kobiecość
fot. Agnieszka Wanat

Droga,

nie wiem nawet jak zacząć, żeby nie narazić się na Twoją złość! Z okazji 8 marca chciałam napisać kilka słów o kobiecości. Czemu się więc boję, że się będziesz gniewać? Bo już wiem, że nie każda osoba lubi być kobietą, nie każda czuje się związana ze swoją płcią biologiczną, nie dla każdej poczucie kobiecości jest ważne. Często bywa jak przeszkadzająca mucha.

Rozumiem to, chociaż mam inaczej. Od zawsze lubiłam być dziewczynką, a teraz lubię też być kobietą. Mam za sobą fascynację męskimi jakościami, mam za sobą te różne punkty rozwoju – od zachwytu nad moim ciałem i tym, jakie wrażenie robi na mężczyznach, przez chowanie go, bo ściągnęło na mnie przemoc, lub bo chciałam, by zwracano uwagę na to, co mam w środku. Nie będę dziś jednak pisać o prawach kobiet, o gniewie, wściekłości, rozpychaniu się łokciami, walce o swoje prawa. Jest dla mnie jasne jak słońce, że mamy prawo do decydowania o sobie, że mamy prawo współdecydować o państwie, że jesteśmy równe i suwerenne. Nie chcę pisać o opresyjnym systemie i o tym, że w Polsce to wciąż kobiety tyrają na dwa etaty, z czego jeden jest nieodpłatny. Jestem przekonana, że znacie wspaniałe strony, blogi, twittery aktywistek, które wyłuszczą Wam to znacznie lepiej niż ja.

Ja chciałabym napisać o czymś innym, może egzotycznym, a może budzącym złość. O czymś, czego żadna kobieta mi nie powiedziała kiedy miałam 20 lat. Wtedy panowała głównie narracja, że sprytna kobieta może być szyją, która kręci głową (w małżeństwie) lub siłą działającą w białych rękawiczkach, szarą eminencją (w narodzie czy biznesie). Dla mnie oczywistą reakcją była kontra. Byłam wtedy bardzo zanurzona w radykalnym feminizmie, spotykałam się z kobietami, które osiągały sukcesy, pokazywały, że KOBIETA MOŻE równie dobrze jak mężczyzna. Imponowały mi kobiety silne. Dziś, kiedy na to patrzę z dystansu 14 lat, myślę sobie, że imponowały mi kobiety toksycznie silne. Również takie, które za swoją siłę, za swoje osiągnięcia zapłaciły wielką cenę. I to niesprawiedliwe, bo musiały ją zapłacić tylko dlatego, że były kobietami.

Na 100 mężczyzn w Polsce przypada 107 kobiet. Stanowimy ponad połowę społeczeństwa, a i tak jesteśmy zmuszane do walki o to, by być DOPUSZCZONE, ZAUWAŻONE I WZIĘTE POD UWAGĘ. Kiedyś bardzo mnie to złościło. Dziś myślę o tym inaczej. To jest głupie, żebyśmy musiały udowadniać rządzącym mężczyznom, że jesteśmy równie dobre, co oni. Za każdym razem, kiedy widziałam potężne struktury stworzone przez mężczyzn, kobiety, które zaszły w nich wysoko, musiały ich przewyższać, a zatem umownie powiedzmy o tym „mieć od tych mężczyzn jeszcze większe jaja”. Grać w ich grę. Być szybsze, bardziej agresywne, bezwzględne. A przecież te sposoby zarządzania, sztywne hierarchie, ten rodzaj liderowania to jak gazeta sprzed roku. To się nie sprawdza. Nikogo to nie obchodzi. Nie jest dla mnie równością musieć grać w grę na męskich zasadach, dostosowaną do męskich doświadczeń, męskiej fizjologii i męskiej wrażliwości.

