Category

fotomigawki

Category

Zadziwia mnie ten rok. Sposób w jaki przeplata małe zachwyty i chwile goryczy, radość i wdzięczność, co rozpiera serce a potem ból tak słony i żrący, że aż rozrywa ciało. Być może ten rok jest tak bolesny i intensywny, by zasiać w nas ziarenka zmiany, które zaowocują czymś dobrym. Tak sobie to tłumaczę. Zachwycam się, wzruszam, płaczę zwinięta w kulkę. Przesypiam, zajadam, perfekcyjnie zdrowo sobie z tym radzę. Cały kalejdoskop w 12 tylko miesiącach. Dziś o 11 z nich.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, bo skąd niby mogłam wiedzieć- kiedy mgła jak zakurzona kurtyna w teatrze w końcu podniosła się do góry, ukazało się nam błękitne niebo, zimne, ale jasne słońce i ostatnie zdjęcia były nawet wakacyjne, gdyby nie ten płaszcz i czapka. To iluzoryczne, wymalowane pastelami lato zmyliło mnie i o czym jest ta historia, zrozumiałam dopiero ponad miesiąc później.

We wrześniu działo się tyle, że nie zdążyłam nawet z fotopodsumowaniem, że nie wiem nawet, od czego zacząć i że wątpię w ten format, gdyż wydaje mi się nagle zbyt prywatny, dokumentalny. Jakby same słowa były ok, same obrazy też, ale zaserwowanie ich razem, było jak seks przy zapalonym świetle. Można rozebrać się w świetle dnia (zdjęcia), można też kochać się po ciemku (słowa), ale połączenie jednego z drugim jest naprawdę aktem dużego zaufania i chęci wejścia w świat drugiego człowieka. Tylko że tu performerką jestem wyłącznie ja. Jak cam girl? Nigdy nie chciałam być cam girl, więc dziś tekstu będzie mniej.

fot. Zuzanna Szamocka

Lipiec był u mnie intensywny i to wpisuje się w kanon pracowitych lat, gdzie sezon rozpoczynam przeprowadzką. Tym razem jednak już od końca kwietnia nie miałam domu i przenosiłam się z miejsca na miejsca z psem i całym psio-ludzkim majdanem.

Przez większość czasu moje życie wyglądało mniej więcej tak. To uświadomiło mi, że nadmiar przemieszczania się i podróżowania nie sprzyja u mnie pobudzeniu kreatywności, a wzmaga niepokój, podnosi vatę i sprawia, że moje ciało się spina. Wiedziałam to od dawna, ale teraz mogłam doświadczyć na własnej skórze i upewnić się, że rutyna, bezpieczny port i powtarzalność są moją bazą do lotu w kosmos.

Domowe sposoby na ból pleców – Tru Plus Elektrostymulator

Dźwiganie gratów, obce łóżka i spanie na dmuchanym materacu odbiły się na stanie moich pleców. W ruch poszło urządzenie od TRU+ o którym pisałam TU. Oczywiście wszędzie też przemieszczałam się wszędzie z poduszką z gryki i tylko to sprawiło, że jako tako jestem w jednym kawałku. Teraz już na spokojnie zapisałam się do mojego fizjoterapeuty Marcina z Projekt Masaż, żeby mnie poukładał od nowa. Wystarczy obciążać daną część ciała, żeby reszta chciała to wyrównać, często powodując kolejne napięcia. Potem wszystko idzie jak domino, dlatego dbam, zanim zmiecie mi ostatnią kostkę i będzie game over.

A kiedy już udało nam się wprowadzić, kilka dni później okazało się, że ja i nasza suczka musimy się przeprowadzić w inne miejsce, bo Radża pracował z osobą zarażoną COVID i miał kwarantannę. Mnie przed wspólną posiadówą uratował wyjazd, który rozdzielił nas przed całym zdarzeniem. Na szczęście test potwierdził, że nie ma korony, no ale przymusowa banicja wprowadziła jeszcze więcej zamieszania.

