30078745_2018395098429913_3707904442696204288_n

Kiedyś pracowałam w branży fast fashion, gdzie powodzenie polega na tym, żeby wepchnąć człowiekowi jak najwięcej, jak najtaniej wyprodukowanych ciuchów. Nie miejcie złudzeń, branża modowa nie jest trudna tylko dla pracowników w Azji. Jest trudna również dla polskich szwaczek, projektantów, dostawców. Przeszłam chyba wszystkie kręgi konsumpcyjnego piekiełka, od chodzenia po galeriach dla relaksu i kupowania na poprawę humoru, aż do ascezy. To u mnie standardowa procedura, obić się o skrajności, żeby finalnie znaleźć dla siebie miejsce.

Mimo moich starań by być przyjazną dla środowiska, dość etyczną, świadomą konsumentką nie jestem skłonna bezrefleksyjnie przyklaskiwać ruchowi zero waste.  Dlaczego tak jest?

Uważam, że podobnie jak dawniej minimalizm, który wiele osób doprowadził na skraj absurdu i kompulsywnego wręcz pozbywania się rzeczy, żeby mieć jak najmniej (niekoniecznie dokładnie tyle ile potrzebują) zero waste nie do końca oznacza niemarnowanie, często oznacza po prostu dziadowanie. 

Ten artykuł ilustruje zdjęcie obiadu zrobionego z wykorzystaniem resztek. Żeby go zrobić, kupiłam jednego batata oraz cebulę. Kaszę jaglaną i resztki soczewicy wyciągnęłam z szafki (długo leżące potrafią wywołać plagę moli, kupuję ich więc mało i staram się nie mieć już całej zawartości sklepowej półki w mojej spiżarce), dodałam do nich trochę oleju, soli i kurkumy i ugotowałam. Batata i cebulę po prostu upiekłam w piekarniku, a surowa sałatka z brokuła, marchewki, daktyli i sosu na bazie tahiny została przeze mnie teraz podsmażona no i eureka, mamy zdrową michę. Sałatka, która jeszcze poprzedniego dnia miała świeżość, dziś na surowo nie była kusząca. Warzywa straciły nieco na jędrności, dymka zdominowała smak, mogłabym ją wyrzucić, ale wolałam ją wykorzystać.

 

Uważam jednak, że czasem oszczędzanie i niemarnotrawienie, jest zwyczajnie szkodliwe! Refleksja ta pojawiła mi się już wielokrotnie. Pierwszy raz, kiedy u wspaniałej skądinąd Jadłonomia, zobaczyłam pomysł na bulion gotowany na łupinach i obierkach z warzyw, które zbiera się w tygodniu, dokładając do zamrażalnika, a potem podsmaża na oleju i gotuje wywar. Drugi raz wzdrygnęłam się, czytając artykuł Zjedz, nie wyrzucaj, gdzie Sylwia Majcher promuje swoją książkę Gotuję nie marnuję KUCHNIA ZERO WASTE PO POLSKU. Autorka wspomina i jako zero waste przytacza przykład swojej babci, która niezjedzone pieczywo trzymała w zamrażarce, by potem odsmażać je na patelni na oleju i posypywać cukrem lub żółtym sercem. Przykłady można mnożyć. Cała ta zabawa zaczyna przypominać grę, którą pewnie i wy dobrze znacie „zjedz, bo szkoda wyrzucić”, nawet jeśli to oznacza dodatkowe kilogramy, niestrawność, problemy z żołądkiem. Tak wiele się też mówi o tym, że produkty, które nie są bio, kumulują zanieczyszczenia właśnie w skórce. Nie wiem, czy miałabym ochotę na bulion na łupinach, skrawkach i obierkach, czyli właśnie tym, co choć sezonowe, może być najbardziej dla mnie niezdrowe. No, chyba że faktycznie kupujecie wszystko BIO.

Tekst w Wysokich Obcasach kończy się stwierdzeniem :

Chyba najlepiej przemówią do nas dwa argumenty – finansowy i szacunku. Ktoś poświęcił czas, by to jedzenie wyhodować, wyprodukować, my zaś poświecmy czas, by na nie zarobić, kupić je i przerobić.

Warto jednak spojrzeć na to w szerszej perspektywie. Nie jesteś śmietnikiem. Planuj zakupy, mądrze wykorzystuj resztki, ale nie dziaduj. Dlaczego? Może przemówi do Ciebie argument finansowy i szacunku. Pakując w siebie nieświeże jedzenie, mrożone (energetycznie średnio wartościowe) wielokrotnie podgrzewane (jedna z bohaterek artykułu zbiera masło z blaszki, po pieczeniu) nie szanujesz swojego ciała, które jak wierzę, jest świątynią. Nie dostarczasz mu w ten sposób dobrego paliwa, tylko lejesz byle co, byle tylko oszczędzić kasę. Planeta jest zasobem, ale Twoje ciało też! Odsmażanie chleba na oleju i posypywanie go cukrem to dla mnie nie zero waste i szacunek, ale prosta droga do poświęcania czasu i pieniędzy na karnet na siłownię, by topić nadprogramowe kilogramy, a w dalszej kolejności zwiastuje to suple, lekarzy, dietetyków itp. Po prostu nie ma znaku równości pomiędzy ekstremalnym zero waste, a zrównoważoną dietą.

