Dla mnie domowo oznacza sezonowo, żywo, z zaangazowaniem. Dom musi mówić o swoich właścicielach.
Dla mnie domowo oznacza sezonowo, żywo, z zaangażowaniem. Dom musi mówić o swoich właścicielach.

Domowa atmosfera w wynajmowanym mieszkaniu, czy to w ogóle możliwe? Jasne, że tak, ale zanim napiszę więcej, czuję, że powinnam Was wprowadzić w naszą sytuację mieszkaniową. Dlaczego nie chcemy mieszkania na własność? Jakie są zalety wynajmu? Jak ocieplić obcą przestrzeń? O tym będzie dzisiejszy wpis.


JAK MIESZKAMY?

 

Mieszkamy w świetnie skomunikowanej okolicy w Warszawie, gdzie ceny wynajmu są BARDZO WYSOKIE.

Mieszkamy w wynajmowanym dwupokojowym mieszkaniu w starej kamienicy.

Zarówno ja, jak i Wojtek (na blogu występujący pod uroczym przydomkiem Maharadża mojego serca) pracujemy z domu. Ja potrzebuję ciszy i spokoju, pracuję, pisząc i czytając. Rzadko wychodzę na spotkania z klientami/wywiady/konferencje/warsztaty. Wojtek pracuje z domu, przygotowując wyceny, pisząc maile i „załatwiając sprawy”, ale więcej jeździ w teren. Mamy dużego, adoptowanego psa. Mamy też tymczasowych lokatorów, czyli dzieci Wojtka, które teoretycznie są u nas co drugi weekend i 2-3 popołudnia w tygodniu. Antek ma 13 lat, T. ma 9 i jest dziewczynką.

To komplikuje sprawy terytorialne, bo jak same rozumiecie, mamy tu dużo sprzecznych interesów i potrzeb. Spokój do pracy, miejsce do zabawy, strefy gdzie możemy wszyscy być razem, ale też znaleźć jakąś intymność. Ciężko pomieścić 2 etaty, dwóch dorosłych, 2 dzieci i psa w 2 pokojach.

adopcja wyżła

DLACZEGO NIE CHCEMY KUPIĆ MIESZKANIA?

Nigdy nie miałam potrzeby własności. Odkąd w wieku 19 lat, pierwszy raz wyprowadziłam się z domu rodzinnego, zawsze wynajmowałam. Czasem pokoje, czasem całe mieszkanie. Niektóre z nich były w opłakanym stanie, inne w stanie deweloperskim. Z pewnością wynajmowanie mieszkań ma wiele wad. Nigdy nie wiadomo, kiedy wypowiedzą Ci umowę, wynajmujący może się ociągać ze sprawami formalnymi, koszta wynajmu potrafią być bardzo wysokie, a kupowanie i pozbywanie się przedmiotów wraz z każdą kolejną wyprowadzką jest zwyczajnie męczące.

 

Wynajmowanie mieszkania daje jednak niesłychaną mobilność. Nie żyjemy już w czasach, w których budowało się wielopokoleniowe domy. Zmieniamy pracę, przeprowadzamy się, dzieci dorastają, żyjemy jako singielki z kotem, żeby za chwilę poznać miłość swojego życia z dwójką dzieci, a potem może akurat, kiedy one dorosną, będziemy mieć własnego bejbisa. Słowem — nigdy nie wiadomo. Przy wszystkich ograniczeniach wynajmu, daje on więcej oddechu niż kredyt na 30 lat. 30 lat? Przez 30 lat może wydarzyć się dosłownie wszystko!

Wiem też, że niektórzy uważają mieszkanie własnościowe za inwestycję. Ja uważam, że jeśli nie masz gotówki lub bardzo dużego ułamka całej ceny mieszkania w gotówce, to żadna inwestycja. Może będziesz mogła przepisać je dzieciom… mój tata dostał mieszkanie po swojej mamie w wieku 63 lat. W międzyczasie zdążył już zmienić mieszkanie w bloku na wybudowany własnymi rękoma dom, wychować 2 dzieci, pochować 3 psy i niezliczoną ilość kotów, rozwieść się i wejść w nowy związek.

Pewnie mieszkanie po babci jest dla niego jakimś zastrzykiem gotówki, natomiast realnie nie dało mu miejsca do życia rodzinnego, kiedy miał najmniej pieniędzy i najwięcej potrzeb. Podobnie jego siostrze, która jest jeszcze starsza, zmieniła już trzeci raz kontynent, odchowała syna i sprzedała kilka własnych domów, by przeprowadzić się gdzieś indziej (obecnie siedzi w Nowej Zelandii i myśli, jak przenieść się do Australii).

Wielokrotnie pytacie mnie o te zajączki na ścianie. To słońce odpijające się w kuli disco.
Wielokrotnie pytacie mnie o te zajączki na ścianie. To słońce odbijające się w kuli disco zawieszonej na karniszu. Efekt daje mi wiele radości i optymizmu!

WIERZYMY, ŻE SĄ INNE METODY DOBREGO MIESZKANIA NIŻ WŁASNE MIESZKANIE I KREDYT NA DEKADY.

Mamy kilka pomysłów, wszystkie jednak są na razie bardzo odległe. Dlaczego? Powody życiowe i zdrowotne sprawiły, że na dziś jesteśmy zadłużeni i powoli z tego wychodzimy. To też daje do myślenia, bo można najwyraźniej dekadę świetnie zarabiać i prosperować, a potem poślizgnie Ci się noga, a spirala długu niestety szybko ciągnie w dół. Widzę to po kilku moich znajomych, którzy z różnych (wcale nie lekkomyślnych powodów) wciąż spłacają długi swoje lub krewnych.

Te wydarzenia jeszcze bardziej utwierdziły mnie w przekonaniu, że umeblowanie mieszkania powinno być relatywnie tanie, możliwe do porzucenia, ekologiczne i bez zadęcia.


PRZEMIENIĆ ZAPYZIAŁE LOKUM W KLIMATYCZNE GNIAZDKO.

Wynajem musiał więc być sprytny, a mieszkanie przystosowane do życia, jak najniższym kosztem. Jest kilka sposobów, żeby dobrze się czuć w wynajmowanym mieszkaniu. Jednym z nich, jest wynajęcie mieszkania, w którym możesz zrobić wszystko — pomalować ściany, przybić obrazki, wyburzyć ściankę działową. Zazwyczaj tego typu mieszkania, to mieszkania z gatunku „tu można już tylko zrzucić bombę” w tak opłakanym są stanie.

Warunkiem powodzenia takiej misji jest bycie złotą rączką lub bycie ze złotą rączką. Marek, z którym mieszkałam w Krakowie, przekształcił bardzo zapyziałe poddasze, w bardzo zapyziałej kamienicy w przepiękną przestrzeń. Podobnie było z tym mieszkaniem, w którym mieszkam teraz. Wojtek ma dwie prawe ręce i bez niego, nigdy bym się na wynajem tego lokum nie odważyła.