Nasze mieszkanie nadal w dużej mierze wygląda tak. Nie mamy lodówki ani pralki. Nie mamy też szafy i nie rozpakowaliśmy kartonów (bo nie mamy gdzie trzymać rzeczy).

Za to mamy łazienkę! I może nie jest w 100% skończona, ale mogłam rozłożyć kosmetyki, a prysznic jest wielki i fantastyczny. Całą metamorfozę mieszkania pokażę w osobnym poście, na razie małymi kroczkami zmierzamy do celu.

Pamiętacie mój archiwalny wpis o tanich śniadaniach i fajnych miejscach na Mokotowie (klik)? Nic się nie zmieniło! W Mozaice nadal dobrze i tanio karmią.

Oto dowód.

W lipcu przekonałam się też, że minimalizm jest przereklamowany. Przynajmniej dla mnie! Żyjąc o 5 sztukach odzienia, ciągle czegoś mi brakowało, za czymś tęskniłam, jedno się suszyło, drugie się prało, a mi ciągle było za ciepło, za zimno, a stopa po 3 miesiącach chodzenia w 2 parach butów na zmianę złapała przykurcz (buty w rozmiarze 38, które są ok od czasu do czasu, nie nadają się jednak do noszenia non stop gdy ma się rozmiar 38,5 – no, a przynajmniej w lewej stopie). Także często miałam poranki z gatunku – nie mam w co się ubrać – tym razem całkiem dosłownie. W ciepłe dni koszulki po prostu schły bezpośrednio na mnie.

Lipiec to czas, kiedy mogę pochwalić się efektami mojego drugiego skin coachingu w życiu. 5 lat temu zaufałam Blance Społowicz i pisałam o tym tu (klik). W tym roku coś ostro nie grało ze skórą mojej twarzy i w końcu skapitulowałam i udałam się po profesjonalną pomoc. Nie chcę sama tłumaczyć, na czym polegał mój problem i jaką mam rutynę pielęgnacyjną, ale jeśli jesteś ciekawa, to przeczytasz o tym bezpośrednio na blogu Blanki (klik).

A kiedy już mogłam rozpakować kosmetyki, odnalazłam karton z brązującym balsamem i samoopalaczem w płynie. Tego drugiego używam do twarzy i bardzo lubię, bo jest łatwy w obsłudze i daje bardzo naturalny efekt, a teraz używam mocnych filtrów, więc jestem blada (zdecydowanie wolę siebie w opalonej wersji). Ten kosmetyk nie jest tani, ale jest wart swojej ceny. Po cichu mam tylko nadzieję, że nie wejdzie w kolizję z moją reaktywną ostatnio cerą.

Bardzo niewygodny z powodu mieszkania i bardzo aktywny miesiąc obfitował również w wyjazdy solo.

I tak np. uczyłam się masować, diagnozować z języka i pulsu oraz gotować po ajurwedyjsku.

Wszystko to w pięknych okolicznościach przyrody i z zerowym zasięgiem sieci. Bardzo doceniłam offline.

W moim mieście również dużo bywałam w naturze. Tropię dzikie miejsca w Warszawie.

A wcześniej udało mi się dotrzeć na Warmię. To część mojego pomysłu, by stworzyć mapę miejsc i punktów, gdzie można osięzadbać. Taki przewodnik z rekomendacjami chciałam stworzyć już w zeszłym roku. Zrobiłam plany i… przyszła Korona. Wiele z tych planów przepadło, ale też coś zostało. O wyjazdach ze Slow Living Poland napiszę osobny tekst, tymczasem zostawiam Wam namiar już teraz, bo może zechcecie skorzystać jeszcze tego lata!

