloga. Także jestem najlepszym przykładem, że nie ma czegoś takiego jak „nie da się jak rodzice nie pomogą”. Gdyby moi nie pomogli byłoby gorzej, ale nadal wyciągnęłabym z Toxicka na studenckie życie.

    Co więcej, ja nie zastanawiam się dlaczego młode dziewczyny nie idą do Agaty na kurs – bo faktycznie, nie masz pomysłu na biznes, szkoda Twojego czasu i kasy. Ale np Latające Kręgi za za free i można wiele posłuchać o cudzych błędach i się zainspirować, poznać ludzi, nie trzeba tam iść z myślą „już zakładam własną firmę”. Co więcej, ja mając fajny etat w Mohito, chodziłam tam bo była fajna energia i fajne kobiety. Poznałam copywriterkę, z którą spotykałam się na pisanie (z pasji, dla funu), a która w zeszłym roku poleciła mnie kilku angencjom jako odobę dobrze i sugestywnie piszącą. Dzięki temu mam dodatkowe zlecenia od czasu do czasu. Gdybym nie poznała jej na kręgu, pewnie w ogóle dziś bym nie miała takiej możliwości zarobku.

  10. Islenski

    Pepsi, co do robolenia i posiadania własnych biznesów- przypomniało mi się jak pewnie tak właśnie 3 lata temu wparowałem pierwszy raz na Twojego bloga przez moją najlepszą przyjaciółkę, która była kelnerką w raw restauracji w Krk, w której ty byłaś… menadżerką…(?) i ta moja przyjaciółka narzekała na to jaką jesteś siekierą jako szefowa…hehe Wparowałem na bloga by poczytać parę postów i pohejtować, ale jakoś tak zostałem. Swoją drogą różne anegdotki o Nulinie do dzisiaj mnie na podłogę sprowadzają. Fajną oberżę tam miałyście.

  11. Blum, ale w moim komentarzu nie było o tym, że się nie da 🙂 Było o tym, że to trudne. Powinnam też napisać o tym, że masz szczęście, że szybko odkryłaś, co chcesz robić 🙂 Nie wszystkie dziewczyny tak mają – ja tak nie mam – więc szukam. Na szukaniu schodzi trochę czasu, szczególnie jak się okazało, że się pomyliłaś i zmieniasz wszystko w pół drogi… To wszystko wymaga mega odwagi, odwrócić się, powiedzieć „to nie to”, znowu zaczynać od zera. I schodzi na to czas. Może to jest powód? I w ogóle to super, że wiedziałaś, że chcesz robić ciuchy – sama byłam ich wielką fanką, chociaż nie mogłam sobie ich kupić (martwy kucyk pony mój nr jeden 🙂 ).

    Ja wierzę, że się da – BA! – ja mam nadzieję, że dziewczyn-świeżynek zaraz po 20stce, które wiedzą, czego chcą i wiedzą, że warto się za to zabrać, będzie coraz więcej. Fajny jest taki świat!

    I Blum, tak samo jak Ty podobają mi się kobiece kręgi – sama prowadzę na Białej. I to jest fakt, tutaj też przychodzą dziewczyny bliżej i po 30stce, także starsze. Może „kobieta” to brzmi zbyt poważnie dla 20stolatki? Nie wiem. Może odpowiedzią będą Twoje girls gangi? Bo nazwa bardziej luzacka i zachęcająca niż dość tajemnicze, ale dosyć poważne „kręgi kobiet”?

    Niemniej ja o Latających Kręgach mówię gdzie się da 🙂 Szczególnie przemycam do młodszej siostry, jej koleżanek. Może będą kiedyś tego owoce i coraz młodsze dziewczyny zaczną przychodzić.

  12. Blum

    Tox- dzięki.

    Ale to nie tak, że wiedziałam, że chcę robić ciuchy. Kiedy znajomi w liceum mówili, że powinnam, bo ciągle coś przerabiałam, śmiałam się z tego. Moda nie była moją pasją. Po prostu miałam sytuację, że musiałam się wyprowadzić z domu i dostałam ultimatum, że jeśli będę się uczyć w innym mieście, dostanę też jakąś finansową pomoc. Poszłam do SAPU bo miałam firmę z ciuchami i chciałam wiedziec więcej. A potem się potoczyło.

    Lubię projektować, bo to realizuje moje pomysły. Od dziecka lubiłam rysować. Ale kocham też pisać i robię to tu i od zawsze w sieci, zeszytych i na konkursach. Dlatego uważam, że moje powołanie jest jeszcze przede mną.

