jared-rice-388260-unsplash

Medytowanie zawsze wydawało mi się nudne i nadęte. Pseudouduchowione. Zakręcone i bardzo new age. Wszystkie próby medytacji kończyły się irytacją i znudzeniem. Po co w ogóle ktokolwiek miałby chcieć medytować? Po latach jednak odnalazłam w medytacji wspaniałe narzędzie. Co mi daje i jak medytować opowiem Ci niżej. Chodź. Nawet jak jesteś punkiem. Będzie fajnie, obiecuję!

Najważniejszą refleksją jaką dała mi medytacja, jest ta, że oto NIE JESTEM MOIMI EMOCJAMI. Nie jestem moimi myślami. Owszem myślę, czuję, ale nie jestem w istocie ani jednym ani drugim. Co nie znaczy, że mam zacząć tłumić uczucia albo przestać myśleć. Chodzi tylko o to, żeby znaleźć się w swoim centrum (o którym więcej pisałam TU) i zrozumieć, że istota mojego JA to jakby niebo, a emocje i myśli są jak chmury. Przepływają po niebie, mają przepływać, mogą je nawet głęboko zasnuwać, ale nie są one nigdy niebem.

To dało mi ogromną wolność. Z osoby depresyjnej i spiętej, stałam się osobą radosną i bardziej zrelaksowaną. Bardziej ufną. Lepiej znającą siebie. Teraz zły dzień to zły dzień, wkurw to wkurw, nie ma już powodu żeby uważać, że zły dzień to złe życie. Dzięki temu nie identyfikuję się ze swoimi stanami, dystansuję się do nich, umiem się lepiej sobą zaopiekować, a przede wszystkim nie wpadam ze smutku w depresję, z lęku w nerwicę. Mogę mieć złamane serce, skołatane nerwy, brak wizji, gonitwę myśli i mimo to żyć. I to całkiem nieźle żyć.

JAK MEDYTOWAĆ?

Medytować można na wiele sposobów. Można z muzyką, można wizualizować.  Najlepiej medytuje mi się zaraz po przebudzeniu lub bezpośrednio po powrocie z pracy. Czasem dwa razy dziennie. Poświęcam na to do 20 minut jednorazowo, zazwyczaj 15, a zaczynałam od 7. Medytuję w ciszy. Siadam po turecku, ubieram się tak by nie czuć chłodu, nastawiam budzik, zamykam oczy i czekam…

Celem medytacji jest oddzielenie się od swoich uczuć i emocji. Bycie obserwatorem. Przez pierwsze siedem minut moja głowa jest jak torebka z popcornem. Pow, pow, pow – myśli wybuchają szybko. Sekretem jest to, żeby za nimi nie podążać. Oglądać je jak pokaz fajerwerków. Mmm, mmm, mm praca, gdzie wsadziłam te dokumenty, orany pit, wysłać pity, telefon, zapłać za telefon, czemu on nie dzwoni? Czy on mnie kocha? Czy w ogóle ktoś mnie kocha? Co u taty? Czy Sara potwierdziła wspólny obiad? Oooo, jest mi tak smutno, nie wiem co robić. Co robić z życiem? Pow – pow – pow. Wszystko jest do dupy, nic się nie udaje. Pow. Myśli powoli gasną. Jeśli myśli nie myślisz, to znaczy nie kontynuujesz ich, one po prostu znikają i pojawiają się nowe. Aha, jestem smutna. Dobrze. Aha, jestem zła. O, tu jest dużo lęku. Aha. Puszczam. Macham im ręką na pożegnanie. Po 7 minutach totalnego pierdolnika w głowie coraz mniej uczuć i myśli napływa. Wtedy skupiam się na swoim oddechu i czuję się jak zaraz po skończeniu śnienia, a tuż przed przebudzeniem. Ciepło, błogo, na granicy snu i jawy. Wtedy zazwyczaj dzwoni budzik, że pora otwierać oczy.

CO DAJE MEDYTACJA?

Poza tym, że nie panikujesz, bo wiesz, że bałagan w głowie to tylko myśli i uczucia, że to przeminie, możesz monitorować to na bieżąco. Widzisz swoje ścieżki neuronowe. Zauważysz, jak myśl przeradza się w inną. Jak lęk przechodzi w agresję albo spirala się nakręca. Ale dzięki temu, że jesteś obserwatorem (z początku trudno Ci będzie nie śledzić myśli, a tylko pozwalać im przepływać, ale praktyka czyni mistrza) i puszczasz te myśli, trenujesz w pewnym sensie na sucho. Kiedy więc w świecie realnym zacznie być Ci smutno albo zaczniesz się niepokoić czy wściekać, szybko to rozpoznasz, przypomnisz sobie, że ten stan to ten stan, który już znasz i masz to obcykane i łatwiej zrobisz krok w tył. Nie musisz się od razu wkurzyć albo załamać. Dużo łatwiej jest Ci wtedy przejść z zaangażowanego, rozemocjonowanego człowieka, w tryb obserwatora. Spowolnić reakcję. Uspokoić się i przede wszystkim nie zabrnąć.

Gdybym miała powiedzieć — dla mnie medytacja jest jak sprzątanie na bieżąco. Pomaga mi uniknąć załamań. Dzień po dniu wiem, co czuję i myślę, łatwiej mi wtedy świadomie kształtować zdrowe nawyki myślowe i nie zapędzać się w kozi róg, kiedy myśli jest już tak dużo, że nakrywają głowę.

A Ty? Próbowałaś? Masz jakieś spostrzeżenia? Jaki rodzaj medytacji działa dla Ciebie najlepiej? Opowiesz mi w komentarzu?

