Aborcja to nie jest kremówka, pączek albo kawa w Starbuniu, które można wziąć na wynos. Jeśli chcemy o niej rozmawiać, potrzeba mądrości i kroku w tył. Ja sama wybieram rozpoczęcie tej dyskusji od rozmowy o słowach.

Wiele kobiet, którym nie spodobała się decyzja TK, podobał się kompromis aborcyjny (no cóż, mi nie). Wyszły na ulice, bo mają jasność, że zmuszanie kobiet do rodzenia zdeformowanych dzieci to barbarzyństwo, oraz że może to nie tylko skazywać je na cierpienie, w przypadku donoszenia takiej ciąży i urodzenia dziecka, ale również może być wyrokiem na zdrowie i życie kobiet. Nie wiadomo, czy przeżyją taką ciążę, a jeśli tak, czy będą potem nadal płodne. Rzecz oczywiście nie w samej ciąży a w różnorakich powikłaniach. Rozumiem te kobiety. To również mój powód do protestu! Wiele moich przyjaciółek boi się teraz zajść w chcianą ciążę z obawy o swoje zdrowie. Tak, ja też się boję.

Kobiety, które z tego powodu wyszły na ulicę, czują się teraz zawiedzione, bo nie są gotowe na opowiedzenie się za aborcją na życzenie. Jest ona niezgodna z ich wartościami. Wcale się im nie dziwię!

JESTEM ZA ABORCJĄ.

Jestem za aborcją, brzmi dla mnie: z radością się wyskrobię. Chcę nie musieć liczyć się z nikim, jestem za tym zabiegiem medycznym. To z tym już jakiś czas temu mieli problem ludzie, którym nie spodobał się Aborcyjny Dream Team (przyznaję, że ta nazwa jest fatalna) czy mówienie: aborcja jest ok. W jakim sensie jest ok? W takim, że może uratować życie? Ułatwić życie? Jest ok jak kupienie butów na wyprzedaży czy jak wyrwanie zęba?

Bo np. dla mnie aborcja nie byłaby ok. Nigdy! Ani w przypadku chorego dziecka, ani wpadki. Mówiąc „aborcja nie byłaby dla mnie ok” nie mam na myśli tego, że uważam, że nie powinnam mieć do niej dostępu. Po prostu znam siebie i wiem, że dla mnie nawet wyrwanie zęba nie jest ok, bo inwazyjne zabiegi, ingerencja w moje ciało jest czymś, z czym mi bardzo trudno psychicznie. Czy to oznacza, że nigdy bym nie terminowała ciąży? Nie! Podobnie jak wyrwałam zęby, dla ratowania swojego życia poddałabym się operacji, amputacji nogi czy czemukolwiek, czego wymagałaby sytuacja. Nie bez żalu i nie bez strachu. I zakładam, że owszem, mogłaby być to mieszanina ulgi, radości z odzyskania życia i jednocześnie żałoby. Ale to ja!

Badania mówią, że kiedy kobietom nie wmawia się, że powinny odczuwać aborcji, jako czegoś traumatycznego, zazwyczaj straumatyzowane nie są. Niektóre czują ulgę i zapominają. Inne czują ulgę i mówią: zrobiłam to, to była dobra decyzja, ale nie chciałabym nigdy więcej już jej nie podejmować. Inne być może myślą o tym jeszcze inaczej. Rzecz w tym, że mówienie „jestem za aborcją” brzmi, jakbyśmy miały ochotę na gałkę lodów pistacjowych. Ach, zrobię sobie aborcję, bo Krysia miała! Rozumiem kobiety, które czują niezgodę na „jestem za aborcją i mam w dupie, co o tym myślisz”.

JESTEM ZA WYBOREM.

Tak naprawdę aborcja to nie deser w menu. Nie chodzi o to, że chcemy ją mieć. Spróbujmy więc doprecyzować — mam aborcję to przestarzały zwrot, który polaryzuje społeczeństwo. Równie kłamliwy i nieprawdziwy, jak „jestem za ochroną życia”. Nie jesteś za ochroną życia — jesteś za zakazem wyboru. A ja nie jestem za aborcją, jestem za możliwością dokonania wyboru.