Ja wybrałam wyjazd na Warmię, gdzie atrakcjami była joga i koncerty mis tybetańskich! Wspaniałe doświadczenie. Pojechałam sama. Nie mam auta, zabrałam się z dziewczynami z Warszawy i podzieliłyśmy się kosztami paliwa. Chcę Was bardzo zachęcić do takiego podróżowania solo. Dawno, dawno temu w Krakowie, wydawało mi się, że jak nie jadę gdzieś z partnerem, to powinnam siedzieć w domu. A on nie miał czasu, żeby podróżować. Dziś już nie czekam aż partner lub ktoś ze znajomych będzie podzielał moją chęć czy pasje – nie każdego musi bawić joga, wodne sporty lub cokolwiek innego, ale to nie powinno powstrzymywać mnie.

Pomysł wyjazdów ze Slow Living polega na połączeniu czegoś dla ciała z czymś dla ducha, pysznym jedzeniem i naturą. Dla mnie to kombinacja idealna!

Miałam też przyjemność odwiedzić leśna spa. Było tak dobre, jak słyszałam!

fot. Zuzanna Szamocka

Poza wyjazdami badałam też inne inicjatywy. Yoga Brunch organizowany przez SSU odbywa się w Warszawie i na Helu. Dostaniecie tu pięknie zaserwowaną jogę i śniadanko.

fot. Zuzanna Szamocka
fot. Zuzanna Szamocka

Dopiero tam nauczyłam się sztuczki, żeby robić zakładkę na macie, jeśli muszę na niej przyklęknąć. Wcześniej zawsze używałam koca lub po prostu cierpiałam męki (jestem koścista i mi twardo).

fot. Zuzanna Szamocka

Mam takie założenie, że chciałabym, żeby fotomigawki stanowiły serię wysmakowanych obrazków. Obrazków spójnych kolorystycznie, tematycznie i smacznie podanych. To założenie wyprzedza jednak inne jeszcze ważniejsze założenie! Założenie, które mówi, by nie pokazywać w internecie wszystkiego, ale nigdy nie fejkować i nie zakłamywać, nie lukrować i nie udawać. Moje ostatnie miesiące były ciężkie, chaotyczne, poszarpane i nadwyrężające. Widać to po tych zdjęciach, które są zbieraniną zdjęć moich i cudzych, z telefonu i robionych profesjonalnym sprzętem. Kolory od sasa do lasa, kadry też. Wolałabym, żeby było inaczej, ale nie umiem odpuścić prawdy. Niech więc lipiec będzie dowodem na szukanie piękna i robieniu przestrzeni na przyjemności pomimo wszystko. Nie zawsze to przychodzi łatwo, ale wierzę, że właśnie te momenty składają się na wspomnienia. Zmęczenie w końcu odparuje.


 

Jestem miss czerwca. Kocham i uwielbiam. Piwonie w rozkwicie, pierwsze maliny, wypady w naturę, letnie popołudnia z miło sączącym się światłem, młodą kapustę, truskawki. Za wszystko! Ten czerwiec był inny niż każdy, jak cały ten przedziwny rok. Spędziłam go niemal w całości w Szczecinie, wracając do Warszawy z powodu kręgu organizowanego ze Slow Living Poland. Warszawa wydała mi się głośna i nużąca, choć w samym Szczecinie tak bardzo za nią tęskniłam.

Jak na tak ciepłe przedwiośnie maj był wyjątkowo chłodny i deszczowy. My nauczyłyśmy się w tym roku cieszyć z każdej kropli deszczu.
Zgredek.
Dużo rzeczy w moim życiu wychodzi całkiem inaczej niż bym chciała. Ale życie motoryzacyjno-cygańskie to akurat mi wychodzi jak mało co : ) Nawet jeśli fura jest pożyczona.

Zawsze byłam dziewczyną czerwca, ale w tym roku maj cieszył mnie niezmiernie. Nasz remont stanął w miejscu na miesiąc, wiele spraw się działo w moim życiu, a majowy kalendarz otworzyłam oczyszczaniem z Ajurwedą, żeby zresetować moje nawyki (udało się!). Na ten czas przeniosłam się do mojej znajomej. Marta jest właścicielką klimatycznego klubu sportowego Oh Lala, w którym organizuję kobiece kręgi. Jeśli byłyście tam kiedyś, znacie jej wyczucie i zmysł estetyczny i nie zdziwi Was, że jej mieszkanie jest równie piękne.

