Category

girlpower

Category

mikail-duran-652618-unsplash

Mam problem z pięknem. Kocham piękno! Jak trywialnie to brzmi, co za ohydny banał. A jednak prawda. Lubię ładne miasta, dobrze zaprojektowane rzeczy, pięknych ludzi. Źle się czuję, kiedy jestem brzydka, poczochrana, rozmamłana. Zwracam uwagę na detale. Może piękno rozumiem inaczej niż w klasycznym rozumieniu tego terminu. Rozumiem jednak i doceniam potrzebę człowieka, która zdaje się powstała razem z nim, do upiększania.

 

IMG_2743

Przyznaję, że kiedy odezwało się do mnie wydawnictwo W.A.B, z propozycją obdarowania mnie pozycją Sarai Walker o tytule Dietoland, pomyślałam, coś w stylu • o nie, kolejny gównoporandik o superfoodsach i dietach, napisany przez dwie blogerki, albo inną 25-letnią dietetyczkę •. W roztargnieniu nie zauważyłam, że okładka to nie słodka babeczka, ale grafika stylizowana na Banksy’ego i dopiero kiedy dotarłam do opinii:

Walker stworzyła swoisty manifest XXI wieku, rozprawiając się ze wiatem mody, nierówności płci, obsesją na punkcie wyglądu i brakiem akceptacji ciała przez kobiety. Pełna czarnego humoru, zjadliwa, czasami brutalna, ale intrygująca diagnoza.

Postanowiłam zgodzić się ją przeczytać, a i tak, przyznam szczerze, zrobiłam to przez tematykę, którą poruszam na tej stronie, wiedząc, że wiele z Was zmaga się z problemami siękochania i akceptacji własnego ciała. A potem… no cóż, połknęłam książkę w dwa dni. Czytałam ją rano po przebudzeniu, czytałam wieczorem przed pójściem spać, a nawet w drodze do parku. Wykorzystywałam każdą wolną chwilę, żeby łyknąć, choć kilka zdań. Skłamię, jeśli powiem, że ta książka jest arcydziełem, ale całkiem szczerze mogę powiedzieć, że ta książka jest bardzo POTRZEBNA. Na początku byłam przekonana, że porusza ona problemy, które dla siebie samej nazywam problemami starego feminizmu. Chodzi o odzyskanie własnego ciała, prawa do wizerunku, chodzi o uprzedmiotowienie ciał kobiet, ich seksualizację same old, same old. Jednak dla nas, zwłaszcza teraz, zwłaszcza w obecnej sytuacji polityczno-społecznej, ta książka może wydać się bardzo ciekawa, inspirująca i wzmacniająca. Poza kwestiami dotyczącymi ciała, o których chcę powiedzieć coś później, porusza kwestie kobiecego buntu, terroryzmu, aktów obywatelskiego nieposłuszeństwa i siostrzeństwa. Siostrzeństwa, które ma tu wiele odcieni. Będzie to stworzenie listy nieruchalnych fiutów (czyli facetów, którzy z powodu swojego zachowania wobec kobiet nie powinni nigdy móc gościć w waginie i mieć prawa do związku — tych panów już nie obsługujemy) i będzie to wspólne robienie śniadań, przytulanie się i czułe towarzyszenie sobie, którego w naszych warunkach można doświadczyć w kobiecym kręgu. Jest też coś elektryzującego w wizji kobiecej przemocy, która jest odpowiedzią na lata przemocy wobec kobiet. To powstanie na miarę ruchu Annonymus, tym razem jednak skuteczne i widowiskowe, opisy egzekucji gwałcicieli, molestatorów, twórców patriarchalnej popkultury (w tym pewnego znanego reżysera z Europy Wschodniej, który zgwałcił trzynastolatkę, ale nigdy nie udało mu się trafić za kratki), było satysfakcjonujące i pobudzające.

