Category

STYL ŻYCIA

Category

Uwielbiam miasto i całkiem niemały Szczecin był dla mnie zbyt ciasny. Chciałam, żeby się więcej działo, czułam, że miasto mogłoby być lepiej skomunikowane, szybsze, większe. Uwielbiam śniadania w knajpkach, odwiedzać galerie sztuki, stare kamienice i to, że w dużym mieście łatwo jest spotkać ludzi podobnych do siebie niezależnie od tego, czy ma się dzieci, jest się szamanem, czy chce się żyć do końca życia tylko z kotem. W mieście jest miejsce dla wszystkich. Dziś jednak chcę przyjrzeć się życiu w mieście moim ajurwedyjskim okiem.

fot. Zuzanna Szamocka

Lipiec był u mnie intensywny i to wpisuje się w kanon pracowitych lat, gdzie sezon rozpoczynam przeprowadzką. Tym razem jednak już od końca kwietnia nie miałam domu i przenosiłam się z miejsca na miejsca z psem i całym psio-ludzkim majdanem.

Przez większość czasu moje życie wyglądało mniej więcej tak. To uświadomiło mi, że nadmiar przemieszczania się i podróżowania nie sprzyja u mnie pobudzeniu kreatywności, a wzmaga niepokój, podnosi vatę i sprawia, że moje ciało się spina. Wiedziałam to od dawna, ale teraz mogłam doświadczyć na własnej skórze i upewnić się, że rutyna, bezpieczny port i powtarzalność są moją bazą do lotu w kosmos.

Domowe sposoby na ból pleców – Tru Plus Elektrostymulator

Dźwiganie gratów, obce łóżka i spanie na dmuchanym materacu odbiły się na stanie moich pleców. W ruch poszło urządzenie od TRU+ o którym pisałam TU. Oczywiście wszędzie też przemieszczałam się wszędzie z poduszką z gryki i tylko to sprawiło, że jako tako jestem w jednym kawałku. Teraz już na spokojnie zapisałam się do mojego fizjoterapeuty Marcina z Projekt Masaż, żeby mnie poukładał od nowa. Wystarczy obciążać daną część ciała, żeby reszta chciała to wyrównać, często powodując kolejne napięcia. Potem wszystko idzie jak domino, dlatego dbam, zanim zmiecie mi ostatnią kostkę i będzie game over.

A kiedy już udało nam się wprowadzić, kilka dni później okazało się, że ja i nasza suczka musimy się przeprowadzić w inne miejsce, bo Radża pracował z osobą zarażoną COVID i miał kwarantannę. Mnie przed wspólną posiadówą uratował wyjazd, który rozdzielił nas przed całym zdarzeniem. Na szczęście test potwierdził, że nie ma korony, no ale przymusowa banicja wprowadziła jeszcze więcej zamieszania.

Nasze mieszkanie nadal w dużej mierze wygląda tak. Nie mamy lodówki ani pralki. Nie mamy też szafy i nie rozpakowaliśmy kartonów (bo nie mamy gdzie trzymać rzeczy).

Za to mamy łazienkę! I może nie jest w 100% skończona, ale mogłam rozłożyć kosmetyki, a prysznic jest wielki i fantastyczny. Całą metamorfozę mieszkania pokażę w osobnym poście, na razie małymi kroczkami zmierzamy do celu.

Pamiętacie mój archiwalny wpis o tanich śniadaniach i fajnych miejscach na Mokotowie (klik)? Nic się nie zmieniło! W Mozaice nadal dobrze i tanio karmią.

Oto dowód.

W lipcu przekonałam się też, że minimalizm jest przereklamowany. Przynajmniej dla mnie! Żyjąc o 5 sztukach odzienia, ciągle czegoś mi brakowało, za czymś tęskniłam, jedno się suszyło, drugie się prało, a mi ciągle było za ciepło, za zimno, a stopa po 3 miesiącach chodzenia w 2 parach butów na zmianę złapała przykurcz (buty w rozmiarze 38, które są ok od czasu do czasu, nie nadają się jednak do noszenia non stop gdy ma się rozmiar 38,5 – no, a przynajmniej w lewej stopie). Także często miałam poranki z gatunku – nie mam w co się ubrać – tym razem całkiem dosłownie. W ciepłe dni koszulki po prostu schły bezpośrednio na mnie.

Lipiec to czas, kiedy mogę pochwalić się efektami mojego drugiego skin coachingu w życiu. 5 lat temu zaufałam Blance Społowicz i pisałam o tym tu (klik). W tym roku coś ostro nie grało ze skórą mojej twarzy i w końcu skapitulowałam i udałam się po profesjonalną pomoc. Nie chcę sama tłumaczyć, na czym polegał mój problem i jaką mam rutynę pielęgnacyjną, ale jeśli jesteś ciekawa, to przeczytasz o tym bezpośrednio na blogu Blanki (klik).