To, że chcę mieć wybór, nie oznacza, że dokonam aborcji. To oznacza zazwyczaj, że:

  • nie chcę się bać o swoje zdrowie i życie
  • boję się być matką i nie wiem, czy udźwignę tę rolę
  • nie mam wsparcia wśród najbliższych, a nie wyobrażam sobie być samodzielną mamą
  • nie widzę siebie w roli matki i nigdy nie chciałam nią być, ale  z różnych powodów nie wyobrażam sobie być w ciąży, urodzić i oddać dziecko
  • nie wiem jak postąpię, ale chcę móc zdecydować, gdy ta sprawa będzie mnie dotyczyła
  • jestem w złej sytuacji ekonomicznej lub się obawiam, że w niej będę
  • chcę być przekonana, że moje dziecko, jeśli się pojawi, będzie zdrowe, będę mogła otoczyć je miłością, będzie mnie na nie stać, że będę dostatecznie dojrzała, żeby być mamą dla małego człowieka
  • chcę mieć pewność, że nikt mnie nie zmusi do heroizmu wbrew mojej woli

I tak dalej i tak dalej. Skąd więc to przekonanie, że jeśli chcę mieć wybór i móc zdecydować oznacza, że „oczywiście dokonam aborcji”? Dlaczego myśl, że chcę mieć wybór, oznacza, że nie chcę być matką, lub nie obchodzi mnie nic poza czubkiem mojego własnego nosa?

ANTI CHOICE TO NIE JEST PRO LIFE.

Postawa pro life jest dla mnie nierozerwalnie połączona z miłością uniwersalną. Taką, którą odczuwa się do świata, ludzi, zwierząt. Ruch ku życiu i za życiem jest dla mnie osobiście mocno związany z minimalizacją cierpienia. To oznacza zarówno skuteczną profilaktykę, osiędbanie, zaawansowane działania medyczne, opiekę paliatywną oraz skracanie cierpień. Nie umiem powiedzieć, czy jestem za eutanazją, bo z pewnością temat jest złożony, ale mogę z pełnym przekonaniem powiedzieć, że jestem za minimalizacją i skracaniem cierpienia. Nie wyobrażam sobie, żebym miała ryzykować moje życie tylko po to, by urodzić martwe dziecko lub dziecko, które umrze mi na rękach… ale tego nie wykluczam. Znamy się na tyle, na ile nas wypróbowano. Może miałabym potrzebę urodzenia tego dziecka i pożegnania go. Zrobienia dla niego ceremonii? Może… rzecz w tym, że chcę wybrać, kiedy sytuacja realnie będzie moim udziałem.

O ABORCJI NIE MAJĄ PRAWA WYPOWIADAĆ SIĘ MĘŻCZYŹNI.

Bo to nie oni ponoszą skutki ekonomiczne, fizyczne, emocjonalne związane z ciążą, porodem i połogiem. Nikt nie może zmusić człowieka do podzielenia się nerką, nawet gdyby bez niej drugi człowiek miał umrzeć. Nie ma sytuacji, w której ktokolwiek zmusi Cię do oddania krwi, by ratować innego, jeśli Ty nie wyrazisz na to zgody. Tak samo żaden mężczyzna nie może arbitralnie zasądzić, kiedy i jak kobieta powinna rodzić lub pod jakimi warunkami terminować ciążę. Co więcej — nie powinna robić tego nawet inna kobieta. To są sprawy cudzego ciała, losu, konsekwencji, jakie ta osoba poniesie i nic nam do tego.

A CO Z DZIECKIEM?

W tak delikatnym sporze musimy odróżnić, to w co wierzymy, od tego, co wiemy. Wiemy, kiedy wykształcający się organizm czuje ból. Uważam, że ten moment to nie jest już moment na aborcję „na życzenie”. Nadal jednak to jest czas, kiedy kobieta może wybrać swoje zdrowie i życie (patrz przykład z nerką). Do tego czasu jednak płód, jest potencjałem, człowiekiem, którym może się stać, ale który jeszcze nie czuje. Potencjałem są również jajeczka i sperma. Tantrycy traktują to na tyle poważnie, że uczą kobiet jak zastopować menstruację, a mężczyzn technik szczytowania bez ejakulacji, by nie wytracać energii życiowej i witalności. Czy to powód, by w świeckim państwie nagle zakazywano masturbacji lub stosunków z wytryskiem? Nie sądzę. Sama wierzę w wiele rzeczy dotyczących ciąży. Np. że dziecko ma potrzebę doświadczenia wcielenia właśnie w tej konkretnej rodzinie. Że w momencie, gdy powstaje, tak ma być, a jeśli ulega poronieniu, to przykre, ale być może również właściwe w pewien sposób. Mam dużo pokory wobec takich wydarzeń. Uważam, że dziecko, które umiera w brzuchu lub ciąża, która ulega poronieniu, ciąża, która jest terminowana jest w polu rodziny. To dla mnie nie jest „po prostu zlepek komórek” i najprawdopodobniej sama nie podjęłabym decyzji o aborcji.

