Blimsien

Czy jesteś sobą w pełni? Kiedy nie możesz pokazać się w całości? Co to znaczy być sobą? Czy zawsze wypada być sobą? Bądź sobą, wszyscy inni są zajęci. Profesjonalizm sprawia, że nie można być w pełni sobą. Bycie sobą należy zostawić… sobie, w domu. Tak wiele, wiele przekonań…

Pisze to kobieta z kwiatkiem, uśmiechnięta, ckliwa, och może nawet pensjonarska? Pretensjonalna? Dziecinna. Infantylna? Idealistyczna. Już teraz dużo strachu czai się we mnie, bo przecież nie wypada, nie przystoi w cynicznym świecie sterowanym rozumem, rozważać na blogu o tym, co to jest to mityczne bycie sobą. A ja rozważam.

Pytałam jakiś czas temu na gangu: Być prawdziwą. Co to dla Ciebie znaczy? W ilu % jesteś prawdziwa? Przed kim to jest trudne? Czujesz, że możesz pokazać siebie w 100%? Czy nie pokazując całej siebie bliskim/światu/w pracy korzystasz ze 100% swojego potencjału, czy nie?

I napływały różne odpowiedzi. M.in. takie, że celowe ukrywanie jakiejś części siebie, zabawa w pokazywanie-chowanie to również bycie sobą, że przecież niemożność lub niechęć do pokazania siebie, to też część ja-mnie. Chciałabym o tym trochę więcej.

MOJA PRAWDA

 

Jestem na ścieżce duchowej, która wymaga ode mnie nieustannej pracy. Tak sobie wybrałam i uczę się i podróżuję i sprawdzam. Zadaję sobie pytanie: jaka jest moja prawda? I polecam to pytanie również Tobie. W dalszej kolejności: jak mogę realizować swoją prawdę? Jak moja prawda przekłada się na działania w świecie. Przez wiele, wiele lat uważałam np. że życie zawodowe to jedno (bo trzeba) a bycie sobą to drugie. Dziś oddzielenie tych rzeczy nie wydaje mi się ani oczywiste, ani w ogóle możliwe. Czy w swojej pracy mogę być autentyczna? Łatwiej mi było chować siebie, bezpieczniej- w otoczeniu rodziny, która mnie często nie rozumie lub rani swoimi komentarzami. Przy obcych, dawniej przy znajomych z pracy, dziś przy klientach. Wybierałam co komu pokazać i grałam tym, uważając, że przecież to ciągle jedna ja, tylko w różnych rolach.

Zaczęłam nad tym pracować i eksperymentować. Czy jedna ja (choć w różnych odcieniach) mogę być dla wszystkich? Co się stanie, jeśli moi klienci, ci korporacyjni, techniczni ci, do których idę ubrana w czarny uniform, przeczytają o mojej ścieżce serca (panika, suchość w gardle, poczucie, że mam 5 lat i nie jest bezpiecznie). Mały spoiler, bezpośrednia osoba zlecająca mi największe joby, które robię, mówi po spotkaniu: chyba nigdy nie czytałam tyle żadnego bloga, co Twojego.

Bliska kobieta z rodziny mojego ukochanego, złapałyśmy nić porozumienia pisze – teraz będę miała czas, nadrobić Twoje wszystkie teksty (przeszywa mnie nagły ból wszystkich zębów i robi mi się słabo). Czy dalej będzie mnie lubić? A co, jeśli zobaczy mnie z bliska, też taką niepoukładaną, szukającą, radykalną, jaką tu przecież bywam?

Kiedy prowadzę kobiece kręgi pod swoją banderą uspokajam się, że kobiety, które się na nich pojawiają, pojawiają się dla siebie, nie dla mnie. Ale okazuje się, że mnie znają, czytają, wiedzą o mnie dużo. Będą mnie recenzować, porównywać z tym, co widzą w social mediach i tu (w moim brzuchu rośnie wielka gula). Zawsze mnie to stresuje.

KIEDYŚ

Kiedyś było inaczej, bezpieczniej. Nie rozmawiałam o tym, co czuję. Mówiłam tylko o tym, co myślę. Wiem, że dla wielu kobiet, trudne jest pokazywanie łez i wściekłości. Dla mnie nigdy nie było. Umiem być ostra, pyskata, umiem beczeć na ulicy wycierając gile rękawem. Umiem się wydrzeć. Jakiej siebie się wstydzę? Tej miękkiej, wzruszającej się (nawet, teraz kiedy to piszę), idealistki, zachwyconej światem. Tej ze zdjęcia. Tyle lat rozbierałam się ze zbroi ciemności, ćwieków, kolczyków, agresji, wkurwu, żeby móc być naga, miękka i bezradna. I żeby w końcu w tej odsłonie poczuć swoją moc, ale już z całkiem innego miejsca.

