Blimsien-decyzje
fot. Agnieszka Wanat

Zastanawiam się czasem, czy wychowano mnie, żeby mi było w życiu dobrze, czy raczej, żebym była grzeczną dziewczynką. Później to rodzi dysonans u rodziców, zdziwienie: dlaczego moje dziecko nie jest TAKIM dorosłym, jakbym tego dla niego chciał. Jakim?

Asertywnym.

Słuchającym głosu swojego serca.

Dokonującym swoich wyborów.

Ponoszącym ryzyko.

Umiejącym przyjąć konsekwencje tego ryzyka.

Stawiającym zdrowe granice.

Elastycznym.

Wybierającym związki bez przemocy.

Szczęśliwym.

Przyjrzyjmy się temu na szybko:

W moim pokoleniu dzieci nie mogły mieć swojego zdania. Dominującym argumentem było: nie bo nie, tak, bo tak, rób tak, bo ja tak mówię i nieśmiertelne: nie dyskutuj.

Ciężko słuchać głosu swojego serca, kiedy głowę rodzica przepełnia plątanina pomysłów i wizji, na to, jakie ma być jego dziecko, co lubić, jaki mieć temperament.

Jak stawiać granice, kiedy jest się jako dziecko bitym dla swojego dobra? Jak potem postawić granicę szefowi? Rządowi? Silniejszemu od siebie?

Jak kochać siebie i wybierać związki bez przemocy, skoro jako dzieci byliśmy uczeni, że czy ci dobrze, czy nie, musisz w tym być, to twój dom, tak jest i już?

Jak usłyszeć swoje serce i swoje ciało, skoro od dziecka nie wolno było o nim decydować? Masz zjeść do końca. Zjedz mięsko, ziemniaczki zostaw. Będziesz siedzieć, dopóki nie zjesz. Musisz się ubrać ciepło, bo ja wiem, że tobie jest zimno.

I w końcu: jak być elastycznym, kiedy zostało się nauczonym KONSEKWENCJI, CIĘŻKIEJ PRACY i tego, że nie wolno zawodzić? Kiedyś rodziców, w dorosłym życiu siebie.

I nagle to zdziwienie, że moje dziecko, krwawica moja w dorosłym życiu jest połamane, krzywo pozrastane, prostujące się latami na terapiach.

Chcę dziś opowiedzieć Wam o swoich refleksjach dotyczących bycia konsekwentną. U mnie konsekwencja bardzo łączy się z niechęcią do podejmowania ryzyka i dawniej – do podejmowania decyzji. Skoro mam być konsekwentna i nie mogę zawieść, muszę wiedzieć na 100%, czego chcę, no i że udźwignę. Pewnie dlatego nie mam kredytu, dziecka, ślubu. Dlatego męczyłam się w pracy, gdzie szefowa była skrajnie niefajna prawie pięć lat, dlatego w toksycznym związku spędziłam kiedyś aż 1,5 roku i dlatego czytałam każdą kijową książkę do końca i oglądałam do końca najpodlejszy nawet film.

Jakaś wgrywka z dzieciństwa nie pozwalała mi zmienić zdania. Nie chciałam wymiękać na robocie. Dlaczego?

Bo zmiana decyzji byłaby stemplem z wielkim, czerwonym napisem:

PORAŻKA

A ja nie chciałam czuć się przegrana. Kto nie udźwignie? Ja nie udźwignę? I dźwigałam, na własne życzenie i często ponad swoje siły. Aż nagle dojrzałam. To takie fajne, bo to się działo niezauważalnie dla mnie samej w jakimś alchemicznym procesie. Efekt końcowy został wyekstrahowany przez jedno infantylne pytanie:

CO, JEŚLI W 2050 NAPRAWDĘ ŻYCIE, JAKIE ZNAMY, NIE BĘDZIE ISTNIAŁO NA TEJ PLANECIE?

