40 zasad

Ta opowieść to druga część historii o tym, jak weszłam na ścieżkę serca.

Tak naprawdę wcale nie jestem taka odważna i bezkompromisowa za jaką mnie masz. Tatuaże nic tu nie pomogą. Jestem zwykłą, przewrażliwioną boidupą. Jesteś procesem Angel. Nie przyspieszaj (to mówi Rulo). Kiedyś… kiedyś było łatwo się buntować. Rodzice, nauczyciele, rodzinne miasto. Wszystko zamykało mnie w ramach. Szalałam jak rozjuszona tygrysica w klatce. Ryczałam dziko. Nosiło mnie. Świat był za małym swetrem, gryzącą w czoło czapką.

Poszerzałam tę strefę, rozpychałam się łokciami. Gryzłam i warczałam. Wyjechać do Londynu na zawsze z jednym chłopakiem i wrócić po miesiącu z miłości, nieuleczalnej do drugiego? Proszę bardzo. Mówić zawsze to co się myśli choćby mieli wezwać starych na dywanik do szkoły? You welcome. Założyć firmę w wieku 18 lat nie wiedząc co to faktura ani sitodruk? No problem, baby. Byłam wszędzie. Robiłam wszystko. Paliłam z bezdomnymi fajki w pustotstanie, w którym mieszkali. Dwaj starsi kolesie. Jedliśmy razem. Szukałam życia. Pulsu miasta. Czułam, że muszę zedrzeć ten różowy brokat z rzeczywistości, że krew, ta brudna, gęsta i prawdziwa płynie gdzieś indziej. To były mroczne czasu, a ja rzucałam się na łeb na szyję we wszystko. O, bogini Kali miała wtedy używanie. Nieomal zatańczyłyśmy się we dwie na śmierć.

Dziś… jestem panią samej siebie. Dzielę włos na czworo. Blimsien mogłaby mieć na nazwisko Overthinking. Wszystkie decyzje są moje, więc nad każdą się trzęsę. Nie robię nic w kontrze do ludzi czy norm, które mi coś nakazują, życie urządzam po swojemu. Każdy fuckup idzie na moje konto. A jestem bezlitosnym sędzią siebie samej. Wcale nie Rulo, to już nieprawda. Już jakiś czas temu nauczyłam się sobie wybaczać i pocieszać siebie samą. Już jest okej, wiesz? (to mój głos). Boję się. Boję się popełnić błąd. Nie żeby błędów nie dało się naprawić. Tak naprawdę, boję się, że będę zależna od innych. Jak wtedy. W tej zbyt ciasnej klatce. W drapiącym swetrze. Że będą przycinać mnie jak drzewko bonsai. A ja nie z tych. Ja zamykana w klatce umieram, kurczę się, czernieję. Boję się, że powinie mi się noga i będę musiała prosić o pomoc rodziców. Boję się, że będzie mną rządził szef. Boję się, że skończą mi się zasoby. Czasem tak bardzo bardzo się boję. Cholernie. STOP.

Są święta. Jestem u mamy. Moi rodzice są rozwiedzeni i całkiem różni. Powiedzieć, że za sobą nie przepadają, to jakby nic nie powiedzieć. Mój tato zna się na historii i polityce. Ma umysł ścisły i jest pragmatyczny. Moja mama nie ma korzeni i jest jak latawiec na wietrze. Siedzę u niej w domu na kanapie. Piję herbatę. Oglądam biblioteczkę. Proszę żeby pożyczyła mi jakąś książkę. Czytam właśnie książkę, pożyczoną od Agaty, która porusza mnie do granic. Złości mnie i swędzi. Being selfish. O kobiecie, która szukała siebie. Długo i ekstremalnie. Za długo jak dla mnie. W abstynencji od seksu i byciu prostytutką. W medytacji i dragach. No i siebie w końcu znalazła. Pożycz mi coś podobnego mamo – proszę.