Ale wiesz co? Chciałabym móc o tym zdecydować, za to z pewnością bym nie chciała swojej wrażliwości i systemu wierzeń narzucać innym w formie prawa. Właśnie dlatego jestem pro choice niezależnie od powodu.


 

...

17 komentarzy

  1. Moje Pliki

    A ja uważam, że jak długo aborcja będzie traktowana jako „zło konieczne” czy „mniejsze zło”, tak długo będą trwały zamachy na jakikolwiek dostęp do niej. Aborcji nie dokonuje się po to, żeby cierpieć, przeżywać traumę i mieć złe życie, tylko żeby mieć NORMALNE, DOBRE życie. Dlatego uważam, że aborcja w każdym przypadku jest OK, nawet jeśli ktoś traktuje ją jak zamawianie lodów pistacjowych. Wolę, żeby nieodpowiedzialna kobieta pozbawiona instynktu macierzyńskiego wyskrobała się 12 razy niż urodziła dwanaścioro dzieci.
    Fajnie, że piszesz o wmawianiu syndromu postaborcyjnego. Jeśli to dla kogoś obrazoburcze, to może niech pomyśli sobie, że jakoś w dyskusjach o przeszczepach nikt nie usiłuje wymusić poczucia winy. (Tak, wiem, śmierć pnia mózgu u dawcy. Tyle że funkcje życiowe są podtrzymywane, a Kościół Katolicki latami uważał pobieranie kluczowych organów za morderstwo. I co? Zmienił zdanie, a świat jakoś nie spłonął.)
    I zgadzam się, że w tej kwestii ojcowie nie powinni mieć nic do powiedzenia. Jeśli to dla kogoś wredne podejście, to śpieszę pocieszyć: ojcowie już teraz NIE mają w sprawie aborcji nic do powiedzenia. Jeśli kobieta zdecyduje się na terminację ciąży z 3 (do niedawna) ustawowo dopuszczalnych powodów, to facet może na kolanach tłumaczyć, że nie chce wychowywać dziecka upośledzonego/gwałciciela/zostać wdowcem. Może się rozwieść, ale alimenty będzie musiał płacić. I nikt go nie wysłucha. A zresztą, jeżeli komuś prawa ojca tak mocno leżą na sercu, to niech zada sobie pytanie: dlaczego w kraju, w którym 90% politycznej władzy sprawują mężczyźni, ojcowie nie zagwarantowali sobie prawnie opieki naprzemiennej albo i wręcz pierwszeństwa w opiece nad dzieckiem po rozwodzie (tak jak to np. było/jest? w Iranie)? W obecnym trybie zatwierdzania ustaw to dałoby się przegłosować w dosłownie jedną noc!

  2. tak szczerze mowiac hasla w stylu „boję się być matką i nie wiem, czy udźwignę tę rolę
    nie mam wsparcia wśród najbliższych, a nie wyobrażam sobie być samodzielną mamą
    nie widzę siebie w roli matki i nigdy nie chciałam nią być, ale z różnych powodów nie wyobrażam sobie być w ciąży, urodzić i oddać dziecko” stawiaja aborcje na rowni z antykoncepcja lub tabletka po.

    nie jestem religijna, moi rodzice takze, ale od dziecka powtarzali mi jedna zasade – jezeli uwazam, ze jestem gotowa uprawiac seks to oznacza, ze jestem gotowa na ewentualne bycie rodzicem.

    oczywiscie dostep do antykoncepcji powinien byc, dostep do tabletki po powinien byc (o wiele latwiejszy niz w polsce), ale dokonywanie aborcji „bo nie jest sie gotowym na bycie rodzicem” jest troche nieporownywalne z pewnoscia urodzenia martwego plodu. akcje maja konsekwencje, warto o tym po prostu pamietac przed, a nie po. osobiscie znam wiele dziewczyn, ktore o tym, ze sa w ciazy dowiedzialy sie zbyt pozno i pozostala im tylko aborcja. dokonaly jej, bo, cytuje „byly zbyt pijane, to mial byc seks na 1 noc i nie znaja partnera / nie maja kontaktu z partnerem”. jedna dokonala aborcji nawet 3 razy i niewiadomo czy bedzie mogla miec dzieci.