W przypadku naszego mieszkania Wojtek nie tylko wszystko odmalował, zdemontował prowizoryczne uchwyty i pomoce (wcześniej mieszkała tu pani, która poruszała się na wózku inwalidzkim), ale też zrezygnował z bardzo drogiego ogrzewania elektrycznego i zamontował kaloryfery oraz zainwestował w piec gazowy. Wyczyścił wszystkie podłogi i włożył wiele w to, żeby mała rudera bez mebli, zamieniła się w nasze skromne, ale jakże przyjemne mieszkanie. Opłakany stan wynajmowanego lokalu zaowocował bardzo przyzwoitą ceną wynajmu.

Drugą opcją jest tylko delikatny lifting. Nawet wynajmując mieszkanie od dewelopera, miałam zgodę na robienie dziur w ścianach czy przemalowywanie ich wedle własnych upodobań. W zapisie miałam co prawda, że przy zdawaniu mieszkania trzeba je zostawić w takim stanie, w jakim je zastaliśmy. W związku z czym, po rozstaniu z moim ówczesnym partnerem i prawie 6 przemieszkanych tam latach, musieliśmy wynająć ekipę, która je odświeżyła. Prawda jednak jest taka, że nawet gdyby ściany zostały białe, po 6 latach i tak musielibyśmy je odmalować. Jednak nawet kiedy nie możesz inwazyjnie ingerować w wynajęte mieszkanie lub pokój, nadal możesz je ocieplić!


JAK STWORZYĆ DOMOWĄ ATMOSFERĘ W WYNAJMOWANYM MIESZKANIU?

Spersonalizować je!
Processed with VSCO with g3 preset
Lampiony kupiłam milion lat temu w Rossmanie. Krzesła są z drugiej ręki – prawdopodobnie z jakiejś starej szkoły. Klosze kupiliśmy na targu staroci, podobnie jak stół. Poduszki czeka wymiana. Kobiece grafiki wyszły spod pędzla Nadii Linek.

Najlepiej wynająć proste mieszkanie! Im mniej pomarańczowych ścian i mebli włożonych w mieszkanie przez właściciela, tym lepiej!  Zastanów się, co lubisz i zaproś to, do swojej przestrzeni. Możesz wydrukować zdjęcia swoje i przyjaciół (np. w formie polaroidów, prosto ze swojego Instagrama, choćby TU). Ja kupuję też plakaty i grafiki polskich artystów (nie kupuj tych lamerskich obrazków ze sklepów z wyposażeniem wnętrz czy IKEA, to dobre do hotelu, ale nie do domu!). W mieszkaniu mamy też poprzyczepiane karteluszki z naszymi zapiskami, laurki narysowane przez dzieci i fotki z instaxa. Drzwi w toalecie oblepiliśmy vlepkami (tak, jesteśmy kidultsami) gdzie skejtowe vlepy Antka, mieszają się z moimi naklejkami i motocyklowymi plakatami i vlepami Wojtka. Lądują tu też prawie wszystkie vlepki naszych znajomych.

Nie tylko kadzidełka i girlpowerowe postery. Kibelek to świątynia męskości, kalendarz z motocyklami, plakaty i skejterskie i motocyklowe vlepy!
Kibelek to świątynia męskości, kalendarz z motocyklami, plakaty i skejterskie i motocyklowe vlepy!
Rodzinne i osobiste pamiątki wetknięte za lustro. Przyjrzyjcie się, to oderwane drzwi od starej szafy, lustro było wewnątrz. Skrzydło tworzy drewnianą ramę.
Rodzinne i osobiste pamiątki wetknięte za lustro. Przyjrzyjcie się, to oderwane drzwi od starej szafy, lustro było wewnątrz. Skrzydło tworzy drewnianą ramę.

Cierpimy też na miłość do dewocjonaliów. Wojtek poza kolekcją koszulek z Jezusem wyszywanym cekinami i cyrkoniami powiesił obrazy z Chrystusem w łazience i przedpokoju, bo znalazł je pod śmietnikiem, albo na targu staroci. Ja dla odmiany niemal w każdym pokoju postawiłam buddopodobne posążki i wciąż poluję na gipsową Maryjkę jak z kapliczki. Pewnie w poważnym wnętrzu takie dewocjonalia byłyby bardzo creepy, ale u nas są po prostu popkulturowym żartem.


Oświetlić je!

 

Nad kuchenną wneką zamontowaliśmy tablicę, która umiejscawia w czasie różne nurty w sztuce. Wojtek znalazł ją kiedyś pod śmietnikiem. Jest bardzo klimatyczna!
Nad kuchenną wnęką zamontowaliśmy tablicę, która umiejscawia w czasie różne nurty w sztuce. Wojtek znalazł ją kiedyś pod śmietnikiem. Jest bardzo klimatyczna!

I nie mam na myśli górnego, rażącego światła, ale rozbicie go na kilka lampek, które stwarzają miłą, intymną i domową atmosferę. Obecnie można przebierać w żarówkach w loftowym stylu, uroczych cotton ballsach, lampionach czy choinkowych lampkach. Ważne, żeby światło było ciepłe. Świetnie nadaje się do tego celu lampa solna. Wojtek na początku nie był zachwycony, bo lata ’90, bo new age, ale teraz lampka stoi koło wielkiej lava lamp i daje najmilsze, najcieplejsze światło świata! Pozbyliśmy się wielu retro lampek, które Wojtek sam odrestaurował, ale zostały nam dwie sztuki, które również są używane zamiast górnego światła. Zagłówek łóżka zdobią małe choinkowe lampki, inne wiszą w przedpokoju, a lampiony w kuchni. To zbiór lampek z mojego całego życia. Nawet najobskurniejszy pokój zmienia się w przytulny, kiedy ma ciepłe oświetlenie.

Klosze kosztowały nas na targu staroci ok 3zł za sztukę. Wojtek wydrukował sobie ulubione wspomnienia z czasów, kiedy dzieci były małe. Budda w szklarni to sytuacja przejściowa. Docelowo wylądują tam książki kucharskie. Nie mam tylko pomysłu gdzie przenieść samą szklarnię i figurkę.
Klosze kosztowały nas na targu staroci ok 3 zł za sztukę. Wojtek wydrukował sobie ulubione wspomnienia z czasów, kiedy dzieci były małe. Budda w szklarni to sytuacja przejściowa. Docelowo wylądują tam książki kucharskie. Nie mam tylko pomysłu gdzie przenieść samą szklarnię i figurkę.

Zadziałać na zmysły!
Olejki eteryczne i palo santo
Olejki eteryczne i palo santo

Każdy dom ma swój specyficzny zapach. Ostatnio przyjechała do mnie moja eks współlokatorka i przyjaciółka Jaga i zauważyła, że u mnie zawsze pachnie tak samo, nieważne gdzie mieszkam. Faktycznie, używam zawsze tych samych kadzideł i podobnych olejków eterycznych lub świec zapachowych. Ostatnio skłaniam się zwłaszcza ku olejkom, bo oprócz zapachu, mają też wartość terapeutyczną. Zimą rozpylam cytrusy i sosnę, latem lawendę i drzewko różane, albo rozmaryn. „Firmowy” zapach własnego domu jest cudowny, bo nawet kiedy często się przenosisz, zawsze ten zapach jest takim zakorzeniaczem i kotwicą.