A kiedy już mogłam rozpakować kosmetyki, odnalazłam karton z brązującym balsamem i samoopalaczem w płynie. Tego drugiego używam do twarzy i bardzo lubię, bo jest łatwy w obsłudze i daje bardzo naturalny efekt, a teraz używam mocnych filtrów, więc jestem blada (zdecydowanie wolę siebie w opalonej wersji). Ten kosmetyk nie jest tani, ale jest wart swojej ceny. Po cichu mam tylko nadzieję, że nie wejdzie w kolizję z moją reaktywną ostatnio cerą.

Bardzo niewygodny z powodu mieszkania i bardzo aktywny miesiąc obfitował również w wyjazdy solo.

I tak np. uczyłam się masować, diagnozować z języka i pulsu oraz gotować po ajurwedyjsku.

Wszystko to w pięknych okolicznościach przyrody i z zerowym zasięgiem sieci. Bardzo doceniłam offline.

W moim mieście również dużo bywałam w naturze. Tropię dzikie miejsca w Warszawie.

A wcześniej udało mi się dotrzeć na Warmię. To część mojego pomysłu, by stworzyć mapę miejsc i punktów, gdzie można osięzadbać. Taki przewodnik z rekomendacjami chciałam stworzyć już w zeszłym roku. Zrobiłam plany i… przyszła Korona. Wiele z tych planów przepadło, ale też coś zostało. O wyjazdach ze Slow Living Poland napiszę osobny tekst, tymczasem zostawiam Wam namiar już teraz, bo może zechcecie skorzystać jeszcze tego lata!

Ja wybrałam wyjazd na Warmię, gdzie atrakcjami była joga i koncerty mis tybetańskich! Wspaniałe doświadczenie. Pojechałam sama. Nie mam auta, zabrałam się z dziewczynami z Warszawy i podzieliłyśmy się kosztami paliwa. Chcę Was bardzo zachęcić do takiego podróżowania solo. Dawno, dawno temu w Krakowie, wydawało mi się, że jak nie jadę gdzieś z partnerem, to powinnam siedzieć w domu. A on nie miał czasu, żeby podróżować. Dziś już nie czekam aż partner lub ktoś ze znajomych będzie podzielał moją chęć czy pasje – nie każdego musi bawić joga, wodne sporty lub cokolwiek innego, ale to nie powinno powstrzymywać mnie.

Pomysł wyjazdów ze Slow Living polega na połączeniu czegoś dla ciała z czymś dla ducha, pysznym jedzeniem i naturą. Dla mnie to kombinacja idealna!

Miałam też przyjemność odwiedzić leśna spa. Było tak dobre, jak słyszałam!

fot. Zuzanna Szamocka

Poza wyjazdami badałam też inne inicjatywy. Yoga Brunch organizowany przez SSU odbywa się w Warszawie i na Helu. Dostaniecie tu pięknie zaserwowaną jogę i śniadanko.

fot. Zuzanna Szamocka
fot. Zuzanna Szamocka

Dopiero tam nauczyłam się sztuczki, żeby robić zakładkę na macie, jeśli muszę na niej przyklęknąć. Wcześniej zawsze używałam koca lub po prostu cierpiałam męki (jestem koścista i mi twardo).

fot. Zuzanna Szamocka

Mam takie założenie, że chciałabym, żeby fotomigawki stanowiły serię wysmakowanych obrazków. Obrazków spójnych kolorystycznie, tematycznie i smacznie podanych. To założenie wyprzedza jednak inne jeszcze ważniejsze założenie! Założenie, które mówi, by nie pokazywać w internecie wszystkiego, ale nigdy nie fejkować i nie zakłamywać, nie lukrować i nie udawać. Moje ostatnie miesiące były ciężkie, chaotyczne, poszarpane i nadwyrężające. Widać to po tych zdjęciach, które są zbieraniną zdjęć moich i cudzych, z telefonu i robionych profesjonalnym sprzętem. Kolory od sasa do lasa, kadry też. Wolałabym, żeby było inaczej, ale nie umiem odpuścić prawdy. Niech więc lipiec będzie dowodem na szukanie piękna i robieniu przestrzeni na przyjemności pomimo wszystko. Nie zawsze to przychodzi łatwo, ale wierzę, że właśnie te momenty składają się na wspomnienia. Zmęczenie w końcu odparuje.


 

Niektórzy mają motto życiowe, że jak kraść to miliony, a jak kochać to księżniczki. Ja mam takie, że jak chodzić na jogę to dla savasany (co by wyjaśniało moje ostatnie zainteresowanie jogą nidra). Nigdy jednak nie sądziłam, że jogę można połączyć w super format z moją inną ulubioną czynnością. Jest nią jedzenie – oczywiście.