Author

7 komentarzy

  1. Podobnie. Piętnaście – dwadzieścia minut, w jakimś spokojnym punkcie dnia, na przykład po obiedzie. I muszę być wtedy sama w domu. Z tym że ja mam ten problem, że zasypiam i niejednokrotnie moja medytacja kończyła się drzemką na kanapie. Widać organizm potrzebuje 😉
    I znów podobnie, obserwowanie myśli i emocji pozwala oddzielić je od tego, kim naprawdę jestem. Wycisza i uspokaja. Nie medytuję niestety codziennie, ale bardzo bym chciała i będę szła w tym kierunku 🙂

  2. Hej Bli. Potwierdzam Szukalam sposobu na radzenie sobie ze stresem i okazuje sie ze to jest najlepsze. i ze przestalam tez wstawiac siebie pod taka presje. … pytanie. Ok 10 minuty zwykle zaczynam czuc takie mrowienie w skroniach. cos takiego jakby przeplyw jakiegos impulsu na przestrzeni 5 cm po liniach… smieszne jest to mrowienie. Zwykle koreluje sie z oproznieniem glowy ze wszystkich mysli. Wy tez tak macie? Pytalam mojego chlopaka i on tego zupelnie nie odczuwa :-). Zastanawiam sie co to moze byc 🙂

  3. WróbelZwyczajny

    Idealnie trafiłaś z tym postem! Ja pierwsze podejście do medytacji zrobiłam już jakiś czas temu i chociaż była ona dosyć chaotyczna (no bo czego można się spodziewać na początku?), to i tak odczuwałam znaczną różnicę w swoim nastroju i ogólnym funkcjonowaniu. Mimo że było to tylko coś koło 10 minut, to zawsze po takiej sesji czułam się dużo lżejsza, radośniejsza i zmotywowana do działania. Problemem była jednak u mnie systematyczność. Nie potrafiłam ustalić sobie konkretnej pory dnia, więc raz medytowałam z samego rana, innym zaś razem robiłam to tuż przed snem i było dobrze, dopóki w ogóle to robiłam. W którymś momencie jednak na głowę zrzuciły mi się nowe obowiązki i jakoś tak ta moja medytacja odeszła stopniowo w zapomnienie… Jednak teraz zaczyna mi już jej brakować i mam zamiar znowu zacząć medytować, tylko może tym razem już bardziej systematycznie? Tym bardziej, że jestem świeżo po lekturze książki „Jedź, módl się, kochaj”, gdzie temat medytacji stanowi znaczą jej część, więc już w ogóle czuję się zainspirowana, a teraz jeszcze Twój tekst! To tak, jakby los z każdej strony dawał mi znaki 🙂
    W każdym razie ja też do medytacji potrzebuję absolutnej ciszy. Zupełnie nie umiem się skupić, gdy wokół jest hałas. Raz zaliczyłam poranną medytację w pobliskim lasku i muszę przyznać, że akurat leśny harmider działa totalnie odprężająco, ale jeśli jestem akurat w mieszkaniu, to musi panować zupełna cisza.

  4. To jest wlasnie to czego pragne ale boje sie ze rozwali mi leb eksplozja rodem z Kingsmena,gdzie na koncu filmu glowy ludziom wybuchają plejadą kolorowych fajerwerków.
    Konkretyzujac – jestem na tak. Na początku jak slepiec po omacku wyczuc wlasną metodę i trwać w niej, póki działa.
    Hehe. W razie potrzeby, nie bac sie modyfikowac.

    Zapraszam Cie do siebie na moj swiezy post odnosnie spokoju bedacego szczesciem. Ciekawa jestem Twojego zdania.

    http://souldualism.blogspot.com/2016/03/spokoj-czym-jest-i-dlaczego-moze-byc.html

    Energetyzujace buziaki.
    Sophie

  5. Aaa Blum i jeszcze jedno. Czytam 40 zasad miłości. Ta książka wpadła w moje ręce w bardzo dobrym czasie a znalazłam ją u Ciebie. Za co bardzo chciałam Ci podziękować, bo na nowo otwierają się we mnie drzwiczki, które okrył już kurz, po tym jak z kopa je zamknęłam.

    Też chce Ci jedną polecić.

    Księga Mirdada. Spodoba Ci się 🙂

  6. A ja odkryłam taką appkę Calm, wkładam sobie słuchawki w uszy i w pozycji leżącej odpływam [leżącej, bo pół roku temu byłam na lekcjach jogi i tam na leżąco medytowaliśmy – plus jestem leń i tak mi najbardziej pasuje]. Tak czy siak, zauważyłam, że stosując ją przed i po pracy, a czasem na spontanie, czuję się jakby mniej depresyjnie i lepiej mi. Uwielbiam to uczucie, kiedy wracam do życia, otwieram powoli oczy i okazuje się, ze przed chwilą totalnie odpłynęłam, moje ciało jest lekkie, jakby z 5 cm nad ziemią się unosi, kłębowisko uporczywych myśli się rozpłynęło 🙂

  7. Preferuję kirtan czyli medytację w śpiewie. Najchętniej w grupie i z muzyką na żywo 🙂 jest to dla mnie najłatwiejsza forma i dająca wiele radości.
    Wcześniej nigdy nie pomyślałabym, że śpiewanie to coś dla mnie. Na zajęcia trafiłam przypadkiem, idąc na warsztaty wege-gotowania. Spodziewałam się, że wszyscy będą pięknie śpiewać, więc ja tylko ruszać ustami, żeby tego nie psuć 😉 tymczasem okazało się, że ludzie śpiewali przeróżnie i nikt na fałszujących nie zwracał uwagi. Taka możliwośc wydobycia z siebie głosu w grupie też była dla mnie bardzo pozytywnym doświadczeniem.

Dodaj komentarz