Coś starego!
Szafka kuchenne była z kolei częścią kredensu. Pod spodem przyklejone notatki z kursu NVC i przyprawy. Nawet jeśli nie możesz wiercić dziur, obrazki zawsze można oprawić i postawić na meblu lub bezpośrednio na podłodze.
Szafka kuchenna była z kolei częścią wielkiego kredensu. Pod spodem przyklejone notatki z kursu NVC, zdjęcia znad oceanu i przyprawy. Nawet jeśli nie możesz wiercić dziur, obrazki zawsze można oprawić i postawić na meblu lub bezpośrednio na podłodze. Zdjęcia przykleiłam delikatnie ozdobną papierową taśmą.

Bardzo nie lubię (choć takie było moje pierwsze mieszkanie w Krakowie) mieszkań, w których dominują meble z IKEA i nowe dodatki. Poliestrowe dywany, puchate narzutki z Pepco i wszystkie te syntetyczne paskudztwa, które można zobaczyć, na co drugim instagramie jako flat lay. Nie lubię po pierwsze przez syntetyczność materiałów, po drugie przez brak duszy. Co prawda nie przepadam też za ciężkimi antykami i początkowy vibe mieszkania Wojtka bardzo mnie przytłaczał. Wszystko tu było z drugiej ręki (nie antyki, raczej jeszcze starocie), ale w surowym męskim wydaniu wydawało mi się mało przyjazne i jakieś takie… z posmakiem garażu. Dużo ciemnego brązu, wytarty parkiet, stare budownictwo, meble z czasu PRL… brr! Potrzebowałam dodać do tego trochę nowych rzeczy, trochę damskich rzeczy, trochę życia (rośliny!). Jeśli jednak masz nowe, wylizane mieszkanie, jak żywcem z katalogu IKEA pomyśl nad starym dodatkiem, albo niewielkim meblem, który trochę przełamie sieciówkowe wnętrze. Możesz poszukać po sklepach ze starociami albo w grupie na Facebooku „uwaga śmieciarka jedzie”. OLX też jest dobrym źródłem tego typu rzeczy!


Coś żywego!
książki kucharskie
Zimujące zioła, kilka szczepek, które się ukorzeniają i sukulenty.

Nie ma nic smutniejszego, niż dom, w którym jest… sterylnie i wieje martwicą. Nie musisz mieć ręki do kwiatów, żeby je mieć. Odpuść sobie plastikowe i kupuj zioła w doniczkach (przyjemne z pożytecznym) albo hoduj kaktusy, sukulenty i aloesy. Wężownica (język teściowej) też nie potrzebuje niemal żadnej opieki. Żywe rośliny zawsze wprowadzają coś przytulnego do domu. Przynajmniej moim zdaniem!

No i na koniec… moja wychowawczyni w podstawówce zawsze mawiała, że dom bez książek jest jak ciało bez ducha! Uwielbiam mieć książki, jednak każdy, kto przeprowadzał się kilka razy, wie że dźwiganie kartonów pełnych tomiszczy, to jakaś katorga. Po sprzedaniu/oddaniu moich książek, teraz w papierze kupuję głównie poradniki czy książki, z którymi pracuję i wiem, że będę w nich kreślić, zaginać rogi itp. Zostawiłam ważne książki, książki z poezją, albumy. Poza tym mam czytnik kindle i na niego staram się kupować e-booki, o których wiem, że przeczytam je raz i już nie będę do nich wracać. To najrozsądniejsze, co udało mi się zrobić, ale nie przestałam ani marzyć o biblioteczce, ani o spiżarni 🙂


Dodasz coś do moich rad? Co jeszcze wnosi domową atmosferę? To pierwszy z serii wpisów, które planuję na temat naszego mieszkania. Kolejne będę już nieco bardziej techniczne i skupię się na poszczególnych pomieszczeniach.


Chcesz czytać mnie częściej? Wesprzyj mnie na Patronite i zyskaj dostęp do ekskluzywnych treści oraz podcastów! Kliknij tu:

baner

 

 

...

33 komentarze

  1. Joanna Glogaza

    Aaaa nienawidzę scandi z pepco! Kula <3 Pięknie tam u Was!

  2. Piękne mieszkanie, jednak muszę powiedzieć że często gdy pokazujesz swój styl życia uderza mnie ze troszkę dyskredytujesz ludzi, którzy lubią inaczej..
    Kiedyś gdy wychwalałaś pracę z domu i dostawalo się ludziom z korpo. teraz z kolei mieszkanie z pepco instagrama i Ikei. A co jeśli ktoś nie chce mieć duszy? 😉
    Jego sprawa. Dla mnie fajnie gdybyś po prostu pokazała swoje mieszkanie i nie próbowała z tego zrobić poradnika. Serio, jeśli ktoś będzie chciał kupić sobie stary mebel to sobie kupi. Twoje wpisy niestety wiele tracą, kiedy próbujesz „promować” swój styl życia.

  3. Czytałam gdzieś ostatnio, że wielu z naszego pokolenia to ludzie o dwie raty od bezdomności. Szkoda mi życia, tych 30 lat, za cenę mieszkania. W tym xzaseo zmienić się i w świecie iiwe mnie może się wszystko. Póki co pozdrawiam z lokum wynajętego na czas podróży, z której wrócę do wynajętego mieszkania 🙂

  4. Blum

    Zuza, dzięki za Twój komentarz. Nie próbuję promować swojego stylu życia czy mieszkania, ale to pytanie pojawia się dość często w moich social mediach, kiedy mówię, że mieszkamy bardzo tanio, głównie kupując stare meble lub zgarniając je spod śmietników. Ludzie pytają, jak to możliwe, że ten misz masz do siebie pasuje i że wszystko jest przypadkowe, ale bardzo „nasze”.

    Wiem też, że wiele osób wynajmujących pokoje czy mieszkania ma wrażenie, że nie może nic z tym robić, albo że nie warto, bo takie lokum jest tylko na chwilę. Ja się z tym nie zgadzam i pokazuję, jak można to zrobić super małym zasobem finansowym (większym zasobem czasowym). Nie chcę też promować kompulsywnych zakupów w sieciówkach typu Pepco i nie uważam tego za kwestię gustu. Sama też kupuję czasem w tego typu sklepach poszczególne dodatki, jednak dla mnie, to ten sam rodzaj wpychania ludziom shitu, jaki uprawiają odzieżówki. Prawie wszystko jest tam made in China, zrobione z tworzyw sztucznych, tak tanie, że nie trzeba nawet myśleć czy potrzebne.

    Bardzo mi zależy, żeby promować rozsądny konsumpcjonizm i dawanie rzeczom drugiego życia. Tu pełna zgoda – promuję to. Może ktoś lubi inaczej, oczywiście, że kupowanie z drugiej ręki niesie ze sobę pewne ograniczenia (nie można po prostu iść, wybrać i kupić, to będzie raczej styl cygański niż wybrany przez nas) jednak chciałam pokazać, że się da.