Dla siebie i moich sióstr chcę świata, w którym będą brane pod uwagę i będą mogły być SOBĄ. Być może z zupełnie przeciwstawnymi jakościami. Z umiejętnością dawania życia, karmienia piersią, tworzenia struktur horyzontalnych, a nie drabin. Z okresem raz w miesiącu przez większość życia. Dlatego tak podobają mi się polityczki, które sprawują wysokie funkcje i na mównicy karmią dziecko piersią. Może nie jest to wybór, którego ja bym dokonała, ale skoro ktoś jest matką, karmiącą matką i polityczką i tak właśnie życzy sobie rozwiązywać sprawę równowagi pomiędzy rolami, które są dla niej ważne – super! Bez tego duszącego poczucia, że plama z mleka na bluzce to brak profesjonalizmu, a ubrudzone krwią menstruacyjną spodnie to jakiś koniec świata (polityk – mężczyzna może sobie pozwolić na ten „profesjonalizm” bo jego dziećmi zajmuje się w domu żona, która sama ma gorzej płatną pracę, bo wypada z gry w związku z okresem ciąży, połogu i macierzyństwa).

Oczywiście rozumiem, że możesz mieć inaczej niż ja. Możesz w ogóle mieć w nosie bycie kobietą. Ja lubię i długo się uczyłam puścić napięcia i sztywne plany, być miękka, mniej racjonalizować (u mnie to była strategia obronna), więcej czuć, ufać intuicji, kreować przepływ, być cykliczna – w momentach mocy i totalnych jej spadkach. I nie chcę słuchać naprawdę od nikogo – ani od feministek, ani od patriarchów, że powinnam się wstydzić, bo:

Lubię moje miękkie piersi, układać kompozycje z kwiatów, dbać o moich bliskich, działać w zespole i sprawnie się komunikować, zamiast gryźć i zarządzać. Lubię podkreślać swoją płeć, a jej atrybuty są dla mnie źródłem radości. Świadomie wybieram to, czego pragnę i nie mam ochoty wysłuchiwać czy kultura jest źródłem opresji. To są miłe, ale didaskalia. Moja prawdziwa moc zrodziła się z akceptacji wszystkich części siebie. Tych agresywnych i tych automatycznie przypisywanych kobietom (którymi dziś jesteśmy zawstydzane).

Kiedy byłam nastolatką, komplementem było dla mnie usłyszeć „nie jesteś jak inne dziewczyny”. Dziś uważam to za absurd. Jestem jak inne dziewczyny! Każda z nas jest inna, każda z nas ma części wspólne – doświadczamy tego masowo na kręgach. I tak jak kiedyś chciałam nie być jak inne dziewczyny, bo bycie typową dziewczyną = wstyd i upokorzenie, słabość i maniana, tak dziś nie mam zgody na to, by takie cechy jak miękkość, empatia i czucie miałyby być zdradą „nowoczesnej kobiecości”. To nie są jedyne cechy kobiet. Kobiety są też inne – wydaje mi się to oczywiste. Natomiast jestem już za duża, żeby ktokolwiek zawstydzał mnie tym, że jestem stereotypowo kobieca. Dopóki czerpię z tego radość i siłę – to moja sprawa. Nigdy tego nie wartościuję i nie narzucam innym.

Życzę nam wszystkim właśnie tego – realizowania siebie, takie, jakie jesteśmy. Podążania za tym, co nas woła. I jeśli mogę Wam coś obiecać, to praca, jaką wykonuję, jest na rzecz nas wszystkich – nie chcę nigdy narzucać, oceniać ani usadzać innych kobiet, bo wybierają dla siebie inaczej, niż ja wybieram dla siebie. W różnorodności widzę potęgę i siłę. Uczę się i przyglądam. Wiem też, że członkowie/członkinie społeczeństwa, które mają inne zasoby niż ja, wzbogacają je i że razem dzięki tym różnicom zrobimy WIĘCEJ, nie mniej. Dla siebie wybieram miękkość, pozwolenie sobie na słabość, a z wrażliwości czynię swoją moc.

A jaką kobietą Ty jesteś? Jaką chcesz być? Co jest Twoją supermocą? W czym uzupełniasz się z innymi? Co podziwiasz, ale zupełnie nie jest Twoje? Wspierajmy się w tym wzajemnie. Nie musimy grać na zasadach wymyślonych przez mniej niż 50% społeczeństwa. Nie musimy się dostosowywać. Możemy być sobą – kobietami. To jest nasza potęga.

Blum

...

