Marta Streng z mężem w ich szwedzkim mieszkaniu.

Z Martą Moosie Streng miałam okazję poznać się przy okazji sesji foto dla marki Tyszert. Zdjęcia miały miejsce w małym domku pod Sztokholmem, a ostatni dzień spędziliśmy w stolicy gdzie Moosie oprowadzała nas po mieście i raczyła szwedzkimi wypiekami. Wspólnie spędzony czas był dla mnie okazją, żeby przyjrzeć się szwedzkim zwyczajom, wypytać o lagom – szwedzkiego konkurenta hygge i podpytać Martę, jak Szwedzi (i ona) radzą sobie z szybko zapadającym zmrokiem i wietrzną pogodą. Mam nadzieję, że ta krótka rozmowa opatrzona pięknymi zdjęciami autorstwa Marty sprawi, że poczujecie miłe ciepełko i znajdziecie kilka pomysłów na przytulność.

Nie hygge a lagom. Opowiedz proszę o szwedzkim pomyśle na slow, przytulność i na miłe, spokojne życie.

Lagom, czyli „nie za dużo, nie za mało”. Nie do końca bezpośrednie przełożenie duńskiego hygge, które traktuje o przyjemnościach codzienności. Szwedzkie lagom wynosi styl życia na totalnie nowy poziom. Określa umiar absolutny, w każdej dziedzinie życia, w stosunku do siebie samych i innych. To wyważenie słów, działań, powściągliwość, umiarkowana ilość posiadanych rzeczy, brak nadmiernej emocjonalności (w każdą stronę), stonowany sposób ubierania się, czy spędzania wolnego czasu, pozwalają na szczęśliwe życie. Sztokholm jest jedyną, znaną mi, stolicą, która oddycha w rytmie slow. Lądując w centrum miasta, w samym środku tygodnia ma się wrażenie, że trafiło się do jakiejś peryferyjnej mieściny. Niekoniecznie ze względu na wszędobylską zieloność i wodę, które również wpływają na spokój ducha. Tutaj jest czas na wszystko. Na fikę (niejedną!) z przyjaciółmi (fika to przerwa na kawę — przyp. Blum), w środku zabieganego dnia, na godzinny lunch w trakcie pracy, załatwianie sprawunków w bezpośpiechu, czy stanie w urzędowej kolejce bez zniecierpliwionego tupania nogą (no… może nie dla przyjezdnych, z podkręconym temperamentem ; )). Początkowo ciężko było mi — osobie z natury niecierpliwej — zrozumieć i zaakceptować takie życie w trybie slow motion. Musiałam wszystko załatwić na już, teraz i biec dalej w nieznane. Pierwsze lata były małą męczarnią. Jednak nawet się nie obejrzałam, kiedy ten niespieszny tryb życia stał się moją rzeczywistością. Rzeczywistością, za którą dziś dziękuję. To dzięki Szwecji zwolniłam, zaczęłam smakować codzienność, cieszyć się jej drobiazgami i bardziej je doceniać. To dzięki niej odnajduję balans w codzienności i spokój w sercu. Nigdzie bardziej nie odpoczywam. I choć ta codzienność nie składa się z nieustannej fiki, pikników w parku, czy ognisk w lesie, to zdecydowanie pozwala być bliżej natury, a także bliżej siebie. Wciąż uczę się tego umiaru, który pozwala afirmować nie tylko samo miłość, ale także podkreśla, jak ważne jest pamiętanie o potrzebach drugiego człowieka, a to wszystko okraszone spokojnym oddechem po spacerze, będącym swoistą randką z przydomowym lasem.

W Szwecji w sezonie jesień-zima dość szybko robi się ciemno. Jak sobie z tym radzicie?

Rzeczywiście okres jesiennozimowy bywa trudny na północy, nie tylko dla przyjezdnych. Zwłaszcza po lecie, które rozpieszcza białymi nocami. Brak światła staje się bardzo szybko odczuwalny. I choć życie w Skandynawii wymaga dostosowania swojego biologicznego kalendarza do rytmu natury, Szwedzi umilają ten czas niezniszczalnymi klasykami. Poza witaminą D, której dawkowanie wzrasta w tym okresie, już w październiku premierę mają świąteczne lampki i masa wszelakich świec. To one rekompensują ciemne popołudnia i wieczory, zachęcając do zwinięcia się w koc z ukochanymi naparami w ręku. No i nastrajają powoli na ulubiony, świąteczny czas, do którego chętnie jesienią zaczyna się odliczać.

Przed pandemią, Szwedzi również rekompensowali sobie brak światła i wszechogarniający chłód, jesiennymi wakacjami w cieplejszych miejscach. To pozwalało doładować baterie na kilka miesięcy depresyjnego czasu.

Przytulny Home Office Marty.

Muszę przyznać, że mi osobiście nie doskwiera zbyt mocno nadchodzący czas. Znajduję w nim dużo dobra, z którego staram się coraz bardziej korzystać. Choć ze względu na moją pracę brak światła bywa utrapieniem czasem i zlecenia w obecnym czasie wymagają więcej kombinacji, ma to także swoje uroki. Bo fotograficznie jesienne światło jest najbardziej magiczne.

Szwecja wydała mi się bardzo wietrzna, czy mieszkańcy mają na to jakieś specjalne patenty? Czy podobnie jak Norwegowie uważacie, że nie ma złej pogody, są tylko źle ubrani?

Cała Skandynawia jednogłośnie rzecze, że nie ma złej pogody, są tylko złe ubrania. Szwedzi są bardzo aktywnym krajem, który swoje aktywności dostosowuje do pory roku. Jako kraj żyjący w totalnej symbiozie z naturą, większość z nich odbywa się właśnie na świeżym powietrzu.