  3. Blum

    Kasiu – to odpowiedzialność tej kobiety – jeśli nie będzie mogła mieć dzieci to jej cena, którą ona zapłaci… ale za SWOJE decyzje. Lepiej płacić za swoje, niż za wymuszone bohaterstwo. I tak jak mówię – myślę o sobie, że bym aborcji zdrowej ciąży nie dokonała, ale nie mam pewności. Nie zamieściłam punktu o gwałcie. Nie uważam, żeby aborcja była zastępstwem antykoncepcji, ale uważam, że nawet po zapłodnieniu jest jeszcze czas na decyzję. Uważam, że póki płód jest w fazie wczesnego rozwoju i nie czuje, lepiej jest ewnentualnie wtedy zareagować niż urodzić i pod presją społeczną wychowywać człowieka, którego się nie chciało, kiedy nie chciało się być matką, kiedy nienawidzi się ojca dziecka lub jest się z nim w konflikcie.

    Nigdy jeszcze nie widziałam, żeby zmuszanie kogoś do czegokolwiek sprawiało, że on z radością ponosi konsekwencje i coś „dźwiga”.

    Co do mądrości Twoich rodziców – jesteś dorosła. Zastanów się nad tym przekazem. Zweryfikuj go. Rodzice mówią nam wiele rzeczy, często bardzo szkodliwych. Te programy można i należy zmieniać, zarówno te, że „faceci zawsze zdradzają”, te mówiące, że „żeby być bogatym trzeba być oszustem” i te, że ciąża ma być karą za chęć uprawiania seksu. To nieprawda, że musimy być gotowe na ciąże jeśli jesteśmy gotowe na współżycie, tak samo, jak to, że godzimy się na pocałunek nie oznacza, że jesteśmy gotowe na stosunek. Seks jest naturalną potrzebą ludzi – nie tylko tych płodnych, nie tylko tych o zdrowych zmysłach, nie tylko wydolnych ekonomicznie i wychowawczo.

    Ze swojej strony wolałabym, żeby mama Madzi aka „śliski kocyk” mogła po prostu dokonać aborcji we wczesnym stadium ciąży, zamiast potem mordować swoje dziecko. Wolałabym też, żeby wiele kobiet, które nienawidzą swoich dzieci i są dla nich toksyczne, nie były matkami. I nie umiem o tym powiedzieć „lepiej, żeby zabiły swoje dzieci zamiast je toksycznie wychowywać”. Dla mnie przerwanie ciąży na wczesnym etapie nie jest zabójstwem dziecka, tak samo jak celowa antykoncepcja nią nie jest choć absolutnie nie stawiam między nimi znaku równości. KK natomiast jest bliski pomysłom, że seks ma służyć wyłącznie małżeńskiej prokreacji, a antykoncepcja to zło właśnie dlatego, że ogranicza możliwość zapłodnienia.

    Nie zgadzam się z tym z całą stanowczością. Marzy mi się świat, w którym jesteśmy gotowe być matkami, a jeśli nie, umiemy się zabezpieczyć by cieszyć się seksem bez niezaplanowanego zachodzenia w ciążę. Uważam, że mówienie „jesteś gotowa na seks to masz ponieść konsekwencje w postaci niechcianej ciąży” jest krzywdzeniem nie tylko matki, ale również dziecka. To dla mnie nie jest ruch za życiem – w moich oczach prawo do aborcji jest spójne z rzetelną edukacją seksualną i łatwo dostępną antykoncepcją. Nadal: tylko kobieta ma prawo podejmować decyzje odnośnie swojego ciała – tak uważam.