Pytanie banalne, ale dla mnie jak sole trzeźwiące. Gdybym miała jeszcze 30 lat życia, gdyby miały przyjść wojny, susze, powodzie i migracje, nie chcę, nie mogę tak, jak żyję teraz. A potem na mniejszą skalę: co ważne jest teraz? O czym śpiewa moja dusza? Co pojawia się w moich snach? Tych, które śnię od pół roku, albo nawet dłużej? Tych, w którym mam pozwolić tygrysowi zjeść czasem żyrafę? Co sprawia, że moje serce śpiewa? Że błyszczą mi oczy? Za czym tęsknię? Co mnie odżywia. I w końcu – co wybieram?

I iluzje odpadały sprzed moich oczu i została nieprzefiltrowana, niekoloryzowana naga prawda. Moja prawda. Stało się jasne, co trzeba zrobić, dokąd iść i co powiedzieć. Na wewnętrzne mapy zostały naniesione nowe granice, a podziemna rzeka, która wypływała na powierzchnię, wymagała odzyskania swojego naturalnego koryta, żeby mogła rozlewać się po brzegach i zasilać intuicją działania w rzeczywistości.

Stało się jasne, że niektórzy odejdą, że praca będzie musiała się przeformułować. Tylko że lęk zniknął całkowicie, a pojawiło się zaufanie i pewność, że najważniejsze, co potrzeba do tej zmiany, już mam. Mam siebie. To głębokie zaufanie do siebie i do prowadzenia mojej duszy pozwoliło mi, pozbyć się żalu i dokonać nowych decyzji, nieważne, ile to będzie kosztowało.

Znam już koszt niepodążania za duszą. Znam targowanie się umysłu, który jak domokrążca w lśniących butach obiecuje nowe i nowe profity, jeśli tylko wybiorę bezpieczną opcję. Umysł zaprojektowany jest tak, żeby wybierać to, co zna, generuje lęki i wyświetla je pod powiekami, krzyczy do ucha: nie idź tam, nie idź! Dlatego, że rolą umysłu jest utrzymać nas przy życiu. Ogarniać. Jednak zawężając życie i wybory do arkusza w Excelu człowiek usycha, kurczy się, marnieje, zatraca swój blask i potencjał. Tej ceny nie byłam w stanie zapłacić. Zbyt wiele lat spędziłam w tej krainie.

Poczułam, że mogę zmienić zdanie – z lekkością! Że już dłużej nie czuję powinności, by kontynuować ścieżki, które mi nie służą, ale też, jestem na tyle dojrzała, żeby nie deprecjonować dawnych wyborów. Tak chciałam, tak mnie karmiło, taki los wybrałam, taki decyzje podjęłam. Na tamten czas dobre, jedyne możliwe, potrzebne. Dziękuję za nie, dziękuję za mądrość, którą wyniosłam i za drogowskazy na przyszłość, a teraz wybieram inaczej.

Co sprawia, że znów błyszczę i lśnię takim blaskiem, co przebija gdzieś spod skóry? Przypomnienie sobie, że moje życie, życie każdego z nas nie jest fotografią, tabelką, wykazem, ani osią! Nie będzie jednego zdjęcia, na którym mam męża, karierę, mieszkanie w centrum ulubionego miasta, domek na wsi, szalony seks, dziecko, psa, zdrowie i kurę. Nie. Życie jest jak rzeka i będzie płynąć raz wartko, raz leniwie, raz wylewać poza koryto, wpadać w las, zasilać łąki, zmierzać do morza. Będzie różnie i cała zabawa jest właśnie w procesie! Tak jak w surfowaniu nie chodzi o ciągłym byciu na grzbiecie fali zaraz po stanięciu na desce, tak w życiu nie chodzi o ten jeden moment, kiedy wszystko się układa i jest w wersji LUX. Dlaczego tak rozpaczliwie czasem próbuję doprowadzić do tego momentu, a potem za wszelką cenę go utrzymać?

A skoro nie chodzi o punkt na osi (za którym jest już tylko degeneracja, bo tak, będziemy się starzeć, przechodzić na emeryturę i niedołężnieć) to dlaczego nie mogę cieszyć się już teraz? A skoro nie zmierzam do tego jednego kadru, do tej piłki wyrzuconej podczas żonglowania w górę, nie muszę kurczowo trzymać się dróg, które mają mnie tam doprowadzić. Mogę zmienić decyzję i to nie jest porażką.