Są lepsze sposoby na rozsądne gospodarowanie zasobami (jedzeniem możesz podzielić się na grupach na Facebooku, w miejskich lodówkach do tego przeznaczonych lub ze starszymi sąsiadami, którzy mogą się ucieszyć z domowego obiadu). Przydatne są listy zakupów, umiejętne przetwarzanie resztek z poprzedniego dnia, by komponować je w nowe danie, niegromadzenie zbyt wielu produktów na pólkach i w lodówce i samoobserwacja.

P.S W mojej praktyce stosuję też po prostu kupowanie z drugiej ręki. Kupuję w ten sposób meble, ubrania, buty, a nawet rzeczy, których nigdy nie kupuję z pierwszej ręki, bo uznaję to za nieetyczne. Naprawdę nie potrzebujemy aż tylu mebli z Ikea, czasem wystarczy odpimpować trochę starych komód, rowerów, kowbojek, torebek itp.

Author

11 komentarzy

  1. Amen.
    Żadnego ruchu nie powinno się wrażać bezkrytycznie, wszystko warto przepuścić przez zdrowy rozsądek. Mnie w zero waste drażni też namawianie do chomikowania praktycznie wszystkiego (bo kiedyś się przyda i można przerobić), mycie wszystkiego (woda to też cenny i wcale nie nieskończony zasób). Choć ogólny zamysł jest bardzo słuszny, szczególnie w kontekście unikania jednorazówek (reklamówek, kubeczków na kawę czy ciuchów właśnie).

  2. Świetnie napisane; też nie moge się nadziwić tym chorym pomyslom na obiady z resztek z calego tygodnia. Oszczedzać można przez kupienie mniej a nie masowa utylizację nadprogramowych zakupów. Z odnawianiem rzeczy widzę już większy problem- nie każdy ma talent do tego, albo czasu brak. Bo moje pół dnia na odnawianiu kanapy to duża strata finansowa, a za kasę mogę pomóc rodzinie. Z kanapy zaś będzie tylko satysfakcja w stylu zerowaste, wiec wole ja kupic. Ta kalkukacja jest dla niektorych nie do strawienia, ale sprowadza się do tego samego co napisałaś o jedzeniu resztek. Priorytety a nie podażanie za trendami.

  3. agata_tuareg

    Masz rację. Książkę Sylwii Majcher mam i faktem jest, że wiele przepisów mi się podoba (krakersy z pulpy po soku czy pieczona sałata), to jednak większość polega na dodaniu do resztek warzyw i owoców masy sera, jajek, śmietany itp. Poza tym mam świra na punkcie świeżości jedzenia i nie lubię się zmuszać do jedzenia „bo się zmarnuje”. Bardziej szanuję siebie niż jedzenie. Mam awersję do dziadowania i męczennictwa. Dla mnie kluczem do niemarnowania jest jednak planowanie posiłków (z obowiązkowym luzem na spontaniczność) i rozsądne zakupy robione częściej, ale mniejszych ilości.
    Co do zero waste to jestem za i część zmian u siebie wdrożyłam, ale czasem mam wrażenie, że niektórym chodzi nie tyle o niegenerowanie odpadów, co o niebranie ich na siebie. Nie widzę np. wielkiego sensu w kupowaniu serów, mięs czy pierogów na wagę do swojego pojemnika, skoro te produkty są po prostu przekładane z plastikowych opakowań. Odpad i tak powstaje (nie wspominam już zmarnowanej wodzie i zanieczyszczonym środowisku przez wytwarzanie produktów zwierzęcych), ale można mieć satysfakcję, że nie wzięło się go do domu, więc tak jakby go nie było.

  4. Blum

    I tak i nie, jeśli tylko możemy kupować z dużego pojemnika i brać go do swojego szklanego czy wielorazowego użytku, to lepiej niż nie robić nic. Cieszy mnie, że foliówki są już płatne, a nie idą tysiącami, bo za darmoszkę. Chciałabym, żeby nie dodawano już wszędzie plastikowych słomek, ale oczywiście, wybieranie lokalnych produktów i roślinnych to najlepsza opcja.

    Z weganizmem tez różnie… nerkowce np. są takie dyskusyjne…

    Po prostu zdrowy rozsądek, bardzo dobre planowanie i gospodarowanie zasobami uber alles!

    Książki Sylwii Majcher nie mam, odnoszę się tylko do tesktu w WO.