  4. Blum

    A ja się tu nie zgodzę – Moje pliki. Uważam, że mówienie o aborcji z lekkością sprawia, że chociaż bardzo często myślimy o tym samym, stajemy do siebie w opozycji. Również uważam, że lepiej 12 razy mieć aborcję niż 12 dzieci w beczkach za stodołą lub po prostu 12 dzieci doświadczających biedy i przemocy, które później będą to samo robić swoim dzieciom. Zapewne dla niektórych kobiet to jest lekka decyzja, ale mówiąc, że aborcja nie jest jak zamówienie lodów pistacjowych mam na myśli, że ŻADNA Z NAS NIE CHCE MIEĆ ABORCJI – bo nie chce być w ciąży na pierwszym miejscu. Najpierw jest niechciane zapłodnienie, potem jako skutek niektóre kobiety wybiorą aborcję, inne nie. Żadna kobieta nie zachodzi celowo w niechcianą ciążę, żeby sobie zrobić aborcję. Więc w tym sensie jest to jakieś „mniejsze zło”, którego fajnie byłoby uniknąć zanim się wydarzy – czyli w tę ciążę nie zachodzić. I tu widzę rolę łatwo dostępnej antykoncepcji oraz edukacji seksualnej. Mimo tego, będziemy czasem w te ciąże zachodzić – z powodu nieuwagi, zawodności antykoncepcji, chwili zapomnienia, przemocy seksualnej i z różnych innych powodów. Nadal nie uważam, żeby „chwila zapomnienia” podczas seksu miała oznaczać, że „teraz musisz urodzić, bo my tak mówimy”.

    Nie jestem po przeszczepie ani po amputacji. Wyobrażam sobie, że z mojej perspektywy uduchowionego wrażliwca, bolałaby mnie fantomowo noga, której nie mam, często myślałabym o dawcy organu i zapalała mu świeczkę za jego duszę oraz, że gdybym poddała się terminacji ciąży, również miałabym potrzebę przejść swiązany z tym proces. Więc mówienie „aborcja jest jak lody pistacjowe” jest tak samo naiwne jak „aborcja to trauma i zło”. Nie! Aborcja jak każde doświadczenie życiowe będzie przeżyte bardzo różnie, bo każda z nas jest inna. W tym tekście zależało mi, żeby pokazać, że „bycia za aborcją” oznacza również TROSKĘ O DZIECKO. Rozumiem, że dla osób anti choice to może brzmieć super dziwnie… ale jeśli nie dam rady być matką, jeśli nie chcę by moje dziecko umarło mi na rękach zaraz po narodzinach, jeśli nie chcę by moje dziecko było niepełnosprawne w tak nieprzychylnym mu kraju jak Polska – aborcja, oddanie dziecka to również troska o nie. I myślę, że nikt poza matką nie ma prawa o tym decydować.

  5. Aborcja „na zyczenie” to – moim zdaniem – niefortunna nazwa dla „gwarantowanego prawnie prawa do aborcji”.
    W przypadku innych interwencji medycznych szuka sie przeciez opcji najlepszej dla pacjenta, czasami jest to podjecie leczenia, a czasami, zgodnie z wola pacjenta, jego zaniechanie. Lub (mieszkam w Belgii) eutanazja.
    Liczy sie przeciez to, co czuje, czego potrzebuje osoba, ktorej dana sytuacja dotyczy, a nie jej otoczenie, lub grupa panow w sadzie. Jest dla mnie niepojete, ze ktos inny, zupelnie obcy, smie decydowac (nie znajac tak naprawde calej sytuacji) o przyszlosci jakiejkolwiek kobiety (w przypadku aborcji). Jest dla mnie niezrozumiale, ze za wszelka cene walczy sie o utrzymanie kazdej ciazy, nie gwarantujac matce zadnej, ZADNEJ pomocy, opieki psychologicznej ani wsparcia materialnego, w przypadku urodzenia dziecka uposledzonego. Mam akurat taka osobe w bliskiej rodzinie, wiec wiem jak wyglada pomoc po tym jak dziecko przyjdzie na swiat.