Jestem miss czerwca. Kocham i uwielbiam. Piwonie w rozkwicie, pierwsze maliny, wypady w naturę, letnie popołudnia z miło sączącym się światłem, młodą kapustę, truskawki. Za wszystko! Ten czerwiec był inny niż każdy, jak cały ten przedziwny rok. Spędziłam go niemal w całości w Szczecinie, wracając do Warszawy z powodu kręgu organizowanego ze Slow Living Poland. Warszawa wydała mi się głośna i nużąca, choć w samym Szczecinie tak bardzo za nią tęskniłam.

Perfumy idealne nie są łatwe do znalezienia. Od lat nie używam zapachów i wcale nie dlatego, że jestem im przeciwna, a raczej dlatego, że bardzo się zmieniłam i te, które stosowałam dotychczas, w ogóle już do mnie nie pasują. Nie znam się na perfumach, więc długo odkładałam temat na półkę, nie umiejąc w drogerii znaleźć nic, co by mnie wyrażało. A szukałam zapachu seksownego, zmysłowego, kobiecego!

Influencer to chyba jedno z najbardziej znienawidzonych słów. Zastanawiam się, kiedy właściwie zaczęło oznaczać celebrytę. A celebryta to jak wiadomo, ktoś, kto jest gorszy niż gwiazda. Gwiazda jest sławna, bo ma jakiś talent, który stanowi o jej życiu zawodowym. Celebryta jest znany z tego, że jest znany i kiedyś byłby tylko w swoim miasteczku, ale odkąd jesteśmy globalną wioską, może być znany na cały kraj lub nawet świat. Nawet jeśli jego jedynym dokonaniem jest chodzenie po pijaku na golasa i wdawanie się w bójki albo wulgarność.

INFLUENCERKA – GORSZA CELEBRYTKA.

Influencer jest jak dziecko wylane z kąpielą. Bo przecież ci, których podglądamy w internecie, mają na nas wpływ. Dzięki nim chcemy lepiej jeść i ćwiczyć (albo mamy wyrzuty sumienia i nienawidzimy swojego ciała). Dzielą się z nami swoją wiedzą, spojrzeniem na świat. Mogą nam imponować tym, jak się ubierają, radzą sobie ze sprzątaniem domu lub ogrodnictwem. Wpływać mogą na nas nastolatki, seniorki i młode matki. Do wyboru do koloru. Wpływ nie musi być zły! Moim ulubionym influencerem jest Marcin Zegadło, częstochowski poeta dzielący się swoimi przemyśleniami (bardzo dużo w nich anegdot z życia rodzinnego). Poza tym od razu chcę to wyznać – kocham Internet, bo zawsze pozwalał mi dotrzeć do ludzi, którzy mają tak jak ja, nawet kiedy akurat nie spotykałam nikogo takiego w swoim bezpośrednim otoczeniu. To było dla mnie bardzo ważne, zwłaszcza podczas nastoletniości.

Internet załatwiał sprawę, o której mówiła Frida:

Kiedyś myślałam, że jestem najdziwniejszą osobą na świecie, ale potem pomyślałam, że jest tak wiele osób na świecie, musi być ktoś taki jak ja, kto czuje się dziwny i błędny w taki sam sposób. Wyobraziłam ją sobie, że gdzieś tam jest i też o mnie myśli. Więc mam nadzieję, że jeśli tam jesteś i czytasz to i o tym wiesz, tak, to prawda, jestem tu i jestem tak samo dziwna, jak ty.

Zawsze uważałam, że właśnie temu może służyć Internet. I dlatego dzielę się w nim swoimi prywatnymi opowieściami. Dlatego że wierzę, że gdzieś tam, są ludzie, którzy przeżywają to samo, albo dla których droga, którą ja już mam za sobą, może być wsparciem. Mogą się w niej odnaleźć, przejrzeć i zdecydować o sobie na podstawie uczuć płynących z kontaktu z tekstami, które tworzę.

MOGŁABYŚ BYĆ BARDZIEJ…

Czasem dostaję pełne sympatii, ale też zaniepokojenia listy, w których czytelniczki zwracają mi uwagę. Często brzmi to tak:

Ludzie mają tak złe nawyki, że nie wiem, dlaczego piszesz, że woda z cytryną może zniszczyć szkliwo. Powinnaś bardziej promować picie wody.

Boli mnie serce, kiedy pokazujesz, że:

jesz awokado
– kupujesz ubrania w sieciówkach
– nie jesteś weganką

Jak mogłaś opisć, jak przyjęłaś pod swój dach nieznanego ci mężczyznę. W ten sposób narażasz tysiące kobiet, które biorą z ciebie przykład. To mogło być niebezpieczne. Nic, że to coachsurfing.

Polecasz na stories markę, której ja nie lubię, bo usłyszałam, że X lat temu zachowali się nieetycznie i tam była jakaś śmierdząca sprawa, a teraz piszesz, że podoba ci się merytorycznie materiał, który przygotowali. Lubię twoje treści, ale powinnaś robić lepszy reaserch.