Czy Szwedzi mają jakieś swoje rytuały lub specjalnie celebrowane momenty? W Krakowie zimą popularne są oscypki z żurawiną i grzane wino sprzedawane na targach miejskich. To mogą być potrawy, ale też święta lub aktywności fizyczyne — cokolwiek co jest charakterystyczne i co zaobserwowałaś.

Szwedzi są mistrzami słodkości. Może nie mają wybitnie restauracyjnych potraw, kuchnia szwedzka jest bardzo zeuropeizowana, w której można znaleźć wpływy różnych krajów (sami Szwedzi potrafią mówić o swojej kuchni, że „wzięli od innych i uczynili lepszym” ; )), ale wypieki są pierwszej klasy! Uroczym akcentem jest to, że wiele słodyczy ma tutaj swoje święto! Mamy Dzień Kladdkaki (ciasta czekoladowego), Dzień Semli — będący odpowiednikiem naszego Tłustego Czwartku (kardamonowych bułeczek przekładanych masą migdałową i śmietaną), czy Dzień Wafla (tudzież gofra ; )). Grudzień jest wyjątkowym czasem w Szwecji. Można wtedy odwiedzić liczne jarmarki świąteczne, na których serwuje się szwedzkie specjały, od mięs, serów, po ryby, chrupkie chlebki, musztardy, marmolady, jabłkowe soki, po wszelkie słodycze. Co jest fantastyczne, Szwedzi bardzo dużą wagę przykładają do lokalnych produktów i to one są najbardziej popularne w tym kraju. Mniej chętnie wybierają produkty zagraniczne, zwłaszcza spożywcze. 13.12 obchodzone jest również Święto Łucji, jedno z najważniejszych w roku, które obowiązkowo świętuje się bułeczkami szafranowymi i glöggiem (grzanym winem). Grudzień to też czas Julmustów — odpowiednika coli zwieńczonej posmakiem karmelu.

A jakie są Twoje rytuały związane z przytulnością jesienią i zimą?

Przyznam, że mocno się „szwedzę”, jeśli chodzi o spędzanie czasu w tym okresie. Od pierwszych jesiennych dni królują u mnie jesienne napary, z dużą ilością miodu i przypraw, a także wzmożone pieczenie słodkości. Lubię jednak mieć swoje małe rytuały, rozpoczynając dzień relaksującą muzyką i ulubionym kadzidełkiem, szklanką ciepłej wody z cytryną, ciepłym i spokojnym śniadaniem. W ciągu dnia wyjątkowo dbam o to, by nie zabrakło dobrej herbaty, podczas pracy w moim home office. Pozwalam ciału zwalniać, po intensywnym lecie, zatem wieczory są już nieco bardziej leniwe, domowe, przytulne, w rozświetlonym świetle lampek i świeczek, z kotem na kolanach i Przyjaciółmi w tle, czy książką w ręku. Takie banały, jednak to one pozwalają utrzymać równowagę i wprowadzać zdrowe lagom do swojej codzienności.


Uprosiłam też Martę o przepis na szwedzkie, cynamonowe bułeczki, bo jak przytulność to przecież również dom pachnący ciastem i pełny brzuszek. Marta upiekła je dla nas i mogę z ręką na sercu powiedzieć, że to sprawdzony przepis 🙂


KANELBULLAR SZWEDZKIE CYNAMONOWE BUŁECZKI


składniki na ciasto
400g mąki tortowej
szklanka ciepłego mleka
25g świeżych drożdży
4 łyżki cukru kryształ
100g roztopionego masła
szczypta soli
nadzienie
150g miękkiego masła
6 łyżek cukru kryształ (opcjonalnie trzcinowy)
2 łyżki cynamonu
dodatkowo
roztrzepane jajko
cukier perlisty
Pokruszone drożdże mieszamy z ciepłym mlekiem oraz cukrem, do rozpuszczenia. Wlewamy to do miski, dodajemy roztopione masło, sól oraz mąkę. Wyrabiamy ciasto aż będzie jednolite i przestanie się kleić (trzeba je wyrabiać na wyczucie, możliwe, że przyda się odrobinę więcej mąki). Formujemy ciasto w kulę, pozostawiamy w misce i przykrywamy ją wilgotną ściereczką. Odstawiamy na niecała godzinę, żeby wyrosło.
Po wyrośnięciu zagniatamy ciasto i rozwałkowujemy je na długi prostokąt, około 30cm na krótszym boku.
W tym samym czasie wyrabiamy nadzienie. Mieszamy masło z cukrem oraz cynamonem na jednolitą masę, którą potem grubo smarujemy ciasto, po całej długości. Zostawiamy tylko ok 2cm marginesu wzdłuż dłuższego boku, które smarujemy roztrzepanym jajkiem, aby ciasto się skleiło. Ostrożnie rolujemy ciasto, począwszy od dłuższego boku, kończąc na marginesie.
Gotowy, piękny rulon kroimy na 2-centymetrowe kawałki, które układamy w odstępach na blaszce z papierem do pieczenia (jak na zdjęciu powyżej, buły trochę wyrosną zatem dobrze dać im odrobinę oddechu między sobą :)).Bułeczki pieczemy do zarumienienia (niecałe 10min, ale jako że każdy piekarnik jest inny, warto pilnować ciasta!) w temperaturze 250 stopni.


...

2 komentarze

  1. No to jak u nas w Gdyni. Miasto gdzie las i miasto miesza się ze sobą, jest zimne morze, piękne klify, spokój, wiatr i przestrzeń.

Dodaj komentarz

This error message is only visible to WordPress admins

Error: No posts found.

Make sure this account has posts available on instagram.com.

.