  6. Do mnie dociera coraz więcej historii o dzieciach niechcianych – matka zaszła w ciążę bardzo nieplanowaną i nie jest w stanie udźwignąć macierzyństwa psychicznie i fizycznie, ale decyduje się na urodzenie, bo rodzina/presja otoczenia, itd…Dzieci żyją całe życie w przeświadczeniu, że są zbędnym balastem, kulą u nogi. A potem zdarza się usłyszeć, że targnęły sobie na życie – czy to jest obrona tego uświęconego życia?
    Przeraża mnie też, że matki które decydują się rodzić i oddają dzieci są tak bardzo stygmatyzowane.
    Z jednej strony bardzo się cieszę, że jesteśmy w tym razem, ale z drugiej zaczyna do mnie dochodzić ile pracy jeszcze przed nami i jestem pełna obaw ;(

  7. CHciałabym się nie bać o swoje życie, zdrowie. Problem aborcji mnie dotyczy i napisałam o tym u siebie na blogu. CHcę, by każda kobieta miała prawo wyboru. Nikt przecież nie nakazuje wykonywania aborcji. Ważne, by było to w zgodzie ze sobą, a nie z czymś widzimisię… Nie można odbierac kobietom takich praw, bo to nie sprawi, że aborcja zniknie, tylko przeniesie się do i tak już dużego podziemia. A to będzie o wiele bardziej niebezpieczne.

  8. Moje Pliki

    Blum – piszę o aborcji jak o rozwiązaniu, które jest po prostu DOBRE. Jedne mogą traktować je z lekkością, inne długo przeżywać przed, po i w trakcie. Nie zmienia to faktu, że aborcja ma służyć DOBRU osoby, która jej dokonuje. Dopóki nie zaczniemy o aborcji o w ten sposób myśleć, dopóty projekty, żeby jej zakazać będą wracały jak bumerang. Porównałam aborcję do przeszczepów, bo przy nich też musimy podjąć trudne decyzje, komuś raz na zawsze odebrać szansę, by dać ją komuś innemu. Niemniej godzimy się na to i nie traktujemy przeszczepów jak zło. Z mniej drastycznych przykładów: rozwód to też sytuacja, w której żadna z nas nie chce być. A jednak wolimy mieć taką opcję i to nie tylko wtedy, gdy w związku zacznie się jakiś wielki dramat. I w oficjalnym dyskursie jakoś nie pojawia się postulat, że rozwód trzeba odbierać jako traumę i być do końca życia smutną z jego powodu. Parę lat temu uczestniczyłam w pierwszych czarnych protestach i pamiętam te wszystkie gorące zapewnienia, że „absolutnie nie chcemy aborcji na życzenie, chcemy wyłącznie zachowania kompromisu”. Przeczytałam wtedy w sieci komentarz kobiety mieszkającej chyba w Norwegii, że dopiero jak Polki stracą prawo jakiegokolwiek wyboru, to może zrozumieją, że stawianie praw płodu ponad własnym niszczy nasze życia. Prorocze słowa.

  9. Moje Pliki

    Kasia – jeśli oprócz nauk od rodziców odebrałaś jakiekolwiek lekcje biologii, to wiesz, że u ludzi seks nie służy wyłącznie prokreacji. Z tego względu myślenie, że jak spółkujesz, to musisz się liczyć z zostaniem rodzicem jest cokolwiek archaiczne. A co ma zrobić ktoś, kto jest obciążony genetycznie i wie, że jeśli antykoncepcja zawiedzie, to będzie miał chore dziecko? Ma seksu w ogóle nie uprawiać, bo jakaś totalnie obca osoba uważa, że seks = gotowość na rodzicielstwo? Szydzisz ze swoich koleżanek, a dla mnie ich argumenty są kompletnie zasadne. Co jest takiego odpowiedzialnego w zostaniu młodą, samotną matką dziecka z wpadki? A pomyślałaś o tych wszystkich kobietach, które są w stałych związkach i nie uprawiają seksu po pijaku, a i tak nie chcą zachodzić w ciążę? Nie jesteś tymi wszystkimi kobietami, nie uczestniczysz w ich życiu, dlaczego więc dajesz sobie prawo oceniania, czy ich argumenty są wystarczające słuszne?

  10. Blum

    Moje pliki – kochana mamy to samo zdanie, ale nie zgadzamy się co do słów 🙂 ja bym powiedziała: MOŻLIWOŚĆ WYBORU, DECYDOWANIA O SWOIM ŻYCIU JEST DOBREM. Nie aborcja jest dobrem albo rozwód jest dobrem. Też by mnie w konsternację wprawiło zdanie rozwód jest dobry – czułabym stratę, niezgodę, smutek. A przecież uważam, że prawo do rozwodu jest jak prawo do oddechu – powinniśmy bezsprzecznie móc o sobie decydować. Jako, że robię w słowach, przyglądam się, co ze sobą niosą i jak władać nimi lepiej. Myślę, że wiele szumu wokół aborcji wynika nie z rzeczywistego stanowiska, ale właśnie interpretacji, która prowadzi do skrótów myślowych – prolife (dla mnie to żadne bycie za życiem, dla mnie to anti choice) i pro aborcja (brzmi jak „wyskrobmy się, będzie fajnie). Te słowa są archaiczne i nijak nie oddają stanowiska wypowiadających je osób.