No i ja się z tym wszystkim nie zgadzam. O ile przyjmuję krytykę, gdy popełniam merytoryczne błędy, o tyle nie pozwalam innym wpływać na moje osobiste opinie i postrzeganie świata, tylko dlatego, że obserwuje mnie konkretna liczna dorosłych osób, które same decydują o sobie i o tym, kogo i w jakim stopniu naśladują.

NIE JESTEM I NIE MOGĘ UDAWAĆ OSOBY DOSKONAŁEJ. ANI NAWET LEPSZEJ NIŻ OBECNIE JESTEM.

Wiem, że istnieje pokusa, żeby wykorzystywać blogerów, influencerów do sprzedaży swoich idei i pomysłów. I wiem, że niektórym przykro, że nie jestem lepsza, a miałabym potencjalnie możliwość zmienienia swoich obserwatorów i uświadomienia ich. Problem polega na tym, że nawet jeśli te marzenia pokrywają się z moimi aspiracjami, nie chcę i nie jestem w stanie udawać przed dziesięcioma tysiącami ludzi, że:

– zawsze jem etycznie
– nigdy nie zmieniam zdania
– nie mylę się
– zawsze jestem empatyczna i jestem oazą spokoju
– nigdy nie przeklinam
– moja skóra i figura są zawsze idealne
– moje wybory są zawsze najlepsze (te życiowe i te konsumenckie)

To byłaby nieprawda. Stan faktyczny, choć niewygodny dla Was (chciałybyście, żebym promowała to, w co wierzycie) i dla mnie (wolałabym być lepsza niż jestem), jest odtrutką na social mediowy lukier, na który wszyscy narzekamy. Pokazywanie nieprawdziwego, choć idealnego obrazu jakiejś persony nie tylko ją odczłowiecza, ale też wpędza oglądających w poczucie, że:

– jestem beznadziejna
– nigdy nie będę mieć tak czysto, tyle pieniędzy, takich pięknych włosów, takiego zdrowia, takich grzecznych dzieci, takiego stylu życia, takiej empatii, takiego udanego małżeństwa itd.
– skoro nie mogę być jak ludzie, których podziwiam i śledzę w internecie, nie ma sensu, żebym próbowała się zmienić

Możemy nie lubić influencerów, jeśli są podobni do celebrytów, ale zastanówmy się, w jakim stopniu sami naszymi żądaniami odczłowieczamy ich i próbujemy pod stołem podać im scenariusz, który chcemy, by odgrywali.

POZA SZUFLADKĄ.

Ja nie mieszczę się w tej szufladce i stanowczo odmawiam przyjęcia tego scenariusza pod stołem. Robię to z wielu powodów.

Chcę pokazywać Ci moją drogę. Ewoluuję! Mądrzeję. Popełniam błędy. Nie jestem skończonym produktem, ani nawet produktem w ogóle.

Dzielę się swoimi historiami nie bo proszę o ocenę mojego życia, o poradę, ani bo chcę na tym zarobić. Dzielę się, bo chcę poczucia wspólnoty, chcę inspirować tych, którym do mnie blisko i uważam Internet za wspaniałe miejsce do empatycznej dyskusji i do dawania przykładu poprzez byciem… człowiekiem z krwi i kości. Niedoskonałym, ale starającym się. Odsuwam tu ego na daleki plan. Nie chcę uwodzić wizerunkiem siebie samej, tak samo, jak nie chcę takiemu wizerunkowi idealnej siebie ulegać.

Nie chcę pokazywać ideałów, które dla mnie samej bywają nieosiągalne. Owszem, mogę napisać Ci o tym, dlaczego awokado i sieciówki są nieetyczne. Mogę pokazywać mądrzejsze wybory i dzielić się z Tobą informacjami o produktach, usługach itp. które kupuję. Ale ani nie chcę drżeć przy kasie, że ktoś zrobi mi zdjęcie i urządzi potem w internecie lincz, tak samo, nie chcę, żebyś myślała, że jesteś do kitu, bo nie stać Cię na same polskie, markowe i etyczne (szalenie drogie – powiedzmy to sobie) ubrania, które pokazują influencery. Mnie na nie nie stać. Mogę tak wybierać czasem, mogę do tego aspirować, ale to nie oznacza, że to jest cała prawda o moich wyborach konsumenckich. Wobec tego nie wejdę w płatnego deala z sieciówkami, bo zgadzam się, moda musi się zmienić, ale też nie oznacza to, że wydostałam się z tego systemu i w ogóle nic tam nie kupuję.

Chodzi o to, żeby pokazywać proces. Rozumiem, że jeśli kogoś lubimy, często chcemy, żeby był mądrzejszy, lepszy, bardziej szlachetny, żeby jego opinie były bardziej zbieżne z naszymi. Rzecz w tym, że nie możemy tego przyspieszać, ani przekłamywać. To moja rola, by nie poddawać się Waszym okazjonalnym naciskom, a Wasza, by zrozumieć, że taka, jaka jestem, jestem najlepsza na ten moment. Reprezentuję siebie, swoje aspiracje i swoje ideały – nie Wasze. Nie zawsze musimy się zgadzać i w tej niezgodzie również jest wartość. Może ostatecznie napędzić Was do propagowania swoich ideałów. Może być pożywką dla konstruktywnych przemyśleń. Moc internetu polega na tym, że te konkluzje nie muszą być jednakowe dla wszystkich. To daje nam różnorodność.