Po raz kolejny doceniłam wartość relacji międzyludzkich. Uważam się za prawdziwą szczęściarę. Na Instagramie pytałam Was, co jest Waszym największym zasobem. Odpowiedzi były różne. Ja myślę, że moim największym zasobem są właśnie relacje! To, że spotykam dobrych ludzi, to, że umiem nawiązywać z nimi relację, że możemy na siebie wzajemnie liczyć. Moje życie nie byłoby nigdy tak piękne, jakim je widzę, gdyby nie oni. To nie do przecenienia.

Marta mieszka przy warszawskich Filtrach. Chcę Was dziś zabrać na wycieczkę po okolicy. Często, kiedy wspominam o moim pragnieniu, by żyć bliżej natury, ludzie wzdychają i mówią coś w stylu: Oh, ja też nienawidzę Warszawy – Czego ja nigdy nie rozumiem, bo Warszawę kocham całym sercem, a moja chęć mieszkania w krzakach i lasach wcale nie kłóci się we mnie z miłością do miasta.

Tzw. mała Filtrowa to jedna z najpiękniejszych ulic w tym mieście. Przynajmniej moim zdaniem.

Wiosna na Starej Ochocie była cudowna! Powietrze wilgotne i tak przesycone zapachem kwiecia, że można było się nim dosłownie upić. Obklejało jak wata cukrowa. Było jak obłok wszystkich tych perfum, które zamknięte we flakonikach pachną zbyt dusząco i cukierkowo, ale w rzeczywistości są kiczem, który raduje serce. W maju kwitło tam wszystko! Jaśminowce wabiły przy alejkach, a starych bzów było tyle, że ich spienione fioletowe grzywy zachwycały mnie na każdym jednym spacerze. Do tego irysy, gdzieniegdzie jeszcze konwalie… to była najbardziej zmysłowa wiosna w moim życiu.

Warszawa ma też i takie oblicze!
Do tego wszędzie kwitnące kasztanowce. Uwielbiam, kiedy drzewa zrzucają płatki. To taka mała procesja ku celebracji cykliczności życia.
Mieszkanie w tak zielonym miejscu to prawdziwy przywilej.
Chmury bzów.
Nie wiem, jak nazywa się park po drugiej stronie kładki wiodącej na Pole Mokotowskie, ale wszyscy mówili, że „o, jesteś w Sue Ryder” – domniemam zatem, że będziecie wiedzieć, o który chodzi. Mały, ale przepiękny!
Ponieważ szykowałam się na 9 dni detoksu, wzięłam głównie dresy i ubrania, które potencjalnie mogę wytłuścić olejem sezamowym. Pakowałam się w ciepłą pogodę, maj był chłodnawy. Efekt? Stylówka na Big Lebowskiego. Może nie miałam jelly sandals, ale futro z klapcążkiem robiło równie dobrą robotę. Co ciekawe, o tej walizce i tym zestawie ubrań żyję już ponad miesiąc. To nieprawda, że można mieć mało rzeczy. Albo ja nie mogę. Albo zabrałam nie te, co trzeba. Tak czy inaczej – poczucie ziemniaka 10/10, podczas gdy moje półbuty i płaszczyki przejściowe leżą spakowane w workach w piwnicy i czekają tylko, aż zjedzą je myszy.
Czarne nigdy nie zawodzi.

Marta ma świetnie zaopatrzoną biblioteczkę. Nie wiem, czy to o mnie wiecie, ale kiedyś bardzo interesowałam się historią dookoła II w.s. Wielokrotnie wspominałam, że moja pamięć jest typową pamięcią vata. Szybko się uczę i jeszcze szybciej zapominam. Żadne daty i nazwiska się mnie nie imają. Po latach walczenia o usprawnienie tych funkcji mojego mózgu uznałam, że tracę czas tylko dlatego, że wstydzę się wyjść na nieuka. I że zamiast tego, będę uczyła się rzeczy, które naprawdę chcę wiedzieć i umieć, zamiast co roku odświeżać sobie nazwiska niemieckich oficerów.