3 komentarze

  1. Muszę przyznać, że mnie tym tekstem rozbroiłaś w pewnym sensie. Jestem w takim momencie życia, że znowu „siebie” jaka by ta „swojość” nie była szukam. Ta kobiecość była kiedyś jak taka mucha, teraz nie ma jakiegoś mega znaczenia, ale staram się temat odkryć na nowo…

  2. To dla mnie trudne. Bardzo nie lubię tego, że jestem kobietą, codziennie zadaje sobie pytanie co takiego strasznego zrobiłam, że musiałm się urodzić w tym wstrętnym ciele. Miałam okres w życiu kiedy walczyłam z mężczynami na ich patriarchalnych zasadach. Również uwodząc i wykorzystując swoje piękne według ich norm ciało żeby mieć władze. Bardzo mnie to pokaleczyło. Potem postanowiłam żyć w swoim utopijnym świecie, w którym płci nie ma. Po prostu zachowywać się tak jakby to wszystko nie istniało. Do tej pory tak o sobie myślę, myślę to nie ona, automatycznie. Ale zrozumiałam, że mimo że płeć jest tylko kulturowa i oczywiście nie istnieje nic takiego jak kobiece i męskie jakości w sensie obiektywnym, to one istnieją w mojej kulturze i nie znikną dlatego, że będę bardzo tego chciała. Teraz jestem na etapie, że staram się z tym zmierzyć, zrozumieć czym to jest dla mnie. Myślę, że w tej kulturowej kobiecości jest mądrość. Nie chcę rywalizować z mężczynami w ich patriarchalnych strukturach, bo to umacnia te struktury. Chcę tworzyć inne, wynikające z mojego kulturowego doświadczenia. Mam bolesną świadomość, że jako artystka czego bym nie robiła, nie będę tak dobra jak artysta, bo ostatnie kilka tysięcy lat kultury było tworzone przez ludzi o męskim doświadczeniu kulturowym. Ale mogę dołożyć cegiełkę do zmiany, do nowego. W życiu prywatnym jest mi o wiele trudniej złapać dystans do tego. Właśnie podjęłam życiowe decyzje, które sprawiają że jestem w najbardziej patriarchalnym możliwym układzie międzyludzkim. Jestem absolutnie zależna od mężczyzny, życiowo, zawodowo i finansowo, będę zajmować się sztuką, domem i dziećmi, w dodatku jestem w jakiejś dziwnej patchworkowej poli relacji. Odpowiada mi to, ale z tyłu głowy mam ciągły lęk, że pójdę do jakiegoś piekła dla nieprawdziwych feministek. I nie wiem czy mogę pozwolić sobie na to, że po prostu lubię jak ktoś podejmuje za mnie decyzje, nie lubię być na świeczniku, nie lubię zarządzać ludźmi i nie lubię myśleć o pieniądzach. Za to lubię być oddana w pracy, robić małą żmudną dłubaninę, czuję ulgę gdy mogę wykonywać polecenia kogoś kto ogarnia lepiej niż ja, być empatyczna i współodczuwająca w relacjach, tworzyć piękno wymagające pracy rąk. Nie wiem czy po
    winnam z tym walczyć bo to uwewnętrzniony patriarchat czy mogę sobie to odpuścić i robić to co mnie uszczęśliwia. Czasami myślę sobie po prostu, że patriarchat zrobił mi w życiu tyle krzywdy, że już nie chcę się dodatkowo unieszczęśliwiać walką z nim, żeby zdobyć pierwsze miejsce w konkursie na najbardziej feministyczną feministkę.

  3. Blum

    Pstra – zapewniam Cię, że nie musisz być najprawdziwszą z feministek 😉 i że Twoje wybory są dobre, bo są Twoje. Na dziś są takie, jutro może będą inne? Nie znaczy lepsze, ani gorsze – inne. Dla mnie ważne jest, żeby mieć swój backup finansowy, swoich przyjaciół, jakieś zasoby, poza zasobami dostarczanymi przez partnera. Ale uczę się i miękkości i tego, że po to jestem m.in. w związku, że nie muszę umieć i ogarniać w 100% wszystkiego i to jest bardzo ok.

Dodaj komentarz

.