william-hook-476194-unsplash

Jeśli to czytasz, zakładam się, że masz smartfona, bo to, że korzystasz z internetu, jest pewne. Szamani od ayahuaski ogłaszają się na Facebooku, a joginki medytują z przewodnictwem appek. Ja przez social media pracuję, ale też uczęszczam na kursy, konsultuję się i uczestniczę w webinarach. Zastanawiasz się czasem, jak to jest, że rozmawiasz o czymś ze znajomymi, a reklamy danego produktu śledzą Cię następnego dnia na Twoim wallu? Czy jesteśmy szpiegowani przez nasze komputery i telefony? Po co aplikacje chcą dostępu do naszych mikrofonów i aparatów? O to wszystko pytam u samego źródła. No dobra, nie, nie pytam Marka Zuckerberga. Pytam Sarę Maj, która zawodowo zajmuje się tworzeniem aplikacji i doskonale ogarnia temat nowych technologii. Sara powie Wam wszystko o bezpiecznym korzystaniu z nowych technologii oraz o tym, czy podglądają Was w jej firmie przez kamerę 😉


Muszę Ci powiedzieć, że jest coś, co mnie niepokoi. Ostatnio przydarzyło mi się coś dziwnego.

Co takiego?

Znajoma poprosiła mnie, żebym pomogła jej stworzyć DNA marki modowej. Zadałam jej mailowo kilka pytań, które miała przemyśleć i umówiłyśmy się na kolację, żeby je omówić. Pytałam m.in. o bezpośrednią konkurencję lub marki, które robią to, co ona chce robić i robią to dobrze. Na kolacji byłyśmy bez komputerów. Każda korzystała ze swojego własnego internetu. Ona pokazywała mi na monitorze marki, o które pytałam. Modowo całkiem poza moim zainteresowaniem. Jakie było moje zdziwienie, kiedy od tamtej pory, Facebook wyświetlał mi reklamy jednej z tych marek.

Jesteście znajomymi na Facebooku?

Tak. Bliskimi znajomymi.

I to zupełnie wystarczy, żeby Facebook skierował do Ciebie reklamy firm, które obserwuje lub akurat przeglądała Twoja znajoma. Jeśli do tego obie używacie geolokalizacji, a zgaduje, że tak, to algorytm wie, że bywacie w tych samych miejscach, macie prawdopodobnie podobne zainteresowania i należycie do podobnej grupy (wiekowej/płciowej/miejsce zamieszkania itd.) więc wyświetla Ci to, co interesuje koleżankę, o ile reklamodawca tak ustawił zasięgi, a mogę na 99% powiedzieć, że tak właśnie zrobił. Ot cała tajemnica. Zresztą bardzo łatwo to sprawdzić samemu.

Jak?

Pierwsza i najprostsza rzecz — kliknąć znak zapytania (najpierw trzy kropki) przy reklamie i w pytanie „dlaczego to widzę?” lub wymagająca trochę więcej zachodu — założyć darmowe konto reklamodawcy na Facebooku i spróbować samemu ustawić reklamę, tam można zobaczyć, w jaki sposób ustawiane są grupy docelowe i na jakiej podstawie użytkownikom później wyświetlają się reklamy. Można też poczytać regulamin, ale to już wymaga sporo czasu.

johCrP9y

Łeeee! Facebook mówi, że wyświetla mi reklamę gaci na Maffashion tylko dlatego, że jestem z Warszawy i w jego targecie wiekowym. Już miałam nadzieję, że na moim msg rozpoznał mnie jako seksowną kocicę, bo np. wysyłam nagie zdjęcia, albo dużo świntuszę.

Jest wiele teorii dotyczących zjawiska wyświetlania reklam na podstawie tego, o czym rozmawialiśmy, przy czym ta o podsłuchiwaniu nas przez Facebooka jest z czysto technologicznego punktu widzenia najbardziej nieprawdopodobna. Mówię tu o bardzo odklejonym od rzeczywistości science fiction. Co do podsłuchiwania nas przez komputer/telefon, to w zależności od ustawień już całkiem prawda, bez tego nie działałaby Siri czy Hello Google.