    Oczywiście mam świadomość, że część osób uważa życie za uświęcone od momentu, gdy plemnik wibja w jajo. Te osoby uważają, że to sprawa boga i nie wolno w to ingerować. Znów – ja się na to nie zgadzam, bo ingerujemy przeszczepami, leczeniem, operacjami, rozrusznikami serca itp. Jeśli zgadzamy się na przedłużanie życia i na jego ochronę (tu inkubatory dla wcześniaków, operacje jeszcze w brzuchu mamy), jeśli zgadzamy się, że kobieta w ciąży powinna mieć spokój i ma prawo do L4 a nie zapierdala na targu rybnym, jak w Pachnidle i gdzieś w międzyczasie „wypluwa z siebie” dziecko, odcina tym nożem do ryb pępowinę i pracuje dalej, a dziecko przeżyje lub nie, jeśli stać nas na myślenie o psychicznym dobrostanie dzieci i ich opiekunów i nikt nie wymaga w 21 XXI wieku rodzenia 10 dzieci, z których może 5 dożyje dorosłości, to nie możemy używać argumentu o „boskich prawach”.

  11. Dlatego Strajk Kobiet mówi o aborcji na żądanie (!), nie życzenie. Nikt nie życzy sobie mieć aborcji. Ja popieram zwrot „Aborcja jest ok”. Mam wrażenie, że nasze stanowiska różnią się dlatego, że Ty przyjmujesz perspektywę wewnętrzną, a ja zewnętrzną. Dla mnie jest to komunikat skierowany do osób, które nie chcą legalizacji przerywania ciąży lub chcą tzw. kompromisu. To jest takie: „Słuchajcie, aborcja jest w porządku, to element życia”. To próba zerwania tego tabu, które w Polsce jest koszmarne. Nie znaczy to bynajmniej, że z perspektywy wewnętrznej, tj. danej osoby robiącej aborcję, jest to fajne przeżycie. Zabieg ginekologiczny nigdy nie jest fajnym przeżyciem.

  12. Blum

    A. – wiesz, ja myślę, że właśnie to budzi ich opór. Jeśli ktoś uważa to za zabijanie to hasło „zabijanie jest ok” na wstępie niszczy szansę na dialog. Zakładam, że może gdyby te osoby przyjęły perspektywę – życie jest różne, warto mieć prawo decydować o nim po swojemu bo… i tu trochę z moich argumentów – może było lepiej.

    A trochę mam ochotę powiedzieć – chuj z nvc i dialogiem, nie dyskutuje się o elementernych prawach człowieka. Wypierdalać!

    Właściwie jestem dość płynna między tymi dwoma postawami.

  13. Pstra Matrona

    Niby się z Tobą zgadzam i faktycznie Aborcja jest ok i Aborcyjny dream team brzmi dla mnie jakoś cringowo i nieprawdziwie, ale z drugiej strony jako nastolatka bardzo potrzebowałabym usłyszeć, że aborcja jest ok. Jakiejkolwiek narracji innej niż konieczność czucia straty, traumy i winy. Syndrom poaborcyjny istnieje i wynika z tej przerażającej kościelnej indoktrynacji. To co będziemy czuły w związku z aborcją nie wynika tylko z naszej wrażliwości, ale też wszystkiego co słyszymy wokół siebie na jej temat. Teraz już tego nie potrzebuję, ale kilkanaście lat tamu bardzo chciałabym posłuchać kobiety, która mówi o swojej aborcji jak o gałce lodów pistacjowych, jakiejś przesłodzonej reklamy kliniki aborcyjnej gdzie w wyobraźni dziewczyny całe życie jej się wali z powodu wyniku testu ciążowego, a już po do świata wracają kolory i stada motyli uciekają jej spod stóp. Tak dla równowagi do rozerwanych płodów i niemego krzyku. Żebym miała warunki się naprawdę zastanowić gdzie w tym wszystkim jest moja wrażliwość, bo zapewne jak każdej z nas- gdzieś pomiędzy. Tylko do tego też trzeba dojżeć.