IMG_2737

Sarai Walker zgrabnie łączy w Dietolandzie wątek obsesyjnego dążenia do bycia perfekcyjną, szczupłą i ruchalną z opisem kultury gwałtu, rozkminek na temat pornografii i przestrzeni publicznej, w której nie ma miejsca na inność, jednocześnie pokazuje, jak bycie w mainstreamie jest wyczerpujące, ile pracy wymaga. Uderza mnie, że ta książka, choć jest fikcją, sprawnie przemyca nagłówki gazet i opisuje przypadki przemocy, które wydarzyły się naprawdę, które wciąż dzieją się każdego dnia. To jest mocne i niejednokrotnie dostawałam dreszczy i gęsiej skórki. Dietoland to książka podstępna, czyta się ją jak łatwe czytadło, jej konwencja jest jak refren popularnej piosenki o miłości: nieszczęśliwa, dobiegająca trzydziestki grubaska pracująca w pisemku dla nastolatek, pragnie być szczupła i się zakochać, a żeby osiągnąć ten cel, gotowa jest na wszystko. Język, jakim napisana jest książka, jest prosty i niewyszukany, łatwo to czytać w wannie, łatwo w tramwaju. Nie dajcie się jednak zwieść, Dietoland jest bombą z opóźnionym zapłonem, koniem trojańskim, który łatwym, znanym z literatury zwanej chick-lit językiem przemyca treści masywne, ciężkostrawne i mocne jak uderzenie pięści prosto w nos. Uważam, że dziś w Polsce, każda kobieta powinna przeczytać tę książkę, bo bunt, który w nas narasta, potrzebuje tej lektury. Serio!

IMG_2739


TERAZ PORA NA MÓJ OSOBISTY WYWÓD I MOJE DOWIADCZENIE, KTÓRE NIE MUSI BYĆ WSPÓLNE DLA WSZYSTKICH KOBIET. PO PROSTU POCZUŁAM, ŻE CHCĘ TO OPOWIEDZIEĆ.


Mam też inne, bardzo osobiste refleksje dotyczące kwestii poruszonych w Dietolandzie. Podoba mi się jej uświadamiający aspekt, podoba mi się niezgoda, jaką czują bohaterki, a jest to niezgoda zarówno na przemoc na tle seksualnym, jak i na porządek świata. Bo faktycznie, w Londynie, Warszawie czy Nowym Jorku, nadal w przestrzeni publicznej typowego mieszkańca aglomeracji, do którego kieruje się komunikaty, traktuje się jak heteroseksualną osobę z penisem. To do niej skierowane są reklamy, te wszystkie długie nogi, nagie piersi, te rozebrane do pasa pogodynki na trzeciej stronie gazety. Książkowa terrorystka Jennifer postuluje, żeby od teraz zamiast półnagich „dziewczyn ze strony trzeciej” występowali panowie z obnażonymi genitaliami. Zamiana ról w tej książce powoduje, że to mężczyźni stają się tanim mięsem, przedmiotem dla podniety kobiet. Mnie ta zamiana roli nie bawi ani mi nie odpowiada. Jest tu więcej takich przemian.

Przede wszystkim kobiety odzyskują tu swoje ciała, w sposób, który mi kojarzy się z etapem buntu i dziś również widzę go jako przemocowy wobec kobiet. Podobnie odbieram dziś ruch feministyczny (totalnie zgadzając się z częścią jego założeń). Kiedy zakompleksione, złaknione miłości i akceptacji grubaski (język nawiązuje do lektury) zmieniają się w wojownicze, pełne agresji grubaski, które robią wszystko, żeby nie być atrakcyjne, postrzegam to jako pułapkę lub nieodzowną, ale krótkoterminową odtrutkę na obecną przemoc wobec kobiet i jej skalę.

Bohaterka Dietolandu w pewnym momencie mówi:

Nie chodzi mi o to, żeby wyglądać jak ktoś, kogo fajnie by się ruchało. Chcę, żeby mój wygląd mówił: „Nie zadzieraj ze mną”.