    Mój wpis jest też bardzo osobisty, bo jest o moich przekonaniach, guście i wyborach. O tym jak MY mieszkamy i jakie są nasze sposoby. Jest dla mnie totalnie zrozumiałe, że nie są one przydatne dla ludzo o innym guście czy przekonaniach 🙂

    Co do pracy w korpo, to wielka nadinterpretacja. Czuję, że mój komentarz już jest bardzo długi, pozwolę sobie więc podkreślić na sam koniec, że MOJE wybory uważam za najlepsze, bo są moje. Są najlepsze dla mnie. Korporacje wymuszają na kobietach pewien styl życia, który im bardzo szkodzi, ale nie uważam za ludzi pracujących w korpo za gorszych albo łeeee. Praca z domu nie jest wcale glamour ani łatwa, ani posypana brokatem. Często o tym piszę, ale ludzie wolą chyba czuć, że jestem po przeciwnej stronie baraykady, choć wcale tak nie jest.

    Pozdrawiam i dziękuję za to, że zabrałaś głos!

  5. Blum

    Pau – jeśli ktoś ma potrzebę mieszkać na swoim, ma możliwości, chce tego – czemu nie. Dla mojej psychiki, to by było trudne do udźwignięcia, zwłaszcza, że z powodów, o których pisałam, nie widzę sensu. Chyba, że naprawdę mielibyśmy tyle gotówki. Jakiś milion 😀

  6. Ja na razie wynajmuję ale widzę sens mieszkania na swoim. I to naprawdę nie odbiera mobilności (można wynająć) jeśli kredyt na nie wzięło się mądrze. Ostatnio byłam w banku aby o to spytać i przy odpowiednich, średnio-warszawskich zarobkach na etacie można to ogarnąć z drugą połówką (nie trzeba brać ślubu nawet!). Zakładając, że miałabyś teraz z M. spłacać ratę i dbać o czynsz w 2-pokojowym mieszkaniu (takim jak te, które wynajmujesz) w cenie, którą obecnie płacisz (albo nawet mniejszej) to dlaczego nie? Na to naprawdę nie trzeba mieć „tyle gotówki. Jakiś milion ?”. Bo skoro mieszkasz w takim standardzie (po zdjęciach widać, że poniżej miliona mimo lokalizacji) to zakładam, że Ci on odpowiada (jest conajmniej tym minimum na jakie się godzisz i pewnie będziesz godziła w perspektywie conajmniej kolejnych 5 lat). Więc jeśli tej samej kwocie lokal mógłby przejść na Twoją własność to czemu pisać o milionie? Czy to nie jest trochę wyolbrzymianiem tematu? Rozumiem, że w Twoim wypadku chodzi także o płynność finansową (pracując jako freelance niestety też odczułam, że nie jestem wiarygodna dla banku), a nie sam brak komfortu związany z braniem kredytu – serio, można wziąć go tak by nie był obciążeniem, a zyskujesz coś na własność. Coś co możesz z czasem oddać dzieciakom albo spieniężyć dla siebie na jakiś cel – to niewątpliwie jest inwestycja, która popłaca w skali życia. Nie robiłabym takiego złego PR-u kredytom na chatę.

  7. co za różnica czy przelew robi się do banku czy do właściciela mieszkania? jeśli w wynajmowanej chacie nie zapłacę za 10tego połowy mojej pensji to i tak znajdę się pod mostem. wynajem do takie „spłacacie kredytu” tylko do usranej śmierci, kredyt bankowy ma chociaż termin końcowy

  8. Blum

    H. – rozumiem Twój punkt widzenia, jednak nijak go nie podzielam 🙂 Nasze mieszkanie jest supertanie, dlatego właśnie, że było dosłownie norą. W dodatku norą drogą w utrzymaniu. Dopiero praca Wojtka sprawiła, że wygląda jak widać i że jest tańsze.Byliśmy jednak oglądać strych w okolicy. Kamienica dokładnie jak nasza, stan deweloperski. Widok na nic, okna w dachu, ale wysoko, widzisz tylko niebo, zero krajobrazu, odniesienia. Pokoje co prawda 3 a nie 2, ale maleńkie. Wnętrze rozplanowane trochę głupio, trzeba byłoby wyburzyć jedną ścianę. Nie ma kafli, parkietu, drzwi. Stan do totalnego zrobienia wszystkiego pięknie i po swojemu. Tyle, że samo mieszkanie 850 tysięcy. Nadal dla naszej czwórki niekomfortowe, wraz ze starzeniem się – dobre chyba tylko jako inwestycja, bo wdrapać się na dach w kamienicy to się można zasapać. A teraz jeszcze kredyt na wykończenie tego lokum – to nie są pieniądze, o których piszesz. Nawet gdybyśmy nadal urządzali je meblami ze śmietników (u nas to była i jeszcze nadal troche jest konieczność, ale też wielki fun) to cena zrobienia podłóg, wstawienia drzwi, wybicia ściany, położenia kafli, zrobienia łazienek byłaby dzika…

    Można oczywiście kupić mieszkanie nie na Mokotowie, Powiślu czy gdzieśtam, ale na przedmieściach, albo w nowym budownictwie. Tyle, że ja za nic nie chciałabym tam mieszkać. Mieszkałam tak w Krakowie 6 lat i nie popełnię już tego błędu (ciężko zmusić się do wyjścia z domu, jak już do niego dojedziesz, słabsza infrastruktura, słabe wykonanie, cienkie ściany).

    Nie wiem. Jakoś tego nie czuję. Sądzę, że prędzej zbudowalibyśmy dom! Ale mamy też inne pomysły. Totalnie byśmy się widzieli w mikrodomku z kontenera np 🙂 To nie jest tak, że jest wynajem albo kupno. Na pewno są i inne sposoby. Nie zarzekam się też, dziś nie chcę mieć mieszkania, od lat nie chcę, nie chciałabym nawet mieć samochodu i żyję tak, jak czuję. Jeśli to się zmieni, z pewnością podejmę inną decyzję 🙂

  9. Blum

    Ania – eee nieeee. Ja wielokrotnie dobierałam mieszkanie do swojej sytuacji życiowej, tym samym manipulując moją „ratą”. To by nie było tak łatwe gdybym wzięła kredyt. Poza tym nie pociesza mnie myśl, że moje mieszkanie byłoby moje za 30 lat. Wtedy będę w innym miejscu w życiu i wykombinuję coś jeszcze innego. To zbyt dalokosiężne plany. Ale każdy z nas ma inaczej i to super. Ja po prostu czuję więcej wolności w wynajmie. Kotś w kupnie i kredycie. Obie drogi są ok 🙂

  10. pieknie, mogłabyś zawodowo odpicowywać mieszkania pod airbnb albo sprzedaż:) Rozumiem Twój punkt widzenia z wynajmem, sama długo wynajmowałam z takich powodów. Ciekawe też jak bardzo zmieniły się czasy i nasze wymagania co do komfortu i poczucia prywatności. Za dzieciaka pamiętam że w takim mieszkaniu jak Twoje mieszkały normalnie 4 osobowe rodziny, nierzadko ze zwierzakiem i nikt nad tym nie deliberował:)

  11. Blum

    basiu to prawda! Jednak ci ludzie zazwyczaj wychodzili do pracy, a nie kisili się cały dzień w jednym miejscu i mieli w nim wszystkie narzędzia pracy i miejsce na nią. Myślę też, że z własnymi dziećmi jest inaczej z wielu powodów (choćby innych granic w intymności). Zastanawiam się też, do czego byliśmy przyzywczajeni dawniej. Czytałam ostatnio z racji mojej pracy artykuł, który mówił, że na każdą osobę powyżej pewnego wieku (to było jakieś 13-14 lat) powinien przypadać 1 pokój, a jeśli rodzeństwo jest mieszane, to powyżej takiego wieku powinno mieć własny pokój z racji płci. Chodziło o to, że w Polsce mamy własnie nadal zbyt duże zagęszczenie ludzi na metr kwadratowy. A my śpimy w jednym pokoju z 9 latką 😉 Ale racja, kiedyś w dużo mniejszych mieszkaniach mieszkali teściowie, młoda parka i ich dziecko/dzieci.