Mama pożycza mi Czterdzieści zasad miłości Elif Shafak. Elif, turecka pisarka nazywana jest Orhanem Pamukiem w spódnicy. Potrafię to zrozumieć. Początek jej książki to jakby kopia „Nazywam się czerwień”. No ale będę w podróży ponad osiem godzin, poczytam. Książka ta traktuje o Rumim, mistyku, postaci rzeczywistej. Dla mnie wtedy znanej tylko z cytatów w internecie. Nie miałam pojęcia, że Rumi był muzułmaninem, nie wiedziałam nic o tańczących derwiszach ani o Konyi. Historia ta jest też o znudzonej mężatce Elli, która utknęła w strefie komfortu, a ma zrecenzować książkę tajemniczego Aziza. Aziz pisze o historii miłości pomiędzy Rumim a Szamsem.

Tak, Rumi byłby tylko sprawnym kaznodzieją, gdyby nie to, że modlił się do Boga o towarzysza. W tym samym czasie Szams, wędrowny derwisz, który nie może usiedzieć w miejscu i podróżuje po świecie odmieniając serca innych, prosi Boga o kogoś z kim będzie mógł podzielić się swoją wiedzą. Czterdziestoma zasadami miłości. Po wielu próbach Szams, również postać rzeczywista, i Rumi trafiają na siebie. To odmienia życie obojga, a Rumiego przemienia duchowo w mistyka, propagatora miłości i poetę. Niefrasobliwy i zbuntowany Szams, który łamie wszystkie konwenanse dokonuje tego dzieła będąc sobą.

Poniekąd Aziz dokonuje tego samego w związku z Ellą.

Na swoim instagramie, pod zdjęciem tej książki, w dniu kiedy ją pożyczyłam, napisałam „I hope next year will teach me how to be more open and flexible. I let go the past and allow what is now. Delicious feeling ♥”. Wtedy jeszcze nie wiedziałam o czym jest ta książka.

Mama prosiła żebym zakreślała fragmenty, które mi się podobają. „Jak wróci do mnie, chcę zobaczyć co Ci w duszy gra”. Lubię takie podejście do książek. To nauczyciele i przyjaciele. A w przyjaźni trzeba wzajemności. Jednymi z ostatnich cytatów, które zakreśliłam żółtym markerem to:

Nigdy nie jest za późno, żeby zapytać samego siebie: Czy jestem gotów na zmianę życia, jakie wiodę? Czy jestem gotów zmienić się wewnętrznie? Jeśli choć jeden dzień w twoim życiu jest taki sam jak poprzedni, to wielka szkoda. Powinniśmy się odnawiać i odradzać, ża każdym kolejnym momentem i za każdym oddechem. Oto jedyny sposób, by narodzić się do nowego życia: umrzeć jeszcze przed śmiercią.

i

Życie bez miłości w ogóle się nie liczy. Nie pytaj, jakiej miłości masz poszukiwać, duchowej czy materialnej, boskiej czy ziemskiej, wschodniej czy zachodniej… Jedne podziały prowadzą tylko do kolejnych. Miłość nie zna etykietek i definicji. Jest tym, czym jest – czysta i prosta. Miłość to woda życia. A miłujący to ognista dusza! Kiedy ogień pokocha wodę, wszechświat kręci się inaczej.

Zamykałam tą książkę z gulą w gardle. Z żalem, że już koniec. I z poczuciem, że nie ma czasu na wątpliwości. Że COŚ już się stało. Że nie da się wrócić do strefy komfortu, bo coś się odmieniło. Notowałam w swoim dzienniku „coś się poprzesuwało. całkiem jakby płyty tektoniczne przemieszczały się pod ziemią. nie widać jeszcze nic na zewnątrz, ale wystarczy mieć intuicję, żeby czuć, że te zmiany nadchodzą i są nieuniknione. zaraz staną się widoczne w świecie fizycznym”.

Nie śniło mi się wtedy nawet, że mój prywatny Szams, opuszcza właśnie Izrael i jest na najlepszej drodze do mnie.