Zmiana decyzji jest sukcesem. Jest pokłonem wobec siebie. Jest szacunkiem dla własnego wnętrza. Nie świadczy o braku konsekwencji, bo jeśli jakąś konsekwencję wybierać, to tylko konsekwentne realizowanie misji swojej duszy.

Podobało mi się, dziękuję i jestem gotowa na więcej.


Podobają Ci się teksty ze ścieżki serca? Dołącz na Patronite i zyskaj dostęp do bardziej osobistych tekstów i listów, które piszę co miesiąc:

baner

...

8 komentarzy

  1. Swietny tekst❤️
    Wlasnie czegos takiego potrzebowalam!
    Dziekuje❤️

  2. Bardzo dobry tekst. Tak a propos wychowania, to strasznie wkurzające są te wszystkie teksty i memy typu „Jakie to były czasy w latach 80-90, nas bili i wyrośliśmy na porządnych ludzi”. No może i porządnych, ale za to często nieszczęśliwych i nieradzących sobie z życiem.

  3. Nigdy nie komentuję…
    Dziś odebrało mi mowę, zabolało, zakuło.

    Na pewno wrócę do tego tekstu, jest jak znak.
    Dziś w nocy mąż po raz kolejny raz mnie uderzył. Zawsze obiecuję sobie, że ten następny będzie ostatni.

    Dziękuję….

  4. Konsekwencja to definicja sukcesu. Dla ciebie przykra szefowa to problem, a dla mnie trzydziestka na karku i proszenie obcych o datki na patronite to problem. Niektorym spelnienie daje sukces osiagniety ciezka praca. Kiedy zycie dociera do momentu w ktorym masz ochote z czegos zrezygnowac dla swietego spokoju, zycie wygywaja ci, ktorzy sie nie poddaja.twoja postara bardziej brzmi jak dziadzienie, bo jedynym celem w zyciu jest juz tylko swiety spokoj. Polecam wyjsc czasem ze strefy komfortu, to daje satysfakcje. I co smieszne, jestesmy z tego samego pokolenia.

  5. Blum

    Ty widzisz to tak, ja widzę całkiem inaczej. Nie jest dla mnie definicją sukcesu przystawianie drabiny do ściany, która mnie nie interesuje. Dojrzałością i definicją sukcesu jest sięganie po to, czego naprawdę się chce – ja wiem czego chcę, mam to policzone i nie boję się zmieniać decyzji, żeby nieustannie żyć tym, co mnie odżywia. Przetestowałam już opcję sztywności, gdzie za wszelką cenę idę po wyznaczone cele, nawet jeśli od dawna są nieaktualne – powodowało to przykre rozczarowania. Wiele wyniosłam z książki Danielle Laporte – Desire Map. Miałam czas zastanowić się, jaka prawdziwa potrzeba kryje się za pragnieniem danej pracy, danego przedmiotu, danego stylu życia – i zgłębienie, czy na pewno ten cel pozwoli ją zaspokoić, czy pasuje do mnie. Celem może być wolność, ale strategia jej osiągnięcia może być różna – od kupienia vana i ruszenia w świat, po ciężką pracę, by wcześniej przejść na emeryturę – bardzo różne sposoby, głupio byłoby nie mieć tego przemyślanego, nie zobaczyć tego, że być może wybieramy strategię, która nam nie służy lub w ogóle nie jest w stanie zaspokoić potrzeb, które z nią wiązaliśmy – i tu potrzebna jest zmiana decyzji, bo liczy się realizacja głębokiego pragnienia, a nie kurczowe trzymanie się strategi (dobrze zrozumiałam, że to nazywasz sukcesem?). To nie jest w ogóle o świętym spokoju. To jest o umiejętności widzenia rzeczy takich jakimi są, a nie jakimi chemy je widzieć i w dodatku odwaga, żeby nieustannie podążać z życiem nowymi ścieżkami – jak to jest dziadzenie to ja jestem święty Walenty.

    Co do reszty Twojej pyskówki nawet nie chce mi się odnosić. Nadal pracuj ciężko, nigdy nie zmieniaj zdania i ciesz się ze swojej nieomylności – tego Ci życzę 🙂 skoro właśnie to, Cię uszczęśliwia. Dla mnie byłby to przepis na klęskę.

Dodaj komentarz

.