    Ja bym umarła.

    Odpicowywaczem numer 1 jest mój Wojtek i często sprzedaje odnowione meble albo sprzęty (w naszym domu zawsze wala się kilka rozpoczetych projektów).

  12. Fajnie, ze dzielisz sie takimi patentami i z doswiadczenia wiem, ze naprawde duzo nie trzeba zeby przestrzen nabrala klimatu. Wynajmowalam juz kilka miejsc i za kazdym razem ludzie mowili mi, ze te miejsca sa bardzo moje. Teraz tez wynajmuje i choc czasem mysle, ze troche szkoda, ze caly czynsz idzie w rece kogos innego a sama nic z tego nie mam to jednak na razie to dobra opcja dla mnie. Zupelnie nie widze siebie w mieszkaniu w bloku albo w kamienicy, predzej gdzies za miastem w wybudowanym przez siebie domu. I wiem, ze to nie musi byc droga inwestycja, nawet za kilka tysiecy da sie to zrobic. Myslalam tez o morskim kontenerze, ktory nie dosc, ze jest ekologiczna opcja to jeszcze mobilna:) Wszystko zalezy od potrzeb. Pozdrowienia

  13. Blum

    Anja – ja na to patrzę, jak na płacenie rachunków… to nie tak, że nic z tego nie mam na własność, mam dach nad głową i mam dom. Za to płacę 🙂
    Co do kontenerów i domków XS myślimy podobnie, mam nadzieję, że kiedyś będę mogła updatować ten wpis o właśnie naszą relację z budowy takowej konstrukcji 🙂

  14. „Korporacje wymuszają na kobietach pewien styl życia, który im bardzo szkodzi” – takie generalizacje są mega irytujące i widać nie tylko mi to przeszkadza. Może pisz: „praca w korpo wymuszała na mnie pewien styl życia, który mi, jako kobiecie, bardzo szkodził”. Naprawdę, uwierz, są ludzie, którzy w korpo robią fascynujące rzeczy, choćby przy nowych technologiach, zarabiają całkiem niezły hajs, który wydają potem na równie fascynujące rzeczy w życiu prywatnym. I mówię to jako kobieta. Wiadomo, że są jakieś drobne niedogodności, jak ze wszystkim, ale dlaczego nie chcesz nas poznać i się nam przyjrzeć? Kobietom nerdom kochającym swoją robotę, która jest wielkim wyzwaniem, ale też mega rozwojem i ciągłą nauką każdego dnia. Czymś co sprawia wiele funu, choć oczywiście ma jakieś wady, jak każda ludzka aktywność.

  15. Blum

    Wild – ale ja przecież w ogóle nie mówię o satysfakcji płynącej z takiej pracy, o radości z pracy w klawym zespole, o wyzwaniach i o całej masie pięknych rzeczy, które w tej korpo-pracy są. Nie wiem w ogóle, czy chodzi o korpo, raczej o pewien rodzaj pracy (szybko, intensywnie, dedlajny, bardzo aktynie lub z dużą odpowiedzialnością), który znacząco wpływa na gospodarkę hormonalną, co w przypadku kobiet ma różne zdrowotne skutki. Czytam o tym ostatnio dużo i sama widzę po sobie jak inaczej działa moje ciało niż wtedy, kiedy pracowałam na etacie. Lubiłam swój etat, nie jestem jedną z osób, które rzuciły wszystko w cholerę, żeby uciec w Bieszczady. To etat rzucił mnie! Ale… ale po ponad dwóch latach decydowania o własnym rytmie życia, widzę i rozumiem te zmiany, o których czytam. Widzę, jak funkcjonują kobiety, z którymi czesto chodzę na różne warsztaty. Dużo z powodu osobistych problemów ze zdrowiem, kręcę się wokół pracy z ciałem, rozmawiam z różnymi specami i daje mi to jakiś obraz, tego, jak taka praca wpływa na organizm (głównie chodzi mi o napięcia w mięśniach, kortyzol, nawyki towarzyszące). Czy to znaczy, że należy ją rzucać? Nie. Czy to znaczy, że jest zła? Nie. Ale widzę tę zależność, analizuję ją, na własny użytek się jej przyglądam. To nie tak, że mam coś przeciwko korpo pracy i uważam, że nie może być satysfakcjonująca. Ale uważam ją za totalnie niezgodną z damskim cyklem. Bardzo związaną z męskim cyklem. Trudną dla metek karmiących, trudną dla kobiet, które mają bardzo bolesne menstruacje. Bardzo stresogenną na poziomie ciała i taką, która wymaga dużej samodyscypliny by niwelować jej skutki, a nie napędzać się cukrem i kofeiną. Jeśli więc mówię, że nie planuję wracać do korpo, to z powodu mojego zdrowia, a nie tego, że etat w korpo jest lipny. Nie czuję, żebym miała dostęp do badań i mogła napisać posta o tym, jak tak intensywna praca rozregulowuje ciało kobiety i naprawdę oddala ją od stanu relaksu popychając w stan pełnej mobilizacji. Dostaję takie informacje, ale nikt tego nie zebrał w formalne badania, których często się domagacie (albo ja ich nie znam i też nie szukam) więc w kontekście korporacji piszę tylko o własnym i zasłyszanych przykładach, w formie spostrzeżenia, a i tak spotyka się to z gigantycznym oporem, czego nie rozumiem. Przecież jeśli Ci służy, jeśli masz stuprocentowe przekonanie, że to jest to, jak w ogóle może Cię moja opinia dotykać? Kiedy ludzie mi mówią, że wegetarianizm nie jest zdrowy nie dyskutuję z nimi, bo mi służy od przeszło 13 lat. Po prostu traktuję to, jako ich przekonanie. Moje obserwacje dotyczą większej grupy kobiet, dzielę się nimi, ale nie zabieram stanowczo głosu w jakimś artykule, poście itp. Za to cały czas są dopowiadane do tego rzeczy pt. „wywyższasz się, za bardzo chwalisz pracę z domu”. Skąd takie pomysły? Praca w domu ssie, siada na banię, wymaga samodyscypliny, człowiek dziczeje… ale może się wyspać, może podczas pmsu nie pracować, może działać w zgodzie z własnym cyklem, lepiej odpowiadając na swoje potrzeby. Czy wszyscy powinniśmy rzucić korpo i pracować z domu? Nie. Czy mogę mówić o różnicy w poziomie stresu i na poziomie ciała? Chyba tak. Więc mówię. Po prostu nie ma co mydlić sobie oczu, że tak intensywna korporacyjna praca nie odbija się na zdrowiu i nie jest obarczona ryzykiem. Każdy rodzaj pracy stwarza ryzyko zawodowe, mój inne niż Twój. Nie ma potrzeby tego wartościować, ale myślę, że warto to sobie uświadomić – wtedy każda z nas może niwelować negatywne skutki pracy, która ją cieszy. Ja dbać o kręgosłup i work life balance, Ty o rozluźnienie i obniżenie napięcia. Mam wrażenie, że czasem przypisywane są mi intencje, których nie mam. Nie poprawi mi samopoczucia jeśli wszyscy będą wybierac tak samo, jak ja. Na moje zadowolenie wpływa tylko, czy moje wybory są dobre dla mnie, ale jeśli są, lubię o tym opowiedzieć. Można nad tym pomyśleć i się zainspirować lub utwierdzić w przekonaniu, że robi się dobrze, a ja gadam głupoty. I’m cool with that. Ciesze się, że lubisz swoją pracę i jest ona dla Ciebie źródłem spełnienia 🙂