Ostatnia rzecz na koniec – w pewnym momencie, niepostrzeżenie z kogoś, kto dzieli się swoim światem, można się stać osobą publiczną. Mam tu zgrzyt. Nieco inaczej rozumiem internet. Dla mnie bycie w onlinie jest jak bycie na mieście, bycie w autobusie, bycie w przestrzeni publicznej. Jedni z nas są kolorowymi ptakami, inni ubrani na szaro wolą się nie wychylać. Sama nie czuję się osobą publiczną, a zwykłą dziewczyną, która gada do innych dziewczyn, tak jak mówi do swoich najbliższych koleżanek. Wbrew wszystkim zasadom PR, nie planuję swojego wizerunku i dokładam wszystkich starań, żebym taka, jaka jestem, nie musiała się wstydzić za siebie. Nawet jeśli jestem wielce nieidealna. Dlatego w mojej części internetu przeczytasz, że miałam kryzys, korzystałam z pomocy psychologa, albo na fali wielkiej złości wywaliłam makaron z talerza na stół podczas kłótni. To nie oznacza, że proszę o Twoją ocenę ani że propaguję awanturniczy styl życia. To pokazuje tylko, że nie jestem yoga babe na wiecznym zen. Jestem kobietą z krwi i kości i codziennie staram się być tak fajnym człowiekiem, jak to tylko dla mnie na dany moment możliwe. I jeśli mogę wywierać jakiś wpływ, jeśli mogę wysłać jakąś wiadomość, do osób, które mnie podglądają, jest ona następująca:

Ty też jesteś ok. Nikt nie jest idealny. Idealne mogą być sztucznie wykreowane obrazki w Internecie. Nasze potrzeby i doświadczenia są podobne – wspólne dla wszystkich ludzi. To, o co warto się starać, to nie o wizerunek w oczach innych, a o taką pracę nad swoim charakterem, żeby faktycznie zbliżać się do wyznaczonych przez siebie samą ideałów – w takim tempie, na jakie nas stać.

Aho!

Jak na tak ciepłe przedwiośnie maj był wyjątkowo chłodny i deszczowy. My nauczyłyśmy się w tym roku cieszyć z każdej kropli deszczu.
Zgredek.
Dużo rzeczy w moim życiu wychodzi całkiem inaczej niż bym chciała. Ale życie motoryzacyjno-cygańskie to akurat mi wychodzi jak mało co : ) Nawet jeśli fura jest pożyczona.

Zawsze byłam dziewczyną czerwca, ale w tym roku maj cieszył mnie niezmiernie. Nasz remont stanął w miejscu na miesiąc, wiele spraw się działo w moim życiu, a majowy kalendarz otworzyłam oczyszczaniem z Ajurwedą, żeby zresetować moje nawyki (udało się!). Na ten czas przeniosłam się do mojej znajomej. Marta jest właścicielką klimatycznego klubu sportowego Oh Lala, w którym organizuję kobiece kręgi. Jeśli byłyście tam kiedyś, znacie jej wyczucie i zmysł estetyczny i nie zdziwi Was, że jej mieszkanie jest równie piękne.

Po raz kolejny doceniłam wartość relacji międzyludzkich. Uważam się za prawdziwą szczęściarę. Na Instagramie pytałam Was, co jest Waszym największym zasobem. Odpowiedzi były różne. Ja myślę, że moim największym zasobem są właśnie relacje! To, że spotykam dobrych ludzi, to, że umiem nawiązywać z nimi relację, że możemy na siebie wzajemnie liczyć. Moje życie nie byłoby nigdy tak piękne, jakim je widzę, gdyby nie oni. To nie do przecenienia.

Marta mieszka przy warszawskich Filtrach. Chcę Was dziś zabrać na wycieczkę po okolicy. Często, kiedy wspominam o moim pragnieniu, by żyć bliżej natury, ludzie wzdychają i mówią coś w stylu: Oh, ja też nienawidzę Warszawy – Czego ja nigdy nie rozumiem, bo Warszawę kocham całym sercem, a moja chęć mieszkania w krzakach i lasach wcale nie kłóci się we mnie z miłością do miasta.

Tzw. mała Filtrowa to jedna z najpiękniejszych ulic w tym mieście. Przynajmniej moim zdaniem.

Wiosna na Starej Ochocie była cudowna! Powietrze wilgotne i tak przesycone zapachem kwiecia, że można było się nim dosłownie upić. Obklejało jak wata cukrowa. Było jak obłok wszystkich tych perfum, które zamknięte we flakonikach pachną zbyt dusząco i cukierkowo, ale w rzeczywistości są kiczem, który raduje serce. W maju kwitło tam wszystko! Jaśminowce wabiły przy alejkach, a starych bzów było tyle, że ich spienione fioletowe grzywy zachwycały mnie na każdym jednym spacerze. Do tego irysy, gdzieniegdzie jeszcze konwalie… to była najbardziej zmysłowa wiosna w moim życiu.