TERAZ

Mam taką zasadę, że staram się pokazywać cała. Czasem to trudne dla mnie. Kiedy jednemu z ulubionych klientów odmawiam podjęcia pracy, bo czuję, że nie dam w tym rady, że jestem od czego innego. Wiem, że konsekwencje finansowe mogą nadejść, nie chcę kłamać, wymyślać powodu, dla którego nie mogłabym się tej pracy podjąć. Mówię jak czuję. Mówię z szacunkiem dla pracodawcy i dla siebie. Jeśli nie będziemy dalej pracować liczę, że zapamiętają mnie dobrze i będą pamiętać, że grałam fair. Kiedy inny klient ponownie zleca mi tekst, który już raz mu wysłałam, nie udaję, że tak nie było i nie naliczam ponownie opłaty. Być sobą to dla mnie też nie mieć sobie nic do zarzucenia– ważniejsze niż kilkaset złotych. Kiedy gościmy mamę mojego mężczyzny, a wiem, że jest bardzo wierząca, nie unikam swojej prawdy, nie mijam się z nią. Nie staram się jednak jej obrazić, obedrzeć z jej wiary i katolickiej formy, którą ta wiara przyjmuje. Nie prowadzę z nią dyskusji, które mogłabym wygrać, a obie byśmy przecież przegrały. Rozmawiam z nią o duchowości i o wartościach, zadaję pytania, słucham historii. To, że nie zgadzam się z wieloma jej ocenami czy odczuciami, wcale nie oznacza, że nie mogę ich wysłuchać z empatią i ciekawością. Dzieje się magia, bo popatrzcie na mnie- niespecjalnie wymarzony materiał na synową 😉 znikają moje tatuaże, tunele, antyklerykalizm. Ona tego nie widzi albo nie jest to już takie ważne. Zobaczyłyśmy w sobie coś więcej niż to, co nas różni.

PRZESZYWA MNIE DRESZCZ

 

Kiedy mam wyjść do świata z delikatną częścią mnie, co do której nie jestem pewna czy będę ją umiała obronić, a boję się, że ktoś z niej zakpi, wyśmieje ją, umniejszy. Ale nie chcę czekać już dłużej, ze śpiewaniem, chociaż nie umiem, z tańczeniem, choć mam dwie drewniane nogi, z rysowaniem, choć przecież jest tyle lepszych osób. Nie zgadzam się na strach przed oceną. Ocenią mnie i tak, jakie to by było marnotrawstwo dać się powstrzymywać w tym działaniu, któremu towarzyszy dziecięca radość, tylko dlatego, że efekt nie jest profesjonalny. Łatwo mi pisać, łatwo nagrywać stories. Wciąż jednak pocę się na myśl, że to nie jest tak, że jacyś ludzie (wy) oglądacie to w swoich komóreczkach. Kiedy mój partner odpala stories na swoim telefonie i słyszę swój głos snujący te wszystkie historie, dociera do mnie, że to nie znika tak szybko, jest tam, surowe i możliwe do ocenienia w każdym momencie. To dlatego wciąż nie nagrałam filmu na YouTube. Udzieliłam ostatnio kilku wywiadów o osiędbaniu, a kiedy zaczęły się ukazywać, głos krytyka w mojej głowie zaczął ze mnie szydzić. Robisz takie nieważne rzeczy – mówił. Na tym zarabiasz pieniądze? Tym się właśnie zajmujesz? Z tego jesteś taka zadowolona? Osiędbanie? Serio? Takie oczywistości ludziom sadzisz o roli snu i o medytacji? O witaminach i kąpielach sennych? Jakie to żenujące.

No tak. Nie odkryję w tym wcieleniu żadnej planety, nie wyleczę zwierząt, nie wymyślę leku na raka. To się nie zdarzy. Czy dlatego mam siedzieć pod miotłą?