  16. To po prostu zależy od cech osobniczych i od konkretnej pracy. Poczucie bezpieczeństwa może być zakłócone zarówno na etacie, jak i podczas pracy z domu. Stres może Cię zabijać i tu i tu. Myślę, że to jest bardziej złożone niż dychotomiczny podział: korpo versus freelancerka. Piszesz: „napięcia w mięśniach, kortyzol, nawyki towarzyszące”, jednak czy myślisz, że to się nie zdarza pracując z domu? Jeszcze inna rzecz, jak wartościujesz pewne rzeczy, bo jeśli, owszem, odczuwasz stres, ale potem masz mega satysfakcję i czujesz, że naprawdę zaspokajasz swoje ambicje, to jest to jednak coś innego niż stres w pracy, którą odbierasz jako małoproduktywną i niezaspokajającą Twoich aspiracji. Szczerze mówiąc, to badania akurat średnio mnie interesują i wcale ich od Ciebie nie oczekuję. Już prędzej jakiegoś artykułu, gdzie napisałabyś o sobie (zadowolenie z takiego trybu jaki prowadzisz, głownie zalety ale też może jakieś wady), o jakiejś lasce, która dostała pierdolca pracując z domu (stres, brak stabilności, życie z dnia na dzień, brak poczucia zaspokojenia ambicji i poziomu finansowego), o jakiejś dziewczynie z korpo, która mimo stresu, czuje satysfakcję z kreowania nowych rozwiązań w nowych technologiach i zarządzania zespołem oraz o kimś, kogo korpo zniszczyło psychicznie, bo powielało stereotyp Mordoru. To by było fajne. Weź też pod uwagę, że obcujesz z kobietami, które być może coś łączy, więc próbka nie jest miarodajna, bo ciągle kisisz się w tym samym sosie osób z danego kręgu (osoby na jakimś etapie życiowym), które owszem są świetne i nic nie należy im odejmować, ale może są zbyt zbliżone do siebie i to jednak nie jest krzywa Gaussa.

  17. Blum

    Wild – dzięki za ten komentarz! Niee, obracam się raczej w bardzo różnych środowiskach, kazdy z innej parafii raczej. Napisałam ostatnio artykuł o wyobrażeniach o freelansie z domu i o rzeczywistości. To nie jest dla każdego i to nie jest łatwe. Ja widzę głównie obciążenie psychiczne (brak spójnego rytmu, możliwośc odkłądania wszystkiego w czasie itp itd) podeślę go, jak tylko będzie w onlinie 🙂 Jednak korpo, satysfakcjonujące czy nie, generuje dużo reakcji „walcz albo uciekaj”. Ja ich u siebie nie zauważam, nawet kiedy przeharowuję się w domu (a zdarza mi się, bo jak mam kilku klientów, to czasem wszyscy chcą czegoś na raz). Zauważam jednak duże zmiany w funkcjonowaniu ciała, bo mogę prowadzić bardziej higieniczny tryb życia. Podglądam trochę moje korpokoleżanki (jedne kochają swoje firmy, inne nie bardzo) i dużo tam osłabionej odporności, napięć i podonych schorzeń. Trochę pisałam o zmianach tu: http://blimsien.com/5-rzeczy-ktore-zmienily-sie-w-moim-zyciu-odkad-nie-pracuje-w-korpo/ ale uważam, że to była mało miarodajna próba.

    Praca w domu jest ultraniehigieniczna dla psychiki i ogarnięcia. Teraz pracuję nad tym, żeby jednak pracować codziennie, nie jak mnie złapie natchnienie (tzn nie mam wyjścia, mam dużo roboty). O tym trochę jest też ten artykuł, który sprzedałam i który podeślę.

    Czytam za to teraz książkę o holistycznym podejściu do piękna, która fajnie wyjaśnia pomysł, że „piękno bierze się z tego, co w środku” i pokazuje jak myśli bezpośrednio wywołują koktajl biochemiczny/hormonalny w ciele i jak to wpływa na zdrowie, a co za tym idzie na piękno. Bardzo ciekawe i ma dużo sensu. Jak przetrawię to wszystko, to postaram się napisać coś mądrego.

    Tak jak pisałam wcześniej – warto się przyjrzeć co nasza praca nam robi i jak możemy z tym handlować, żeby być w równowadze. Co innego będzie potrzebne mi #leniwabuła, co innego korpowojowniczce.

    Jest też babeczka, która uczy kobiet planować zadania w oparciu o ich samopoczucie na fali cyklu menstruacyjnego. Chciałabym z nią zrobić wywiad, bo to może być też ciekawy trop (nie każda ma PMS i nie każda czuje się uskrzydlona podczas dni płodnych) 🙂

  18. Ja trochę nie rozumiem, czemu mówicie tylko o dwóch biegunach – praca z domu i praca w korpo, tak jakby nie było niczego pomiędzy 😉 Można pracować na etacie, ale niekoniecznie w wielkim korpo, ale jednocześnie zarabiać sporo i nie odczuwać tego wielkiego stresu jak w typowym korpo 😉

  19. Blum

    Seito – no jasne! Ja nie krytykuję pracy na etacie. Mówię o skutkach pracy w korporacji, która ubiera w pancerz hiperzadaniowości, dedlajny, ciśnienie w strukturze lub inne gry psychologiczne (to zużywa dużo zasobów, wypala, usztywnia ciało, napina mięśnie, powoduje duży wyrzut kortyzolu, szybkość w działaniu, która jednak bez równoważenia niezbyt współpracuje z kobiecym ciałem – fajnie mówi o tym Kamila Raczyńska z Dobrego Ciała – że współczesne kobiety nie są zbyt luźne w brzuchach, posladkach, cipkach – są wyspinane na maksa poprzez współeczeny styl życia. Reakcją na stres jest też często, jak ostatnio powiedział mi fizjoterapeuta, spinanie pośladków, do tego stopnia, że możemy odczuwać bardzo silne dolegliwości bólowe w kręgosłupie!). Moja przyjaciółka np. kosztem zdrowia zaharowywuje się weekendami i w piątki, ale uważa, że to jej powinność wobec zespołu. Ja się na nią złoszczę, bo uważam, że powinność to ona ma przede wszystkim wobec własnego zdrowia i życia. W koporacji też pewnie zależy, co robisz. Jedni mają duży stres, inni spokojnie dziubią swoje. Wiele na pewno zależy od kadry zarządzającej, ale też od odpowiedzialności za własne błędy np.