Warszawa ma też i takie oblicze!
Do tego wszędzie kwitnące kasztanowce. Uwielbiam, kiedy drzewa zrzucają płatki. To taka mała procesja ku celebracji cykliczności życia.
Mieszkanie w tak zielonym miejscu to prawdziwy przywilej.
Chmury bzów.
Nie wiem, jak nazywa się park po drugiej stronie kładki wiodącej na Pole Mokotowskie, ale wszyscy mówili, że „o, jesteś w Sue Ryder” – domniemam zatem, że będziecie wiedzieć, o który chodzi. Mały, ale przepiękny!
Ponieważ szykowałam się na 9 dni detoksu, wzięłam głównie dresy i ubrania, które potencjalnie mogę wytłuścić olejem sezamowym. Pakowałam się w ciepłą pogodę, maj był chłodnawy. Efekt? Stylówka na Big Lebowskiego. Może nie miałam jelly sandals, ale futro z klapcążkiem robiło równie dobrą robotę. Co ciekawe, o tej walizce i tym zestawie ubrań żyję już ponad miesiąc. To nieprawda, że można mieć mało rzeczy. Albo ja nie mogę. Albo zabrałam nie te, co trzeba. Tak czy inaczej – poczucie ziemniaka 10/10, podczas gdy moje półbuty i płaszczyki przejściowe leżą spakowane w workach w piwnicy i czekają tylko, aż zjedzą je myszy.
Czarne nigdy nie zawodzi.

Marta ma świetnie zaopatrzoną biblioteczkę. Nie wiem, czy to o mnie wiecie, ale kiedyś bardzo interesowałam się historią dookoła II w.s. Wielokrotnie wspominałam, że moja pamięć jest typową pamięcią vata. Szybko się uczę i jeszcze szybciej zapominam. Żadne daty i nazwiska się mnie nie imają. Po latach walczenia o usprawnienie tych funkcji mojego mózgu uznałam, że tracę czas tylko dlatego, że wstydzę się wyjść na nieuka. I że zamiast tego, będę uczyła się rzeczy, które naprawdę chcę wiedzieć i umieć, zamiast co roku odświeżać sobie nazwiska niemieckich oficerów.

Mówię, że interesuje mnie historia dookoła, bo mało uwagi poświęcałam sprawom politycznym i wojskowym, a dużą społecznym. Ta książka jest wspaniała i polecam ją wszystkim. Dzieciom rodziców, rodzicom dzieci, nam Polkom. Moja historia rodzinna jest mocno związana z tamtymi czasami, bo pochodzę ze Szczecina, a tu Polak z Niemcem splatają się blisko.

To piękna lektura nie tylko o historii jako takiej. To lektura o wadze korzeni, o tożsamości i miłości. Gorąco zachęcam, żebyście po nią sięgnęły.

Chociaż kwiaty najlepiej wyglądają w naturze, ja nie mając ogrodu, a teraz nawet balkonu nie jestem w stanie odmówić sobie och obecności w kuchni.

Żałowałam oczywiście, że maj pękający w szwach od nowalijek i świeżych warzyw nie będzie wykorzystany przeze mnie do stworzenia przepisów dla Was. Ale może to dobrze. Dużo się uczę, staram się lepiej rozumieć, jak wielki wpływ ma na nas sezonowe jedzenie. Objadłam się szparagów jak zła, robiłam notatki, obserwowałam. Może za rok, wrócę z czymś lepszym, z czymś, na czym skorzystacie bardziej? W tym polecam kilka przepisów z archiwum:

W tym miesiącu skupiałam się na swoim życiu prywatnym i pracy zawodowej. Nie mam dla Was wielu rekomendacji. Również z tego prostego powodu, że będąc na walizkach, nie chciałam gromadzić przedmiotów i nie miałam też czasu uczestniczyć w żadnych kursach. Aczkolwiek zaczęłam dbać o włosy pod okiem specjalistki. Tu pokazuję olejek do włosów, który został mi przez nią polecony. To nie jest typowy produkt pielęgnacyjny. W składzie są silikony i zapachy. Jest jednak świetny do wygładzania spuszonych włosów i zabezpieczania końcówek, a kosztuje gorsze..