NATURA

Jest inna. Nie analizuje efektu, po prostu jako swoją powinność uznaje realizowanie swojego potencjału. Obficie. Różnorodnie. Bez strachu, że ktoś to oceni (idiota!). Wronom nie jest przykro, że nie śpiewają jak skowronki (przynajmniej tym, które obserwuję). Wróble nie przeżywają, że są mniej kolorowe niż papugi, albo mają brzydsze skrzydła niż jerzyki. Mak nie czuje się gorszy od piwonii, a cykorii podróżnik naprawdę nie robi różnicy, że może chaber jest podobny, ale jednak lepszy. Ostatnio przeczytałam, że gdyby śpiewały tylko te ptaki, które robią to najpiękniej, lasy by milczały. Dlaczego uwierzyłam (czy Ty też?), że jest dla mnie miejsce, tylko kiedy jestem perfekcyjna i na 100%? Dlaczego nie mogę rosnąć i kwitnąć naturalnie, radośnie, nie myśląc o wymiernych efektach? Dlaczego rozwój, wzrost i piękno należy zamknąć w wykresie produktywności? Co, gdyby można było być sobą tak po prostu? Gdyby nie było nawet innego wyjścia. Jesteś, jaka jesteś – i już?

I JESZCZE INNE ODCIENIE

Nauczyłam się, że nie da się mieć całości, wypierając się części. To tak nie działa. Nie da się mieć miękkości, chowając agresję. Nie da się mieć mocy, wyrzekając się słabości. Nie da się mieć odwagi, odcinając strach. Zaczęłam integrować te części. Oglądać je z bliska „taka jestem”, „tu było to takie dla mnie”, „tak mi służyło”, „umiem to i to, ale też to”. Dużo momentów acha! Trzeba w końcu zobaczyć siebie w pełni, przyjąć siebie w pełni i zaakceptować siebie w pełni ze wszystkimi odcieniami. I nie bać się, nie bać się pokazywać tej całości światu. Tak, czasem nieudanej, bywa, że paskudnej, czasem słodkiej i opiekuńczej. Zaakceptowanie i uświadomienie sobie siebie, pozwala też łatwiej znosić krytykę. Brak wstydliwych sekretów, mrocznych tajemnic sprzyja temu, żeby inni nas szanowali. Dla mnie to ciągłe balansowanie na linie, pomiędzy dzieleniem się historią, która może uleczać innych, a ekshibicjonizmem, który skłaniałby innych do oceniania mnie i mojego życia. Nie było mi łatwo pokazać pewnych części siebie światu i opowiedzieć mojej historii taką, jaka ona jest. Jednocześnie bycie jednorodną, spójną mimo wielu odcieni, pozwala mi pozostawić maski na dnie szafy. Nie są już potrzebne. Tak, nie wszyscy mnie polubią, nie każdy zaakceptuje, nie każdy pokocha. To jest w porządku.

DZIŚ

Wierzę, że pokazywanie siebie w 100%, bycie autentyczną tworzy najlepsze warunki do rozwoju. Przyciąga najlepszych klientów, partnerów, znajomych. Oszczędza energię. Dziś wierzę, że nie da się wykorzystać 100% swojego potencjału, chowając lub wstydząc się, jakiejś części siebie. To jakby zaciągnąć energetycznie hamulec i próbować wcisnąć gaz do dechy. To się nie uda.

NO I NA KONIEC

 

Co by się stało, gdybyś bezkompromisowo przyjęła siebie i przestała kwestionować to, jaka jesteś? No tak, część świata by się rozpadła, część ludzi by odeszła, komuś by się nie spodobało. Ale po co trzymać tych, którzy są tu dla tej Ciebie-nie-Ciebie? Zadaję sobie to pytanie. A może, jeśli ja nie tylko mogę znieść siebie, może jeśli ja siebie lubię, szczerze lubię, może jeśli mi bycie sobą sprawia wielką frajdę, są na tym świecie ludzie, którzy też mnie polubią, pokochają, zaakceptują, zatrudnią?

A co jeśli chowanie się przed światem to budowanie tamy, hamowanie tego, co we mnie najcenniejsze? Co, jeśli to nie tylko ze strachu przed oceną, ale też ze strachu przed własną mocą?

Co, jeśli ja, taka, jaka jestem, nie tylko nie spełnię wymagań i wymyślonych scenariuszy moich bliskich, ale także swojego własnego na temat tego, jakie życie powinnam wieść?

Co, jeśli ta rzeka popłynie? I nie będzie odwrotu?


Piszę dla Ciebie z serca, bezkompromisowo i szczerze. Jeśli to doceniasz i lubisz, dołóż do tego swoją cegiełkę:

baner

Author

15 komentarzy

  1. O, ja. Popłakałam się. Piękny tekst pokazujący, ze tylko autentyczne jesteśmy sobą.
    Wrażliwość. Ja też się boję pokazywać całej siebie. Boję się oceny, krytyki. Uczę się codziennie bycia sobą.
    Dziękuję Bilmsien za podzielenie się tym.
    Może i nie wynajdziesz leku na raka, ale zainspirujesz inne osoby do robienia wspaniałych rzeczy? Mnie inspirujesz. Dziękuję za Twoje wpisy!