  5. agata_tuareg

    Pewnie, że lepiej robić coś niż nie robić nic, bo wszystkiego i tak nie zrobimy. Sama kupuję na wagę orzechy czy pestki w działach produktów luzem. Też bardzo się cieszę z płatnych torebek – dzięki temu w moim sklepie wiszą kartki z prośbą o ograniczenie zużycia foliówek, a ja czuję się zwyczajniej z moimi woreczkami z materiału. Ja noszę słomkę metalową, ale nie zliczę, ile razy zapomniałam wspomnieć, że nie chcę słomki…

  6. Nie lubię skrajności, dlatego mam podobne podejście do Twojego. Z doświadczeń poprzednich pokoleń wiem, że lepiej nie zjadać starych produktów, „żeby się nie zmarnowało”, bo więcej niż zaoszczędzimy, wydamy na leki, które pomogą pozbyć się dolegliwości trawiennych i innych. Sama stosuję minimum waste 😉

  7. Rozumiem co miałaś na myśli pisząc ten tekst ale uważam, że jest bardziej szkodliwy społecznie, niż robienie bulionu na łupinach Jadłonomii 😉 Wierzę, że dla każdego samodzielnie myślącego człowieka, który jednocześnie dba o swoje ciało, komunikat jaki daje ideologia „zero waste” jest tak naprawdę świetną zachętą do pracy nad tym by generować mniej śmieci na własnym poletku (+ zastanowić się, czy każde jedzenie warto tak marnować), a nie do dziadowania.

    Ze wszystkich „modnych” tematów jakie napływają do Polski akurat Zero Waste warto wspierać, bo finalnie niesie za sobą bardzo mądry i potrzebny przekaz: „działaj świadomie, a przy tym szanuj siebie (także swój brzuch!), swój czas i pieniądze, a zyskasz Ty oraz Matka Zmienia”.

    Nie czytałam całej książki Sylwii Majcher ale to, co mogłam zobaczyć odbierałam pozytywnie. Ja odżywiam się roślinnie i jedzenie jest dla mnie istotną czynnością – zarówno pod względem etycznym (nie tylko w trosce o zwierzęta ale i ludzi, którzy wytwarzają dane produkty), jak i zdrowotnym (np. interesuje mnie stopień jego przetworzenia i wartości energetyczne). Babeczka zachęcała ludzi do niemarnowania mięsa, a większość jej przepisów wydawała się nie odbiegać daleko od upodobań smakoszy kuchni rodowej. Myślę, że odniosłaś się do tych wszystkich przepisów pomijając jeden bardzo istotny fakt – klasyczny Polak robi z jedzeniem znacznie gorsze rzeczy, niż odsmażanie czegoś zamrożonego 😀 Nie czytałam tekstu w WO ale wiesz, że media lubią pokazywać skrajności. Jestem pewna, że ludzie w tym kraju pakują w siebie po stokroć gorsze rzeczy, niż masło z blaszki.

  8. Blum

    Nie odnoszę się do ruchu zero waste jako takiego, ale konkretnego tekstu. Tam są też przepisy, w tym właśnie na masło, które się recyclinguje z blachy po pieczeniu, zlewa do kubeczka i potem na coś je przerabia. Dla mnie ten tekst był bardzo szkodliwy, bo dopiero edukujemy ludzi, że przesmażane zwierzece tłuszcze = rak, że spleśniałego pomidora czy ser nie da się uratować, odcinając popsuty fragment, bo ta pleśń jest już wszędzie, nawet jeśli niewidoczna. Ważna jest dla mnie też część psychologiczna – tego nie słuchania własnego ciała, nie respektowania go, tylko futrowania do granic możliwości (czego popis dajemy w święta).

    Zero waste to dla mnie raczej:
    – nie branie słomek
    – nie branie foliówek
    – planowanie zakupów spożywczych, zamiast kupowania „oczami” składników, z których potem nie da się nic zrobić (w zależnosci oczywiscie od fantazji gotującego, mówię o średniej krajowej)
    – kupowanie produktów lokalnych i seozonowych bardziej niż nie fair trade nerkowców które parzą dłonie zbierających
    – spryt w kuchni, który uczy, że z kaszy z wczoraj dziś zrobię farsz do canneloni, a pojutrze usmażę kotlety

    I tak dalej i tak dalej. Zero waste tak samo jak minimalizm nie jest zły, głupie artykuły i chujowe przepisy – są. Dlatego tytuł posta – nie jestem bezkrytyczna, co nie znaczy, że uważam te ruchy za głupie lub niepotrzebne. Uważam, że przejaskrawianie ich je kompromituje. Przykro mi, że WO znów wypuściły bubel nie artykuł.

  9. Ja najbardziej nie lubie tego, ze jest wiele ludzi, ktorzy nie kalkuluja sobie w glowie tego, ze jesli oni fizycznie nie wyrzuca czegos to za smiec nie maja odpowiedzialnosci – czasami obserwuje jakieś dziwne akrobacje typu – osoby ktore przeklejają naklejki z jabłek w markecie żeby zabrał je do domu ktoś inny. Nie ma czegoś takiego jak total ZERO waste, natomiast jest mozliwosc zeby dokonywac swiadomych zakupow i produkowac mniej smieci, recyklingowa, upcycligowac – i powinnismy wszysy dazyc do tego. Niestety jest wielu oszolomow, ktorzy robia antyreklame ruchowi zero waste ze swoimi absurdalnymi pomyslami.

  10. Blum

    Monika – a jakie są Twoje sprawdzone sposoby na mądry zerowaste? 🙂

  11. Pingback: Piąteczka! #15 – Żegnaj, kokonie bezpieczeństwa

Dodaj komentarz