To nie nadbałtycka plaża, ale kąpielisko przy Jeziorku Czerniakowskim. Zdecydowanie jedna z moich ulubionych miejscówek na mapie Warszawy. Może nie znam tu klubów i mało bywam w kawiarniach, ale parki, krzaki i inne nie są mi obce ; ).
Wielkie zdziwienie mnie uderzyło, gdy okazało się, że na jedną walizkę ubrań, wzięłam ze sobą aż trzy Tyszerty. Często je Wam polecam, bo wg. mnie są nie do zdarcia. To akurat moje ubrania, których nie chciałam wyplamić olejem sezamowym. Ze zdziwieniem rozeznałam również, że spakowałam 3 poplamione i dziurawe koszulki. Spakował je chyba mój wewnętrzny pan Badziewiak. Przerobiłam je na szmaty i postanowiłam sobie po przeprowadzce NAPRAWDĘ pozbyć się wszystkich ubrań, które już ze mną nie gadają. Nie tylko tych popsutych. Po prostu albo się kochamy, albo życie jest zbyt krótkie, by mieszkały w mojej szafie (zwłaszcza że na tę szafę to nie będzie obecnie dużo miejsca).
Jeziorko Czerniakowskie.
Warszawa Filtry.

Sylwetka miasta oddalona znacznie przez obecność warszawskich filtrów gwarantowała przepiękne widoki. Wieczorami stałam w balkonie z herbatą i patrzyłam na budynek, na którym wyświetlane są napisy. Jeden to Kocham Warszawę, a drugi, nie wiem, czy nie z okazji pandemii: wszystko będzie dobrze. Myślałam sobie o tym, że wszystko już jest dobrze. O tym, jaka jestem bogata, że mogę tu stać, pić tę herbatę. W sytuacji podbramkowej znów los fiknął kozła i ułożył się na moją korzyść. I choć tęsknię za Krakowem ostatnio szalenie, za nic, naprawdę za nic nie chciałabym tam wrócić. Z Warszawą czuję się kochana ze wzajemnością. Taka to opowieść o miłości do miasta.

Maj naturalne stał się dla mnie miesiącem wielkiej wdzięczności i zachwytu nad światem.
Jeden z najpiękniejszych i najdziwniejszych zachodów słońca, jakie w życiu widziałam. Całe niebo było w kolorze campari, ale była też burza więc masa ni to mgły, ni to wilgoci unosiła się w powietrzu, co wyglądało jak dym. Jakby miasto płonęło. Niesamowite wrażenie.

Wiem, że wiele osób teraz odkrywa uroki pracy z HO, a ja mam szczerze dość. Na szczęście udało mi się znaleźć biurko w super miejscu. Zanim jednak tam zagoszczę, jestem w drodze. Prowadzenie własnej firmy czasem oznacza gulę w gardle i ścisk żołądka. Bo kiedy ja to wszystko zrobię? A co z księgowością? A mail goni mail i nie ma nikogo, zupełnie nikogo, kto mnie w tym wyręczy, wesprze. We własnej firmie osiędbanie jest szczególnie ważne, bo jesteś swoim najważniejszym zasobem. Bez ciebie nic się nie wydarzy w twoim biznesie. Ostatnie dni przed opuszczeniem mieszkania Marty były dla mnie bardzo intensywne. Moja pitta podnosiła się do niebotycznych rozmiarów i raz pracowałam nawet do północy (czego nie polecam i nie szanuję). Następnego dnia rano, gdy zajrzałam do terminarza… cały był zasypany płatkami piwonii. A piwonie to moje ukochane kwiaty. Więc ta piwonia przez noc, niespodziewanie zrzuciła sukienkę prosto na mój terminarz. Zupełnie jakby chciała powiedzieć: hej, życie dzieje się teraz! Twoje ulubione kwiaty, najpiękniejsze zachody słońca, ciepłe dni. Hej! Wyostrz wzrok na to, co jest naprawdę ważne. Posłuchałam.

Nie mogę się oprzeć, by nie polecić Wam kolejnej lektury. Uwielbiam Tiziano, choć w głowie toczę z nim nieustające spory, odpowiadam na stawiane pytania, rozważam. Czuję, że był trochę niesprawiedliwy w swojej pogardzie dla pieniądza, kapitalizmu i globalizacji. On, który latał samolotami, mieszkał w wielu krajach, żył z (niepracującą?) żoną w dość luksusowych domach. Łatwo jest kazać powściągać się tym, na których miejscu się nie jest. Mimo wszystko Tiziano mistrzowsko pisze o smakach, zapachach, byciu człowiekiem i… nawet o pewnego rodzaju mistycyzmie. Być może się z nim nie zgodzicie, może nawet nie będziecie go lubić, ale z pewnością podczas wspólnej z nim podróży lepiej poznacie same siebie.

Koniec

A teraz jestem już zupełnie gdzie indziej. Następne tygodnie spędzę, pracując ze Szczecina. Z pewnością pojawię się pod koniec miesiąca w Warszawie, bo 27.06 prowadzę krąg kobiet nieopodal stolicy w bardzo przyjemnym miejscu. Do zobaczenia!

MĄDROŚĆ CIAŁA

Mądrość ciała to książka, którą zawsze chciałam przeczytać. Mam dni, kiedy snuję się po księgarniach w poszukiwaniu lektur, które mnie zainteresują. Nie ukrywam, że dużą część książek poradnikowych i osiędbaniowych czytam właśnie po to, by móc je ewentualnie rekomendować na mojej stronie.