  20. zamiast pisać dlaczego nie warto mieszkać na swoim to piszesz dlaczego nie warto wziac mieszkania na kredyt. a moze warto wziac sie do pracy i miec mieszkanie nie na kredyt albo wybudowac dom? jakbys nie rozpatrywala ludzi innych niz ty, bo pewnie jak duzo zarabia to nie ma duszy i jest karierowiczem, jak chce miec dzieci to zdziadziala bo tak ja w domu rodzinnym skrzywdzili stereotypem i tylko praca z domu i zycie za przelewy innych jest prawdziwa definicja wolnosci.

    bo troche z tego co opisujesz to fajnie Ci sie zyje jak w kazdym mieszkaniu kiedy na pijawke doczepisz sie do chlopaka, ktory to mieszkanie odremontuje i postawi na nogi, a ty polozysz kilka kamieni i dwie ksiazki – ot zrobiliscie domowy klimat razem, kiedy ty wprowadzasz tylko kurzolapki a inni odwalaja ciezka prace. nie jestem pewna czy to jest postawa, ktora powinno promowac sie w girlgangu, bo zaprzecza twojej niezaleznosci, aczkolwiek od lat masz taka sinusoide w pogladach. masz kogos – jest super byc w zwiazku, nie masz – kobieta powinna byc niezalezna wyspa, masz kogos – tylko partnerstwo jest fajne, nie masz – niezaleznosc jest super itd, wiec troche mnie to nie dziwi i niezbyt satysfakcjonuje w takiej notce. robisz sie troche infantylna z tymi wszystkimi latami, pozdrawiam

  21. Blum

    Kasia – Twój komentarz bardzo mnie uśmiechnął 🙂 Nie, mieszkałam też sama, wynajmowałam sama mieszkanie, jako jedyny lokator. Malowałam ściany, reperowałam okna wypadające z zawiasów i z pomocą youtube bawiłam się w hydraulika, kiedy przeciekał mi zlew. Mam też level master w przepychaniu wanny, której odpływ jest w podłodze i regularnie zalewa łazienkę 😀 Ale… przyznaję, że ja nie jestem złotą rączką, choć jak trzeba i muszę, to się nauczę i zrobię. W związku lubię tradycyjny podział pewnych aktywności – nie uważam, że tak musi być, ale ja tak lubię. Mój obecny partner jest przekotem jeśli chodzi o prace manualne. On odnawia meble, składa motocykle i robi inne rzeczy. Ja tylko jestem jego majtkiem. Nie ukrywam tego w moich postach 🙂 Jest DOKŁADNIE tak jak piszesz. Ja jestem od pielęgnacji roślin, ozdabiania, robienia zakupów, gotowania, kiszenia, dekorowania. Bardzo mi taki podział pasuje i nie widzę powodu, dla którego w imię źle pojętej równości, miałabym z nim przesiadywać w garażu i babrać się w smarze. Nie lubię tego. Ciężko też było mi partycypować w odnawianiu mieszkania, bo wtedy w ogóle jeszcze nie znałam Wojtka. Czuję, że świetnie się uzupełniamy i tak samo nie wymagam od niego, że będzie kupował kadzidełka, dbał o nasze zdrowie, gotował tyle, co ja i robił listy zakupów – skoro tego nie lubi i nie ma ochoty. Nie uważam, żeby któraś z tych ról była mniej ważna. Na docenieniu jego wkładu i jednocześnie świamości, że daję równe dobro, opiera się moim zdaniem partnerstwo dalekie od patriarchatu. Nie musimy wnosić tego samego, żeby działać jako zespół.

    Ocena odnośnie dzieci i reszty jest Twoją projekcją. Dlaczego w ogóle miałabym oceniać czyjąś chęć rozmnażania się? o_0 Tak samo z kredytami i własnością. Bardzo dziwne i pokrętne myślenie. Piszę o sobie i swoich potrzebach, a Ty przekładasz to na mój domniemany światopogląd 😀

    -a moze warto wziac sie do pracy i miec mieszkanie nie na kredyt albo wybudowac dom? – może warto. Dla Ciebie warto? Ja tego nie pragnę, dla mnie nie warto. Warto podróżować, mieć więcej czasu, czytać książki, spacerować z psem, spędzać czas z rodziną. Jeśli będzie warto, na pewno zrobię tak, jak mi radzisz 😉

    -masz kogos – jest super byc w zwiazku, nie masz – kobieta powinna byc niezalezna wyspa, masz kogos – tylko partnerstwo jest fajne, nie masz – niezaleznosc jest super itd – Tak, jest super być singlem! Jest super być w związku. Czy to się wyklucza w jakikolwiek sposób? Mój pogląd jest taki, że staram się w każdej sytuacji życiowej znaleźć dobre strony i z nich korzystać. Będąc singielką poznawałam siebie, innych ludzi, dużo podróżowałam, nikomu się nie musiałam z niczego tłumaczyć, ani nikogo brać pod uwagę. W związku mam kogo drapać po plecach, z kim wypić kawę, mam ciepłą codzienność i obecność ukochanej osoby – to również jest cudowne. Tak widzę świat. Tak wybieram dla siebie. A Ty? I dlaczego wybory miałyby być zero-jedynkowe? Dlaczego nie można doceniać różnych aspektów różnych sytuacji?

  22. Bardzo spodobał mi się ten wpis. W zeszłym roku wynajęliśmy z chłopakiem mieszkanie, które było zagracone, zaśmiecone (dosłownie! łącznie z resztkami jedzenia) i przez kilka wcześniejszych lat nikt o nie nie dbał, przez co koszty wynajmu mamy bardzo niskie. Pozwoliło nam to urządzić mieszkanie od podstaw po swojemu. Kosztowało nas to mnóstwo czasu i energii, ale też nabyliśmy nowe umiejętności remontowo-dekoratorskie i bardzo zbliżyliśmy się do siebie. Jeśli chodzi o sposoby na naszą przestrzeń, to zastosowaliśmy te kilka miesięcy temu prawie wszystkie Twoje rady z tego wpisu! I to działa 🙂 Rośliny, książki, rzeczy z drugiej ręki i z odzysku, odpicowane przez nas meble, trochę sztuki i zdjęć na ścianach, do tego lawendowy i geraniowy olejek eteryczny. I po raz pierwszy czuję się w wynajmowanym mieszaniu jak u siebie w domu! Dopiero teraz poczułam ile energii odbierały mi te wszystkie sytuacje, kiedy stresowałam się rysą na ścianie, plamą na wykładzinie lub dziurą po gwoździu w ścianie, po prostu wcześniej mieszkania, w których byłam i rzeczy znajdujące się w nich traktowałam jako czyjeś – zupełnie nie moje – więc nie mogłam poczuć się tam jak u siebie, ciągle tylko czułam się jak u kogoś.
    Jesli chodzi o kupno mieszkania – mi też to nie jest potrzebne. Bo teraz czuję, że chcę być w tym miejscu, w którym jestem, mieszkać we dwoje w centrum miasta, ale nie wiem czy to samo będę czuła za miesiąc, rok lub dziesięć lat. 🙂
    A kula w oknie jest fantastyczna!