I ten wygląd jest bardzo punkowy. Opisuję teraz własną perspektywę, wróciło wiele wspomnień, bo ja etap buntu związany z niechęcią do zastanego modelu kobiecości, przeżywałam w liceum. Zrobiłam wtedy bardzo wiele rzeczy, żeby nie wpisywać się w kanon szczupłej, zalotnej, pełnej świeżości kobietki. Kiedy czytałam, że jestem jak rozkwitający kwiat, robiło mi się niedobrze. Po części dzięki opisom autorów, którzy w swoich dziełach porównywali młode piersi do pączków, soczystych brzoskwiń i niedojrzałych jeszcze owoców, które warto czym prędzej skonsumować, zanim w pełni się rozwiną. Żadne dzieła czytane przeze mnie wtedy nie były bogate w opisy kobiet dojrzałych lub przekwitających, których ciała byłyby równie malowniczo opisywane i tworzyłyby wrażenie, że te ciała mogą budzić pożądanie i są apetyczne. Wychowywałam się również w domu, w którym mój tata, niczym głos z offu wygłaszał nieustannie komentarze na temat ciał innych kobiet. Poznałam wtedy takie określenia jak: stara pudernica, nisko skanalizowana, żabie udka, bryczesy, dupiata, blada, stara rozklapiocha. Nasiąkałam nimi. Nasiąkałam pomysłem, że mężczyzna (niezbyt wysportowany pan około czterdziestki z lekkim brzuszkiem) może zawsze i wszędzie wyrazić swoją aprobatę lub dezaprobatę dla kobiety, uznając niczym cesarz na igrzyskach czy jest ona, cytuję „łóżkowo atrakcyjna” czy raczej „ale się oszpeciła”. Dorastająca dziewczyna, słysząc te wszystkie epitety, zdobywała język, żeby móc nazwać własne ciało i szybko skontrolować co jest z nim nie tak.

Niestety to nie tak, że problem komentowania kobiecych ciał zakończył się na starszym pokoleniu. Pewien jegomość, uważający się za feministę, kiedy kwiczałam ze śmiechu, czytając mu posta Janina Daily, o tym, że jej mąż za jedną z największych zalet ślubu uważa to, że teraz można już nieskrępowanie tyć, skrzywił się z niesmakiem i powiedział, że to smutne. W ogóle ludzie grubi wydawali mu się smutni i bez charakteru, gdyż tusza świadczyła o ich nikłej samomiłości. Lubię gościa, ale jak na kogoś, kto jadł kanapki na stacji benzynowej, zapijał energetykiem i doprawiał kawą i paczką fajek, wydało mi się niewłaściwe, że komentuje stopień zadbania innych osób. Świadomi kolesie, krytycznie nastawieni wobec uprzedmiotawiania kobiet, wypowiadają takie frazy „nie lubię swojej ex, ale jestem jej wdzięczny, że nasze dzieci są takie szczuplutkie”. To jest ciągle, nieustannie ta sama historia. Mówią to ojcowie córek, mówią to feminiści, mówią to mężczyźni silnych kobiet, które nie chcą być przedmiotami. Gdybym zaczęła pisać o obrazie związanej z niemożnością do współżycia tu i teraz, bez żadnego wstępu, bez nieustannej gotowości, mogłabym napisać o tym książkę. Brak gotowości, inne spojrzenie na seksualność dotyka ego również tych mężczyzn, którzy uważają się za równościowych i wyzwolonych. Zastanawiam się, czym nasiąkną ich córki i nie ukrywam, że często o tym myślę, jaki przykład ojcowie dają dziewczynkom i jak ważną rolę odgrywają w kształtowaniu ich granic.

Dlatego, podobnie jak bohaterki Dietolandu, nie zamierzałam być atrakcyjna w sposób, w który zabiegały o to moje licealne koleżanki goniące za markami, wypychające biusty gąbką i nadmiernie eksponujące ledwo zauważalne cechy płciowe. Nie, nie. Nie ja! Ja przekłułam agrafką nos, ogoliłam głowę (to było bardzo wyzwalające doświadczenie!) malowałam się brzydko, ubierałam w lumpeksach, chodziłam w wojskowych butach, miałam mikro grzywki, całą sobą krzyczałam, że NIE BĘDĘ NALEŻEĆ DO TEGO GÓWNIANEGO ŚWIATA, GDZIE CHCECIE, ŻEBYM BYŁA PRODUKTEM! SMACZNĄ PIERSIĄ Z KURCZAKA, KU ZADOWOLENIU TATUSIA, CHŁOPAKÓW I PRZECHODNIÓW. Płakały nad tym babcia, matka i wychowawczynie w szkole, a mój własny ojciec nie odzywał się do mnie miesiącami, lub siadał po tej stronie stołu, żeby nie musieć oglądać swojej paskudnie oszpeconej córki. Słuchałam wtedy ciągle, że nie znajdę sobie nigdy męża (postanowiłam wtedy nigdy nie mieć żadnego męża), że kobieta powinna być czysta, spolegliwa i naturalna. Byłam wściekła! Piłam na umór, plułam na chodnik i klęłam jak szewc. Czytałam masę książek i robiłam wszystko, żeby tylko nie stać się dziewczyną jak z okładki Cosmopolitana.