Mówię, że interesuje mnie historia dookoła, bo mało uwagi poświęcałam sprawom politycznym i wojskowym, a dużą społecznym. Ta książka jest wspaniała i polecam ją wszystkim. Dzieciom rodziców, rodzicom dzieci, nam Polkom. Moja historia rodzinna jest mocno związana z tamtymi czasami, bo pochodzę ze Szczecina, a tu Polak z Niemcem splatają się blisko.

To piękna lektura nie tylko o historii jako takiej. To lektura o wadze korzeni, o tożsamości i miłości. Gorąco zachęcam, żebyście po nią sięgnęły.

Chociaż kwiaty najlepiej wyglądają w naturze, ja nie mając ogrodu, a teraz nawet balkonu nie jestem w stanie odmówić sobie och obecności w kuchni.

Żałowałam oczywiście, że maj pękający w szwach od nowalijek i świeżych warzyw nie będzie wykorzystany przeze mnie do stworzenia przepisów dla Was. Ale może to dobrze. Dużo się uczę, staram się lepiej rozumieć, jak wielki wpływ ma na nas sezonowe jedzenie. Objadłam się szparagów jak zła, robiłam notatki, obserwowałam. Może za rok, wrócę z czymś lepszym, z czymś, na czym skorzystacie bardziej? W tym polecam kilka przepisów z archiwum:

W tym miesiącu skupiałam się na swoim życiu prywatnym i pracy zawodowej. Nie mam dla Was wielu rekomendacji. Również z tego prostego powodu, że będąc na walizkach, nie chciałam gromadzić przedmiotów i nie miałam też czasu uczestniczyć w żadnych kursach. Aczkolwiek zaczęłam dbać o włosy pod okiem specjalistki. Tu pokazuję olejek do włosów, który został mi przez nią polecony. To nie jest typowy produkt pielęgnacyjny. W składzie są silikony i zapachy. Jest jednak świetny do wygładzania spuszonych włosów i zabezpieczania końcówek, a kosztuje gorsze..

To nie nadbałtycka plaża, ale kąpielisko przy Jeziorku Czerniakowskim. Zdecydowanie jedna z moich ulubionych miejscówek na mapie Warszawy. Może nie znam tu klubów i mało bywam w kawiarniach, ale parki, krzaki i inne nie są mi obce ; ).
Wielkie zdziwienie mnie uderzyło, gdy okazało się, że na jedną walizkę ubrań, wzięłam ze sobą aż trzy Tyszerty. Często je Wam polecam, bo wg. mnie są nie do zdarcia. To akurat moje ubrania, których nie chciałam wyplamić olejem sezamowym. Ze zdziwieniem rozeznałam również, że spakowałam 3 poplamione i dziurawe koszulki. Spakował je chyba mój wewnętrzny pan Badziewiak. Przerobiłam je na szmaty i postanowiłam sobie po przeprowadzce NAPRAWDĘ pozbyć się wszystkich ubrań, które już ze mną nie gadają. Nie tylko tych popsutych. Po prostu albo się kochamy, albo życie jest zbyt krótkie, by mieszkały w mojej szafie (zwłaszcza że na tę szafę to nie będzie obecnie dużo miejsca).
Jeziorko Czerniakowskie.
Warszawa Filtry.

Sylwetka miasta oddalona znacznie przez obecność warszawskich filtrów gwarantowała przepiękne widoki. Wieczorami stałam w balkonie z herbatą i patrzyłam na budynek, na którym wyświetlane są napisy. Jeden to Kocham Warszawę, a drugi, nie wiem, czy nie z okazji pandemii: wszystko będzie dobrze. Myślałam sobie o tym, że wszystko już jest dobrze. O tym, jaka jestem bogata, że mogę tu stać, pić tę herbatę. W sytuacji podbramkowej znów los fiknął kozła i ułożył się na moją korzyść. I choć tęsknię za Krakowem ostatnio szalenie, za nic, naprawdę za nic nie chciałabym tam wrócić. Z Warszawą czuję się kochana ze wzajemnością. Taka to opowieść o miłości do miasta.