  14. Aleksandra

    Sformułowanie „aborcja na życzenie” zostało specjalnie „wypromowane” i użyte propagandowo przez środowiska prolife/prawicowe/konserwatywne ze względu na negatywne nacechowanie emocjonalne i by właśnie wzbudzić taką reakcję jaką wzbudziło to u Ciebie. Według mnie odwracanie narracji która stygmatyzuje osobę która podjęła decyzje o aborcji jest w tym momencie bardzo potrzebne. Dla jednych ta decyzja może być traumatyczna, dla innych nie. I to jest okej. Nie można stygmatyzować kogoś dlatego że nie cierpi.
    Moje stanowisko w sprawie aborcji jest takie: niech każdy działa według własnego sumienia. Decyzje innych ludzi w sprawie ich życia i ich ciała i ich dzieci nigdy nie będzie należała do mnie. Nie będę się wypowiadać na temat ich życia bo nie będę w nim uczestniczyć. Ani w życiu obcej osoby która zdecydowała się urodzić ani tej która się na to nie zdecydowała. Ale chciałabym żeby obydwie strony czuły się zaopiekowane i szanuję każdą decyzję tak samo jakbym chciała abym ja była szanowana.
    Ostatnia rzecz która teraz nam potrzebna to kobiety oceniające kobiety. Nie dajmy się skłócić i zawsze trzymajmy sztamę. Aborcja była jest i będzie, nie od nas zależy o niej decyzja, ale możemy wpłynąć na wsparcie i opiekę osób jej potrzebujących.

  15. Dlaczego facet ma się nie wypowiadać? Jeżeli jego dziewczyna nosi w sobie Ich dziecko ale ważniejsza jest dla niej kariera więc mówi że usunie bo to wpadka, a on nie ma nic do gadania?

  16. Blum

    Dopóki nie chodzi w ciąży, nie rodzi, nie jest w połogu, a jego piersi nie produkują mleka nie ma prawa decydować za kobietę. Tak samo, jakby umierało ich dziecko, a ona mogła być jedynym w rodzinie dawcą organów i nie zgadzała się na oddanie dziecku kawałka swojego ciała.

    Nie mamy wyboru, które z partnerów będzie rodzić, ani ponosić konsekwencje – decyzja zawsze powinna należeć do kobiet.

  17. Zgadzam się, kobieta powinna mieć prawo wyboru. Zakaz aborcji nie sprawi, że aborcji nie będzie, a chyba takie jest wyobrażenie naszych prawodawców. Jestem w szoku, jak można tak wąsko patrzeć na temat, nie dostrzegać niuansów i propagandowo rozmawiać. Mam podobnie zdanie, co Ty: na dzisiaj myślę, że nie usunęłabym ciąży, ale kurcze, nigdy w tej ciąży nie byłam – nie mam pojęcia, co bym zrobiła w trudnej sytuacji. Dzisiaj mogę jedynie gdybać, ale w sytuacji rzeczywistego zagrożenia (a przez zagrożenie rozumiem brak komfortu urodzenia dziecka – ekonomicznego, rodzinnego, nie tylko zagrożenia życia) chciałabym mieć wybór. Jestem dorosła, jestem świadoma konsekwencji swoich wyborów. Zadziwia mnie, że w Polsce mężczyzna z łatwością kupi bez recepty środki z substancją czynną viagry (bo nie samą viagrę), ale każda antykoncepcja hormonalna jest wyłącznie na receptę. Prosty przykład pokazujący, że w tym kraju po prostu nie ufa się kobietom i to jest myślę główny problem.

    A czy facet ma prawo coś powiedzieć w kwestii aborcji swojej partnerki? Myślę, że owszem, chociaż to oczywiście zależy od relacji, natomiast to do niej ostatecznie powinna należeć decyzja. To kobieta ponosi fizyczne, ekonomiczne i psychiczne skutki ciąży, to kobieta będzie miała trudniej na rynku pracy i statystycznie rzecz biorąc, to kobieta ma większe ryzyko zostania samodzielną matką. Mężczyźni powinni to w końcu zrozumieć.

Dodaj komentarz

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No posts found.

Make sure this account has posts available on instagram.com.

.