Może właśnie dlatego uważałam, że ta książka mnie nie dotyczy. Choć dziś dziękuję sobie za dawną mądrość i uważam, że ten bunt był nieodzowny, widzę też, że gdybym została w tamtym miejscu, wiele bym straciła. To również schemat, w którym nie warto tkwić. Mimo popieprzonej kultury, w której żyjemy, nie akceptuję kobiet, które nienawidzą mężczyzn. Nie jestem łatwą partnerką. Nie jestem śmieszką orzeszką, która chichocze z męskich żartów, nawet kiedy nie są śmieszne, nie jestem bezkrytyczna, nie popieram zawsze tego, co mówi misiu i nie zgadzam się na umniejszanie kobietom w moim towarzystwie. Mimo to lubię mężczyzn. Chcę być z mężczyzną. Chcę się podobać mojemu mężczyźnie. W fazie robienia wszystkiego, żeby tylko nie być atrakcyjną w mainstreamowy sposób, traciłam siebie. Nie uchroniło mnie to przed gwałtem. W tej kulturze mężczyźni biorą to, czego chcą, nieważne, w co jesteś ubrana. Nie uchroniło mnie to przed przemocowym związkiem, w którym partner pod pretekstem miłości i namiętności, sprowadzał mnie psychicznie do parteru. Nie uchroniło mnie nigdy przed niczym, poza wyzwoleniem z piekielnej potrzeby bycia nieskazitelną (w którą to zresztą raczej wpędzały mnie kobiety komentujące mój wygląd niż mężczyźni, co jest bardzo smutne).

Po fazie buntu przyszedł kolejny etap ciałopozytywności. Ja tę mądrość zawsze miałam w sobie, ale pod wpływem radykalnych punkowych piosenek czy lektur, nie czułam się w porządku, mówiąc o pewnych rzeczach głośno. Zawsze lubiłam mieć gładkie ciało. Nie dlatego, że taka była moda czy kultura. Mogłam być singlem i nie sypiać z nikim miesiącami, golę się dla siebie. Lubię mieć umalowane usta. Miewam zabójczo długie paznokcie. Lubię nakładać makijaż na swoją twarz. Dobrze się czuję, kiedy jestem szczupła. Nie dlatego, że chce tego ode mnie kultura, dlatego, że to moje. Kiedy moja waga zbyt spada (co zbiera zawsze komplementy, które mnie irytują) lub szybuje w górę (nikt nie komentuje) nie czuję się ze sobą fajnie. Średnio lubię wysiłek fizyczny, więc nie dążę do idealnie krągłego tyłka, który chciałabym chyba mieć, bo wolę poczytać książkę i napić się wina. Jednak obrzydnie swojego wizerunku, zatracanie własnej płci, w formie ochrony, jest dobre tylko na czas demontażu starych przekonań i pokazania środkowego palca systemowi. Na dłuższą metę, nie było to dla mnie dobre. Uwalniające, odtruwające, jak lekarstwo — tak.

Ciało, kobiecość, to dla mnie coś innego. Nie wyżyłowane i bezmyślnie przyjęte standardy, ale też nie ich negowanie. To stworzenie własnych standardów i świadomość własnych pragnień oraz samokultywacja ciała i tych potrzeb. Wiele, wiele lat zajęło mi dotarcie do momentu, w którym bez wstydu przyznam, że:

♥ miłość jest dla mnie siłą napędową do życia (i nie czyni to ze mnie słabej)

♥ nie wyobrażam sobie żyć bez mężczyzny (nie bylejakiego, latami mogę być sama, jednak najpiękniej mi w dobrym związku)

♥ kariera i sukces w potocznym tego słowa rozumieniu, nie są dla mnie wcale takie ważne (za co dostaję bęcki od moich ambitnych, feministycznych koleżanek)

♥ lubię mężczyzn i są oni źródłem mojej przyjemności, lubię rozmiawiać z nimi i przebywać, nie chcę być bojowniczką przeciwko męskości

