_DSC7208

Mam trzydzieści lat i się godzę. Godze się z coraz większa ilością rzeczy, zjawisk i postaw. Godzę się z tym, że moje brwi mogą rosnąć nie regulowane, nie przycinane do żadnego kształtu i że ja mogę robić to samo.

Godzę się na moje piersi bez ram stanika, pogodziłam się również z tym, że nie jestem laską, która będzie nosić obcasy. Zwyczajnie ich nie lubię. To moje ciało, moje ciało. Z jego pierwszymi siwymi włosami, ze zmarszczkami wokół oczu, których nie lubię, lecz z którymi się godzę. Godzę się nawet, choć niechętnie, z tym, że się zużywam w sposób gorszy niż zanik kolagenu. Mój kręgosłup zużył się trochę od prac biurowych, palce u stóp delikatnie zmiażdżyły pod ciężarem tych trzydziestu lat, tak jest. Ale godzę się nie tylko z tym. Godze się też z faktem, że nie będę żyła życiami, które kiedyś sobie wyśniłam, a było tych żyć multum. Że pewne pasje, o których myslałam, że będą moje, że są idealne, że mogę ich nigdy nie spróbować, a na pewno nie znajdę tyle czasu, żeby zdobyć w nich mistrzostwo i… że to okej. Pogodziłam się z tym, że Polska to nie Kalifornia. I… lubię to.

Wszyscy kochają narzekać na Polskę. Że polityka sraka, a pogoda owaka, że ceny wysokie… a ja się cieszę. Ciesze się bo Pieniny są tak inne przecież niż Tatry. Cieszę się, bo lata całe nie byłam na Mazurach, a w tym roku bym chciała. Mamy morze i tak wiele lasów! Złotą jesień, miesiące zła i chlapy, ale też śnieg. A kiedy pada śnieg, na moim podwórku są wróble, gawrony, sroki, sikorki i nawet zaplątał się jeden dzwoniec, którego musiałam postalkować w googlu, bo nie rozpoznałam czym jest ten śmieszny bękart wróbla i kanarka. Pogodziłam się z Polską, bo zobaczyłam ile ma do zaoferowania, jak bogaty jest nasz język, ile powstaje tu biznesów, kosmetyków, ubrań, obrazów, ceramiki, pism! Pogodziłam się z Polską, bo co środę przychodzą do nas ludzie, tylko po to, żeby posiedzieć, napić się wina, pomarznąć na papierosie na balkonie. Ze zdziwieniem myślę wtedy o tej Warszawie tak pędzącej, gdzie człowiek czuje się anonimowy, bo ja tu tego nie mam. Dalej marzę o Bali, może o Tajlandii, na pewno o Australii. Ale na chwilę, jak na krótki romans. Nie chcę wyjeżdżać z Polski, ani jej przemocą zmieniać, po prostu delikatnie na nią wpływam, tak jak i na siebie. Dałam jej większy luz, nawet jeśli społeczeństwo ma emocjonalny cellulit. Spoko.

I podoba mi się pierwsza okładka polskiego Vogue. Właśnie za brutalną i majestatyczną szarość. Za sowiecką zimę, za ten wschód, który się tu czuje, gdy opadną liście. Za brutalną elegancję, inną niż ta południowa. A kiedy wyjdziesz poza okładkę nawet za

walonki

czapki z futra, które noszą stare dziadki

małe kundelki bez nogi

i drogie zagraniczne samochody.

Nie mam kompleksów, niewiele mnie drażni, lubię być tu. W sobie. I w Polsce.

Author

6 komentarzy

  1. Blum

    Wszystkie przepisy na osiędbanie in and out jest z serca 🙂

  2. Wspaniały wpis! Ja mam podobnie – kocham siebie i kocham nasz kraj, mimo że jasne, zmieniałabym i w sobie, i w Polsce wiele rzeczy.
    Ktoś kiedyś powiedział o naszym kraju coś takiego, że (parafrazując) z daleka być może taka nowoczesna, bogata i proekologiczna Szwecja wydaje się rajem, ale i tak woli Pl, bo wzbudza w nim EMOCJE – czasem dobre, czasem złe, czasem sentyment, czasem obrzydzenie – ale przynajmniej są to żywe emocje, bez których życie jest nudne! Ja czuję tak samo <3

  3. tak prosto. a tak dobrze. i na sercu się jakoś lżej zrobiło, pomimo, że za oknem szaro. i aż tego wina się chce bardziej.

Dodaj komentarz