  2. A co jeśli tak długo realizowałam nieswoje scenariusze (albo swoje, ale nie uwzględniające prawdziwej mnie), że musiałabym zmienić swoje życie o 180 stopni? A co jeśli rzucę wszystko i nie odnajdę się w tym nowym? A do starego nie będzie powrotu…..

  3. Blum

    Ja nie namawiam do rzucenia wszystkiego i wyruszenia do Indii/Włoch, modlenia, kochania i jedzenia 😉 takie historie dobrze brzmią w książkach i artykułach w prasie kolorowej, ale w życiu… Nie będę się mądrzyć, bo ja pewnie nie zrezygnowałabym z pracy, gdybym nie dostała wypowiedzenia, nie rzuciłabym pracy i nie przeprowadziła się do faceta, ktory na tamtym etapie sam był bezrobotny a mieszka w innym mieście itp itd.

    Myślę wręcz, że to zmiany wewnątrz mnie spowodowały zmiany w moim świecie na zewnątrz. To się działo stopniowo. Możesz np. spędzać jeden dzień w tygodniu tylko tak, jak Ty sama chcesz, słuchając się siebie, wybierając to, co ci służy. Możesz docierać do swoich emocji i nauczyć się je przyjmować- wszystkie. Możesz nauczyć się stawiać granice. Możesz rozpoznać swoje wartości i w każdej sytuacji zastanawiać się, jak te wartości mogłyby się zamanifestować.

    Można to robić w starej pracy, w starym związku i wśród starych przyjaciół. Niektóre relacje i sytuacje przetransformują się niewyobrażalnie i zaczną działać inaczej. Inne nie dadzą rady i odpadną – to też jest część ceny za bycie sobą. Nie da się ukryć, że nie wszystkim spodoba się taka przemiana, ale to dobrze jeśli oni odejdą, tylko trzeba mieć w głowie, że to może się wydarzyć.

    No i na koniec, nie sądzę, żeby w ogóle było mozliwe realizowanie pragnień swojej duszy i nie odnalezienie się w tym 🙂 To, co nas woła najgłębiej, jest naszym powołaniem, szkoda tracić życie na cokolwiek innego (tak czuję).

  4. Dziękuję za ten komentarz 🙏 Biorę do sobie głęboko do serduszka ♥️ Mam ostatnio chęć rzucić wszystko i zacząć od nowa, ale nie jestem przekonana czy to odpowiednie wyjście. Może to efekt jakiegoś życiowego zniecierpliwienia? Czy w poszukiwaniu ścieżki swojego serca to normalne? A obawa nieodnalezienia się w teoretycznej nowej sytuacji wynika też pewnie z tego, że jeszcze nie odnalazłam swojego powołania… Tak więc szukam! A raczej pracuję nad sobą, słucham siebie i cierpliwie czekam co wydarzy się dalej 🙂 Dziękuję za to co robisz 🙏

  5. Blum

    Nie umiem powiedzieć „na ścieżce serca dzieje się ti i to i to jest normalne” bo myślę, że mamy różne przekonania, różne lęki, temperamenty i że nie ma jednego schematu. Obawa przed nową sytuacją jest za to typowa i po prostu nasz mózg tak działa, że woli znane niż nieznane, dla niego to bezpieczniej. Ja znam swoje powołanie, a mimo to wcale nie jest tak, że się nie boję, nie mam wątpliwości, nie kwestionuje pewnych rzeczy. To nie jest dla mojego umysłu jasne, że uda mi się zarobić na utrzymanie moim powołaniem.

    Ale też uznałam, że mam teraz to życie, wiem co chcę z nim robić i nie będę go marnować na nic innego, że pójście za głosem serca i realizowanie swojego potencjału jest moim priorytetem nr 1 i wszystko mu podporządkuję.