♥ lubię być seksualna i zmysłowa

Odzyskiwanie mojego ciała polega na czymś innym niż wyzwalanie się ze schematów, o których opowiada Dietoland i z którymi część z Was wciąż walczy. Ja już tego doświadczyłam, zrobiłam to, potem latami odkręcałam. Odzyskiwanie mojego ciała polega w moim przypadku, na powtórne, tym razem już świadome pozwolenie sobie na zmysłowość, kobiecość i miękkość, na seksualność, na lekkość. W moim ciele zamrożone są traumy, co nie pozwala mi w pełni wyrażać siebie. Tak, te rany zadała mi patriarchalna kultura. Kobiety i mężczyźni. Nie szukam wyzwolenia od popkulturowego wizerunku kobiecości, nie szukam już też wyzwolenia od feminizmu. Szukam organicznej, nieskomplikowanej możliwości poczucia własnego ciała i uwielbienia go takim, jakie jest, pozwolenie, by to ono mnie prowadziło.


Jestem ciekawa, jak jest u Was. Dietoland poruszył we mnie rzeczy, które dawno zakopałam. Odsłaniam dziś brzuch, bo ta lektura uświadomiła mi, jak ważne jest, żeby mówić głośno o byciu w ciele, obyciu w opresyjnej kulturze, ale też o szukaniu własnego głosu, zamiast bycia w kontrze. Pozwólcie, że część komentarzy, która dotknie moich zbyt bolesnych miejsc, zostawię dla siebie. Jednocześnie, jeśli chcecie opowiedzieć mi w komentarzu własną hisotirę, ale nie chcecie, by był on publiczny, napiszcie na początku, że jest on tylko do mojej wiadomości.

Dietolang kupcie i przeczytajcie. A potem kupcie jeszcze jeden, dla najlepszej przyjaciółki.


Interesuje Cię ta tematyka? Sprawdź koniecznie jeszcze TEN WPIS.

justynakokoszenko

Cześć! Będzie okazja spotkać się w Krakowie. Mam zaszczyt brac udział w festiwalu Rok Kobiet organizowanym przez Miasto Kobiet, dla którego czasem piszę. Wystąpię w roli prelegentki i albo będę mówić do Was solo, albo będę uczestniczką większej dyskusji. Tak czy inaczej, mam nadzieję, że będziecie. Z przyjemnością odwiedzę Kraków, który odcisnął na mnie swoje piętno i na pewno mnie ukształtował ♥ Do zobaczenia więc!

Wywiad ze mną poprzedzający festiwal przeczytasz tu – klik

A samo wydarzenie znajdziesz tu – klik

 

portugalia (148 of 179)

O ciałopozytywności i akceptacji siebie napisano już wiele. Temat jest złożony i wielowątkowy, bo gorące namowy ciałopozytywnych guru mogą powodować jeszcze gorsze wyrzuty sumienia, albo po prostu niesmak. Do dziś pamiętam wpis bardzo pięknej kobiety, kobiety czterdziestoletniej, która napisała, że prawdziwa kobieta, nie potrzebuje makijażu. Prawda jednak jest taka, że ona wyglądała wyjątkowo młodo i jej rysy twarzy były bardzo wyraziste bez upiększania. Nie lubię dzielenia kobiet na prawdziwe i nie. Jeśli ktoś się wywyższa w związku ze swoimi wyborami życiowymi, oznacza to, że prawdopodobnie ma więcej do przepracowania niż mu się wydaje. Dziś proponuję Ci lekturę moich przemyśleń o tym, że podejście do ciała może być po prostu… pragmatyczne (i wcale niepozbawione miłości).