  23. @kasia przecież autorka tylko napisała co ONA uważa dla siebie o kredytach. Nie wiem skad dokleiłaś całą resztę, ale Twój komentarz jest wyjątkowo chamski i oparty na projekcji, informacji pełnych nie posiadasz i dużo nadinterpretujesz. No i nie sądzę abyś komuś w twarz powiedziała że jest pijawką, bo nie remontował domu swojego partnera. W sumie to brak mi słów i nie rozumiem Twojej motywacji do zostawiania takiego komentarza.

  24. Ja nie jestem ani zwolenniczką kupowania, ani wynajmowania, wszystko zależy od mojej sytuacji w danym momencie. W jednym aspekcie jednak nie zgodzę się z Tobą, jako osoba która zajmuje się podnajmem oraz trochę siedzi w nieruchomościach – to wszystko jest takie kolorowe, póki właściciel nagle nie podniesie Ci czynszu o 500zł bo administracja mu podniosła, albo nie powie, że córka przeprowadza się do Warszawy i będzie w tym mieszkaniu mieszkać a Ty masz teraz miesiąc na znalezienie nowego miejsca.
    Wydaje mi się, że po tym ile ciężkiej pracy zainwestowaliście w to mieszkanie, i żeby poczuć się w nim jak w domu, byłby to dla Was ogromny cios. I dlatego myślę, że ludzie tak na potęgę kupują mieszkania 🙂

  25. Blum

    Zuzka – liczymy się z tym, że może tak być, ale najwyraźniej Wojtek i tak wyliczył, że to ma sens (on najpierw sam tu mieszkał). Jest we mnie ufność, że zawsze sobie poradzimy. Radzimy sobie w tak patowych sytuacjach, że nie spędza nam to snu z powiek, choć chcemy tu mieszkać jak najdłużej, wiadomo 🙂 Zobaczymy, co życie przyniesie.

  26. Zdecydowanie podzielam Twój pogląd na wynajmowanie i kupowanie. Zawsze bardzo mnie śmieszyły te argumenty, że wynajmowanie = nieodpowiedzialność, leniwość itd. Czemu nie pozwalamy sobie na różnorodność poglądów i potrzeb?
    Ja całe życie mieszkałam z rodzicami w mieszkaniu wynajmowanym, kontynuowałam to podczas studiów i po zakończeniu także. Zawsze natomiast wynajmowałam mieszkanie od osoby, z którą czułam nić porozumienia i która pozwalała mi na dowolne malowanie ścian, wbijanie gwoździ w ściany itd. Jasne, pod warunkiem zostawienia mieszkania w stanie zastanym. Ale bez przesady – pomalować ścianę da radę każdy. Nie wyobrażam sobie wynajęcia mieszkania od osoby, która mi na nic nie pozwala, albo mnie kontroluje. W końcu to nie hotel.

  27. I cd, który wcześniej się nie zmieścił.
    Z innej beczki – pytałam na insta, czy ktoś wie, jak odnowić parkiet bez cyklinowania go. Co prawda nigdy tego nie robiłam, ale zajmowałam się renowacją mebli, więc miałam jakieś pomysły, których potwierdzenie znalazłam w sieci.
    Opcje są w zasadzie dwie. Pierwsza, bardziej „vintage” – pastowanie. Po dokładnym wyszorowaniu parkietu szczotą, należy do zapastować. Tylko trzeba nałożyć wiele warstw. Czytałam, że efekty mogą być zaskakująco dobre. Tylko to trochę mordęga.
    Inna metoda, to nałożenie na umyty parkiet preparatów z polimerami, woskami i olejami, które odżywiają i zabezpieczają drewno, jak i odświeżają stary lakier. Z najbardziej polecanych produktów znalazłam: Voigt PARKIETY VC 576, Voigt VC 340 i Bona Polish Gloss.
    Voigta nie znam, z Bony używałam lakierów do drewna i były super. A natestowałam się trochę lakierów.
    Mam nadzieję, że to trochę pomoże! 🙂

  28. jaka burza w komentarzach 😉
    Z mojej perspektywy…nigdy nie potrafiłam poczuć się jak u siebie w wynajmowanym mieszkaniu. Wiedziałam,że jestem tam na chwilę i szkoda mi było w takie mieszkanie inwestować. Ale ja zawsze miałam bardzo silną potrzebę posiadania własnego gniazdka, bycia u siebie. Zresztą podobnie jak ktoś wyżej napisał…jeśli mam komuś płacić za mieszkanie, które nigdy nie będzie moje i najprawdopodobniej się z niego wyprowadzę to wolę płacić za takie, które moje będzie. Ale może łatwo mi się piszę, bo za hipotekę jakimś cudem płacę 400zł/mies 😉
    Jeśli chodzi o to co nadaje klimat i mówi coś więcej o włascicielach i ich upodobaniach to wg mnie są to zdjęcia na ścianach, książki, mnóstwo kwiatów, hand made pomieszany ze starociami i sieciowkami. Lubię eklektyczne klimaty chociaż moja mama uważa,że to poprostu bajzel na kólkach. Tak wiec ile osób tyle opinii. Pozdrawiam. KasiaJ

  29. Blum

    KasiaJ – ja też lubię takie osobiste wstawki, łączą się u mnie ze wspomnieniami i mnie zakotwiczają… ale jest tez to choroba chomika 😀 nie ma co ukrywać. Jestem paskudnie sentymentalna.

  30. Justyna

    Hej! Piszesz o grafikach polskich artystów – gdzie ich szukasz?

  31. Blum

    W kuchni wiszą prace Nadii Linek – https://nadialinekwomen.myportfolio.com. Czasem kupuję coś na targach plakatu (przywiozłam fajne prace węgierskiej artystki), dużą popularnością cieszą się prace Kasi – https://panlis.pl, uwielbiam też plakaty Dawida Ryskiego – http://dawidryski.pl/pl/c/plakaty-cyfrowe/1. W tym roku Medicine rozszerzyło też swoją ofertę o rzeczy do domu, oni współpracują blisko z polskimi artystami – https://wearmedicine.com/k/ona/akcesoria/home

    Moim zdaniem w Polsce jest multum utalentowanych ludzi z oryginalną kreską i aż szkoda wydawać na masowe przedruki z sieciówek wnętrzarskich skoro można wspierać naszych, a problemem jest raczej brak ścian niż brak artystów.

  32. Pingback: Majowa piąteczka: miesiąc denerwowania się w internecie – Żegnaj, kokonie bezpieczeństwa

Dodaj komentarz

.