Maj naturalne stał się dla mnie miesiącem wielkiej wdzięczności i zachwytu nad światem.
Jeden z najpiękniejszych i najdziwniejszych zachodów słońca, jakie w życiu widziałam. Całe niebo było w kolorze campari, ale była też burza więc masa ni to mgły, ni to wilgoci unosiła się w powietrzu, co wyglądało jak dym. Jakby miasto płonęło. Niesamowite wrażenie.

Wiem, że wiele osób teraz odkrywa uroki pracy z HO, a ja mam szczerze dość. Na szczęście udało mi się znaleźć biurko w super miejscu. Zanim jednak tam zagoszczę, jestem w drodze. Prowadzenie własnej firmy czasem oznacza gulę w gardle i ścisk żołądka. Bo kiedy ja to wszystko zrobię? A co z księgowością? A mail goni mail i nie ma nikogo, zupełnie nikogo, kto mnie w tym wyręczy, wesprze. We własnej firmie osiędbanie jest szczególnie ważne, bo jesteś swoim najważniejszym zasobem. Bez ciebie nic się nie wydarzy w twoim biznesie. Ostatnie dni przed opuszczeniem mieszkania Marty były dla mnie bardzo intensywne. Moja pitta podnosiła się do niebotycznych rozmiarów i raz pracowałam nawet do północy (czego nie polecam i nie szanuję). Następnego dnia rano, gdy zajrzałam do terminarza… cały był zasypany płatkami piwonii. A piwonie to moje ukochane kwiaty. Więc ta piwonia przez noc, niespodziewanie zrzuciła sukienkę prosto na mój terminarz. Zupełnie jakby chciała powiedzieć: hej, życie dzieje się teraz! Twoje ulubione kwiaty, najpiękniejsze zachody słońca, ciepłe dni. Hej! Wyostrz wzrok na to, co jest naprawdę ważne. Posłuchałam.

Nie mogę się oprzeć, by nie polecić Wam kolejnej lektury. Uwielbiam Tiziano, choć w głowie toczę z nim nieustające spory, odpowiadam na stawiane pytania, rozważam. Czuję, że był trochę niesprawiedliwy w swojej pogardzie dla pieniądza, kapitalizmu i globalizacji. On, który latał samolotami, mieszkał w wielu krajach, żył z (niepracującą?) żoną w dość luksusowych domach. Łatwo jest kazać powściągać się tym, na których miejscu się nie jest. Mimo wszystko Tiziano mistrzowsko pisze o smakach, zapachach, byciu człowiekiem i… nawet o pewnego rodzaju mistycyzmie. Być może się z nim nie zgodzicie, może nawet nie będziecie go lubić, ale z pewnością podczas wspólnej z nim podróży lepiej poznacie same siebie.

Koniec

A teraz jestem już zupełnie gdzie indziej. Następne tygodnie spędzę, pracując ze Szczecina. Z pewnością pojawię się pod koniec miesiąca w Warszawie, bo 27.06 prowadzę krąg kobiet nieopodal stolicy w bardzo przyjemnym miejscu. Do zobaczenia!

blimsien
Jeszcze w lutym miałam mikro zabieg chirurgiczny i część z Was widziała mnie ze szwami na kobiecym kręgu. Już miesiąc później po szwach została tylko nieładna blizna, a po kręgach ani widu ani słychu… odwołałam je zanim jeszcze weszły w życie rządowe rozporządzenia, bo sprawa wydawała mi się zbyt poważna, żebym ryzykowała Waszym zdrowiem.

Przykisiłam w marcu z podsumowaniem miesiąca. Działo się u mnie tak dużo i tak źle, że zupełnie nie miałam do tego głowy. Dziś usiadłam do marcowe love z nową motywacją i… zobaczyłam jak wiele się zmieniło od tego czasu!

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No posts found.

Make sure this account has posts available on instagram.com.

.