  6. Ten tekst jest tak prawdziwy, czuje sie jakby ktos strzelil mnie w pysk a jednocześnie przytulił… ja boje sie byc soba, panicznie boie sie odrzucenia i oceny innych. Mysle ze to ma swoje korzenie w trudnej relacji w szkole z rowieniskami. Ale rowniez teraz czuje presje… bycia odwaznym, pewnym siebie wygranym… wiecznie optymistycznym… a ja jestem wręcz przeciwnie… nie umiem, nie potrafię. Nie pasuje do tych czasow. Czasem zamiast byc soba mam ochote schowac sie do mysiej dziury ☹

  7. A czy jak ktos jest skrajnym intro to ma nim pozostac mimo ze uznawany jest za dzikusa, a czasem odbierany jako osoba zarozumiala bo sie nie odzywa (nikt nie wie ze ze strachu). Czy przelamywac sie i probowac wyjsc fo ludzi jako element osiedbaniowego rozwoju? Dla mnie to bardzo ciezkie bo czuje ze lamie swoj charakter

  8. Blum

    Ja jestem intro i przestałam się zmuszać. Akceptuję też, że ludzie często się mnie boją lub uważają, że jestem nadęta i wyniosła. Nie jestem, ale przecież nie będę chodzić z transparentem 😉 ja po prostu jestem zazwyczaj wtedy w swoim wewnętrznym świecie 😀 kto podejdzie i porozmawia ze mną, dowie się, że umiem barwnie opowiadać, umiem też słuchać. Nie zamierzam jednak pchać się w niekomfortowe dla siebie sytuacje, bo modnie w naszych czasach jest być ekstrawertykiem i bywać. Nie mam czasu na taki samogwałt.

  9. Jaki prawdziwy tekst i jak ważny!! Jest we mnie wiele różnych osób i jeszcze nie pogodziłam się do końca z tym, że często walę buraka, się zawstydzam ale wiem też, że przełamuję swoją niesmiałość coraz skuteczniej. Tak, gdy jestem w gronie nieznanych osób milczę, mało się odzywam ale nie jest mi z tym jakoś źle. Pamiętam, że czasami żałowałam, że nie jestem taka wygadana i przebojowa, a spokojna, dość cicha… Ale uczę się bycia sobą. I wiem, że najbardziej otwarta jestem przy bliskich mi ludziach, co też przyszło z czasem.

  10. Blum

    Chyba w końcu napiszę odezwę do introwertyków. To niesamowite, że przeżywamy kolektywne wyrzuty sumienia w związku z naszą naturą, jakby to była jakaś zbrodnia.

  11. Kiedyś było mi bardzo ciężko w towarzystwie,czułam się źle, wytykano mi bycie cichą i spokojną. Z drugiej strony rozpierała mnie jakaś energia by np. iść w las/jeździć rowerem od rana do wieczora, zmęczyć ciało, ba! Ja uwielbiałam dyskoteki, gdzie ostatnia schodziłam z parkietu! Dziś już wiem skąd brały się te uczucia. Tamte osoby dalej nie przyjmują do wiadomości, że można odczuwać inaczej i to jest normalne, zwykła biologia, a nie „widzimisie przewrażliwionej paniusi”. Mówiła – Introwertyczka + WWO + kinestetyk. Pozdrawiam wszystkich „przewrażliwionych” 🙂

  12. Blimsien, koniecznie napisz odezwę do introwertyków!!! Ja przez wiele lat miałam konflikt sama ze sobą, z jednej strony tak bardzo chciałam być przebojowa i bywać i imprezować, ale najlepiej czułam się zostając w domu i tańcząc do kota. Dużo czasu zajęło mi pozwolić sobie na to i polubienie siebie taką! Ludziom, którzy nie rozumieli, że męczy mnie przebywanie z innymi zbyt długo i ze nie jest to moja niechęć i zadufanie, pozwoliłam odejść. Tak samo jak Ty, nigdy nie miałam problemu z pokazywanie emocji, rycze na ulicy, potrafię się wydrzec i walczyć jak lew, ale wstydzę się swojej miękkości… pierwsze wrażenie jakie robię na ludziach, to ze jestem poważna, bo taką mam mimikę, a to ostatni przymiotnik, jakim bym siebie nazwała 🙂 Cudowny tekst i bardzo Ci za niego dziękuje! ♥️

  13. Blum

    O mnie też mówią, że jestem poważna, albo wręcz z kijem w d… nie wiedzą co mówią, doprawdy 😉

  14. Co jeśli nie spełnię wymyślonego przez siebie scenariusza na życie – dziękuje za te słowa, są do mnie, szukałam ich, tego się obawiam gdzieś najgłębiej w sercu.

  15. Bardzo mi teraz blisko do tego, co piszesz. Dojrzewam do bycia sobą i w biznesie i w codzienności. Nie przejmować roli zawodowej na całą siebie. Dzięki, jestem z Tobą!

Dodaj komentarz