  13. Oooo Islenski, a więc stąd się wziąłeś.

    W RO zetknęłam się z ludźmi z pasją do eteryczności, głębi, uduchowienia, ommmmmmmm, esencji, czarów i częstego obrażania się. Jednym słowem uwielbiałam z tymi osobami nawijać, centralnie krakowski relaks trans, ale nie wszyscy przepadali jak widać za moim stylem pracy.

    Co do odpowiedzi Agaty, faktycznie w kwestii słodkich firemuś nie mam nic do powiedzenia, chociaż z drugiej strony uważam, że mogą być naprawdę słodkie.

  14. Blum

    Peps jesteś prawdziwą piranią biznesu ;>

  15. Tak sobie was czytam i to, co mnie mega fascynuje to komentarze Pepsi, które w wielkim skrócie odczytuję jako: to nie…, to inaczej…, to od czapy…, z tym się nie zgadzam… Generalnie hejt, ale zrozumcie mnie dobrze…”Centralnie Jestem z Wami”.

  16. Takim jest i takim bede
    Czym jest dziwkarz, czy też pede
    Socjalista, czy faszysta
    Ja w tym serze, jako glista

  17. Eskpert to stan umyslu – podoba mi sie to powiedzenie, samej marzy mi sie praca na swoim i nosze sie z tym od wielu lat, ale jakos nie moge tego donosic, moze po prostu trzeba urodzic sie bizneswoman, i wtedy z byle czego mozna rozkrecic biznes, w przeciwnym razie konczy sie na marzeniach. Pozdrawiam serdecznie Beata

  18. Beato na szczęście nie jest tak jak podejrzewasz, robienie biznesu to fach i można się go wyuczyć. Biznes wtedy staje się też stanem umysłu. Są zasady, prawa ekonomiczne, które po prostu trzeba poznać. W awangardzie z naczelnym prawem dobrego biznesu – daj ludziom, to czego chcą, a jak nie wiedzą czego chcą, stwórz potrzebę. Natomiast rzeczywiście są ludzie z pewną wrodzoną intuicją biznesową, ale właśnie laski mają jej najwięcej, bo to jest po prostu kobieca intuicja.

    Hejoł, mogłaś skorzystać z tej dyskusji, się czegoś dowiedzieć, a tymczasem wybrałaś plotkowanie

  19. Dla mnie to jest takie trochę „jak zarobić na kobietach, które nie wiedzą, co zrobić ze swoim życiem”.

  20. Blum

    To na dobrą sprawę można powiedzieć o wszysrkim z gatunku „rozwój osobisty”

  21. Monika, akurat zupełnie na odwrót. To kobiety, które wiedzą co zrobić ze swoim życiem. Żeby brać udział w Szkole trzeba już było mieć konkretny pomysł i go opisać.

  22. A ja skorzystałam z Waszej rozmowy. Dziękuję Blum, dziękuję Agato, dziękuję Pepsi.
    Wszystkie Was rozumiem, najbardziej zbliżam się do zdania Blum, takiego po środku. I tak jak Blum, nie chciałabym własnego biznesu tylko dla kasy, musiałaby mnie ta branża kręcić. Ale przy podejściu Pepsi, rzeczywiście nie musi Cię branża kręcić, bo robisz biznes, żeby zrobić na nim fortunę, żeby go wciąż rozwijać, czyli robisz biznes, a nie szyjesz/leczysz zęby/wykonujesz czynności, które są Twoją pasją.
    Dwa różne podejścia. Obydwa tak samo dobre, ale inne 🙂
    Idealnym rozwiązaniem dla mnie byłoby wystartować z podejściem Agaty, mały biznes oparty na pasji (bo samospełnienie jeśli opieramy biznes na pasji jest totalnie nie do przecenienia), a potem wyskalować go do dużych rozmiarów.

    A Latającą Szkołą się zainteresuję, bo jestem dosłownie na progu własnej firmy.
    Dziękuję za ten tekst i pozdrawiam Was wszystkie 🙂

  23. Alex G.

    To jest Polska, proszę o tym pamiętać ! 1800euro ma kasjera na kasie za Odrą w Lidlu. 3tys euro ma być zasiłku w Norwegii dla każdego bezrobotnego. A u nas szarpanka za średnią krajową 🙂

Dodaj komentarz