36828613_10216205339710228_4111230665251356672_o 36836426_10216205335150114_7297313649683595264_o 36838713_10216205334750104_4990159571638026240_o 36840061_10216205328949959_9032533398509322240_o 36840294_10216205334190090_4292705244099379200_o 36843242_10216205333910083_946477733951569920_o 36843252_10216205327469922_9006733907919372288_o 36844792_10216205327309918_6388670493095886848_o 36844794_10216205324789855_4164791273959456768_o 36851936_10216205336870157_8055496886347366400_o 36852341_10216205323389820_3727699238293864448_o 36853563_10216205328509948_635519563395497984_o 36856968_10216205327629926_346865926806700032_o 36861906_10216205328669952_2628111791460188160_o 36861956_10216205325749879_1622315379420299264_o 36867416_10216205332470047_6110368792842338304_o 36868879_10216205324989860_6141331439712468992_o 36869727_10216205341030261_4676212481801060352_o 36869985_10216205323309818_8659552464225173504_o 36869995_10216205337630176_6284232620922372096_o 36876746_10216205334870107_7004536316209659904_o 36887979_10216205338070187_9014480517092868096_o 36887991_10216205327389920_1805966798017789952_o 36890702_10216205333190065_4802684055894097920_o 36892558_10216205341670277_4661136107210014720_o 36906029_10216205340830256_338228738984509440_o 36912360_10216205342270292_5121620368720658432_o 36912815_10216205338390195_7380421760782434304_o 36940723_10216205331430021_1585412453477384192_o 36942325_10216205339190215_451903462314082304_o 36948642_10216205329029961_5973135400800092160_o 36952663_10216205339630226_6128067004449423360_o 36954146_10216205331190015_7723823710565564416_o 36956020_10216205336710153_7615459976290500608_o 36993242_10216205336070137_8784280895776358400_o

Zdjęcia autorstwa Ginger Cat

I choć nie mogę Wam obiecać w najbliższym czasie warsztatów ani podwieczorków, mogę zaprosić Was na inne wydarzenie. Jako że duch kreatywny i społecznika, do końca we mnie nie wymarł, pomyślałam, że fajnie byłoby połączyć kulturę z jedzeniem, piciem, snuciem historii, czyli po prostu biesiadowaniem. Wraz z moim ukochanym potraktowaliśmy Gruzję, jako pretekst do takiego spotkania, które odbędzie się już jutro. Zapraszamy Cię.

 

skrzynka

Kiedy mieszkałam z moim pierwszym chłopakiem, wszystkie domowe naprawy były na jego głowie. Kiedy się rozstaliśmy, przeżyłam jednak festiwal mieszkań, które wygrałyby w kategorii „gruz”. Musiałam nagle utrzymać się sama, wynajmowałam więc tanie lokum w wielkim bloku. Mieszkanie rozpadało się i co chwilę coś szwankowało.

les-anderson-217735

Jestem w silnym osobistym procesie, demontowania, mierzenia się z i uzdrawiania. Sprawy są zbyt świeże i intymne, by o nich opowiadać publicznie, dlatego dziś oddam głos innym! Wiele z Was jest twórczymi duchami i poszukiwaczami na ścieżce! Bardzo mnie to cieszy. Pojawiły się w przeciągu kilku dni kobiety, które chciały podzielić się ze mną, tym co robią, a ja uznałam, że chciałabym puścić to w świat!

taylor-bryant-400909

Gdyby nie miała tyle złości w sobie, byłaby całkiem fajna z niej dziewczynka — mówi, gładząc obrus. Zastanawiam się, ile jeszcze razy będzie musiała to w życiu usłyszeć. Lubię ją, z jej patykowato długimi nogami i łobuzerską miną. Jest nieśmiała. Czasem nawet nie odzywa się do mnie jako pierwsza. Czasem po prostu siedzimy, czasem łypniemy na siebie okiem, ona rysuje, ja kreślę myśli w głowie. Jestem pewna, że ona też. Póki się nie odezwę, ona ani słowa. Jest samurajem na misji. Nie błaga o atencję, a przynajmniej nie jak inne dziewczynki. Nie nauczyła się być miła, nie stara się być posłuszna, ma swoje zdanie i trochę, mimo że jest taka mała, nauczyła się już udawać, że jej nie zależy. Łatwo poznaję, jednak kiedy zależy jej za bardzo. Mogłaby założyć różową kominiarkę i z pistoletem na wodę napadać na ludzi wymuszając na nich uwagę. Staje się emocjonalną terrorystką. Ta dziewczynka robi hałas i nie bierze zakładników.

IMG_20180207_120915_563

Autorka książki Emily Witt ma z nami prawdopodobnie więcej wspólnego, niż same chciałybyśmy przyznać. Właśnie stuknęła jej trzydziestka, kolejny z trwających kilka lat związków, który miał być na zawsze rozpadł się, księcia na białym koniu nie widać, a przygodny kochanek dzwoni z informacją, że ma chorobę weneryczną.