Problem z poradnikami polega na tym, że dziś każdy może napisać książkę. Niektóre z nich są zupełnie o niczym. Jeszcze inne być może dobrze brzmiały w języku, w którym zostały napisane, ale po tłumaczeniu są zwyczajnie niestrawne. Zazwyczaj fotografuję interesujące mnie pozycje i staram się sukcesywnie je zdobywać. Tym razem nie musiałam jednak robić nawet tego, bo książkę Mądrość Ciała znalazłam na półce biblioteczki u koleżanki, u której mieszkam.

NIE OCENIAJ KSIĄŻKI PO OKŁADCE

Niech infantylna okładka Cię nie zwiedzie. Ta książka napisana jest lekko, ale wypakowana wiedzą. Jeśli wiesz o moim ajurwedyjskim fisiu, nie zdziwi Cię pewnie, że szukam książek, które widzą zdrowie i ciało kobiety holistycznie, w podobny sposób jak widzi je Ajurweda. Kiedy ktoś pyta mnie, jakie książki o Ajurwedzie polecam, często mam ochotę polecić te, w których słowo na A nie pada nigdy. Tak jest z tą książką. Nie jest to tak obszerna lektura, jak CIAŁO kobiety, MĄDROŚĆ kobiety, ale jest utrzymana w bardzo podobnym tonie.

Dr Rachel Abrams ukończyła studia medyczne i prowadzi klinikę medycyny integracyjnej w Santa Cruz. W Mądrości Ciała wymienia zarówno leki, jak i zioła, zaleca akupunkturę i zmiany w stylu życia. Znajdziesz tu informacje o badaniach, witaminach, ale również kobiecej psychice i jej wpływie na stan zdrowia.

DLA KOGO?

Jak już wspomniałam, to nie jest książka, gdzie autorka leje wodę o niczym przez kilkaset stron. Mówiąc najkrócej, powiedziałabym, że to książka o dobrostanie ciała. Bardzo podoba mi się to, że autorka zwraca uwagę na kontakt z ciałem i to, w jaki sposób możemy wsłuchać się w jego potrzeby, a nawet oceniać czy coś jest dla nas dobre, na podstawie obserwacji odczuć, które z niego płyną. Znajdziesz tu też mindfullnessowe ćwiczenia oddechowe, ćwiczenie polegające na skanowaniu ciała i inne pomagające się zrelaksować, a nawet uśmierzyć ból.

To książka przepełniona łagodnością, bez straszenia i radykalnych osądów. Nie przeczytasz w niej, że spożywasz trucizny i czeka Cię rychła śmierć (bo gluten i cukier), poznasz za to sposoby radzenia sobie z depresją, w tym takie, że być może będziesz musiała odwiedzić psychiatrę i skorzystać z pomocy antydepresantów, ale wszystkie te rady podane są w bardzo łagodnej, niezastępującej wizyty u lekarza formie. Żeby na własny użytek ocenić swój stan, możesz skorzystać z coachingowego audytu, który otwiera rozdziały.

Dla mnie to raczej książka, która pozwoli Ci lepiej i w bardziej kompetentny sposób porozmawiać z Twoim lekarzem lub terapeutą, pod warunkiem oczywiście, że ten jest otwarty na rozmowę.

Największą wartość wspomnianej lektury widzę jednak w omówieniu stylu życia. Sen, regeneracja, odpoczynek, kontakty z bliskimi – to wszystko jest tu opisane bez truizmów, za to z praktycznymi objaśnieniami jak sobie pomóc i dlaczego te podstawy są tak szalenie ważne. Duża część książki dotyczy chronicznego wyczerpania organizmu, chorób psychicznych, odżywiania, ale w rzeczywistości, jest to książka o zdrowym stylu życia (w najlepszym tego słowa znaczeniu).

Jestem przekonana, że w przyszłości nabędę swój własny egzemplarz i jeśli szukasz klucza do bardziej harmonijnego, zdrowszego życia, serdecznie Ci tę książkę polecam.

SKRÓCONY SPIS TREŚCI:

Jak rozwinąć w sobie świadomość ciała?

Oddech przeponą

Świadomość ciała

Uczucia z ciała

Świadomość ruchu

Koniec z chronicznym wyczerpaniem organizmu.

Koniec z przemęczeniem i przewlekłym bólem.

Przenoszenie bólu.

Libido.

Depresja i lęk.

Alergie i choroby autoimmunologiczne.

Jak użyć świadomości ciała, by zdrowiej żyć?

Tycie, chudnięcie i odżywianie.

Sen to odpoczynek, pokarm dla ciała i umysłu.

Forma, giętkość i wzmocnienie ciała.

Przyjaźń, namiętność i dieta dla serca.

Nadaj życiu sens.

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No posts found.

Make sure this account has posts available on instagram.com.

.