Ale moje serce otworzyło się. Granice się rozpuściły. Płakałam długo ze strachu, bo wiedziałam, że wiele już się dokonało, ale nie wiedziałam jeszcze co. A potem powiedziałam czule do siebie „życie to surfing laleczko i jeśli wielka fala przypłynie, wskoczymy na nią! Po prostu”.

Fala nadciągała z prędkością światła.

Author

11 komentarzy

  1. Eeeechhh brak słów Kochana <3 Ależ Twoje życie koresponduje obecnie z tym co się u mnie dzieje. Koniecznie chcę przeczytać książkę. Ja nie wskoczyłam za bardzo się bałam i były też inne przeszkody…

  2. blum, love!
    i tyle tylko dzisiaj napiszę. z nadzieją, że ty będziesz pisać dalej.

  3. Muszę to napisać – jeszcze nigdy się tak nie cieszyłam z tego, że teoretycznie obcej osobie układa się: w życiu, w głowie. Ja jeszcze do tego momentu nie doszłam. You go, girl!

  4. A czy książka „being selfish” jest dostępna w języku polskim

  5. Blum

    Anonim – jeszcze nie, ale ponoć ma być!

  6. Ja z innej beczki, kiedyś coś było co ocierało się o ten temat? Jak traktować zdradę? Myślę, że to mógłby być dobry materiał na notkę i burzę pod notką

    Czy jako to,że inna jednostka „poznaje i doświadcza” i nie blokować jej?
    Sorry, że tak ni z gruchy ni z pietruchy, ale od niedawna mam 100% pewność, że jestem damską wersją rogacza- jeszcze nie doszlam do siebie(ale juz jest lepiej, bo zaczynam się z tego smiać, bo ciekawa jestem jak to u nich wygląda, on nie jest raczej stroną aktywną :D)- czy wbrew wszystkiemu docenić, że się dogadujemy i że żyje ze mną a czasem tylko bzyka panienki wyhaczone na jakimś portalu?

    Faktycznie, jeszcze nie doszłam do siebie..

  7. Blum

    Nie wiem. Chyba zależy od osoby i relacji.

    Jeśli chodzi o mnie byłam po obu stronach barykady.

    Na pewno łatwiej jest wejść w relację z myślą, że dajemy sobie pełną wolność niż założyć, że mamy się na wyłączność,a potem się dowiedzieć, że tylko my jesteśmy powściągliwi wobec innych.

    Moim zdaniem nie ma nic złego w poligamii jak i monogamii. Wszystko zależy od układu i tego jak czują się w nim zainteresowani. Miałam relacje, że chciałam mieć kogoś tylko dla siebie i takie, gdzie czułam, że czyjeś zainteresowanie innymi nie wpływa na to co jest pomiędzy nami i że luz, blues i bąbelki.

    Idź za głosem serca 🙂

  8. tu rogaty anonim 😉

    Ja jestem typem niekochliwym, stałym w uczuciach – jak już się pakuję w związek to od razu powazny, najkrótszy staz to 2 lata. Nigdy nie miałam czegoś takiego jak przelotna fascynacja. Monogamic do bólu, ciężko będzie mi to udżwignąć. 🙁 Boli dusza 🙁

    Ale sprawiedliwości nie ma- gdy zapytałam, co by było gdybym to ja takie praktyki stosowała, stwierdził, że brzydziłby się mną i za drzwi walizki wystawił 😉 Natomiast w jego przypadku to nie obowiązuje, bo on „zaspokaja potrzebę” bez zobowiązań a kocha mnie 😛

    Cóż.
    Muszę zacząć kochać – siebie.

  9. Blum

    Ej to może pogoń dziada? Ja bym pogoniła. Potrzeba potrzebą, ale ptaka można utrzymać w majtkach chyba jednak….

  10. mikamika

    bardzo czekam na notkę polecającą długą listę książek, które Cię najbardziej wciągnęły, muszę dopaść tę wspomnianą w notce bo obecnie cierpię na okrutną posuchę w temacie czytania.. 🙁

  11. Blum

    Mikamika – oglądaj instagrama, tam często pokazuję co akurat czytam 🙂

Dodaj komentarz