Trochę posmutniałam, ale nadal chcę wiedzieć… czy moje rozmowy są gdzieś zapisywane? Składowane?

Rozmawiamy nadal o rejestrowaniu rozmów przez Facebooka?

Mhm.

Dobra, jeśli chodzi o mistyczne „Facebook słucha moich rozmów”. Zacznijmy od podstaw, czyli od tego, że mimo bardzo zaawansowanej technologii, przetworzenie mowy na język rozumiany przez komputer jest nadal, mówiąc delikatnie kulawe i wie to każdy, kto próbował używać Siri, która rozumie co chce lub korzystać z automatycznych napisów na YouTube. Coś tam rozumieją, ale nadal niewiele. Teraz wyobraźmy sobie wszystkie języki świata. Dodajmy do tego wszystkie akcenty. Na to nałóżmy hałas dookoła nas i ekstrakcje głosu. Jeszcze wyobraźmy sobie rozpoznawanie głosu konkretnej osoby. Teraz wyobraźmy sobie serwer, który przyjmuje taką ilość danych (Facebook ma 2,3 miliarda AKTYWNYCH użytkowników, messenger 1,2 miliarda), przetwarza na coś zrozumiałego, wychwytuje słowa kluczowe, wypluwa tę informację i w zgrabnej formie pt. „Justyna Kokoszenko rozmawia o kubkach menstruacyjnych, czyli należy do grupy takiej i takiej” i serwuje ją reklamodawcy. Gdyby istniały takie serwery, znalibyśmy już wszystkie liczby pierwsze i żadne dowody na tezę Riemanna nie byłyby nam potrzebne. Poza tym musiałyby zajmować powierzchnie niewyobrażalnie ogromną. Zwyczajnie, nie mamy takich możliwości technologicznych. W takim razie, dlaczego Facebook wyświetla nam reklamy rzeczy, o których rozmawialiśmy, ale nigdy ich nie szukaliśmy? Z tych bardziej prawdopodobnych, choć mniej spiskowych teorii to na przykład:


  1. Po prostu jesteśmy w grupie docelowej.
  2. Nasi znajomi się tym interesują.
  3. Widzieliśmy te reklamy wcześniej, ale nie zwróciliśmy na nie uwagi, dopóki nie były tematem naszej rozmowy — swoją drogą to bardzo ciekawe zjawisko zwane fenomenem Baader-Meinhof.Polecam poczytać lub posłuchać np. tutaj.
  4. Facebook po prostu nas doskonale zna na podstawie tego co robimy tam codziennie i nie musi słyszeć, żeby „wiedzieć”, że jest to coś, co może nas interesować.
  5. Przykładowo kliknęliśmy link o jakimś sentymencie z lat 90, kilka dni później rozmawialiśmy ze znajomym o czymś, co przyszło nam do głowy po sznurkach dzięki tamtemu linkowi, Facebook wyświetla nam dokładnie to o czym rozmawialiśmy, ale nie dlatego, że nas słyszał, tylko dlatego, że zapisał, że interesują nas lata 90 i każdy, kto chce wyświetlać reklamy ludziom interesującym się latami 90, może trafić ze swoją reklamą do nas.

Wiesz, tak naprawdę może się wydawać, że pytam Cię o reklamy. Ale prawda jest taka, że chyba boimy się, co jeszcze może zostać zrobione z tymi danymi. Msg jest jak… jak pamięć, jak myśli. A jeśli faktycznie telefony i komputery nas szpiegują? Jesteśmy uzależnieni od nowych technologii i myślę, że bez znajomości nie tylko regulaminów, ale też danych, można sfreakować! Nie boimy się już hakerów, ale np. rządu i korporacji. Argument z internetu: treść twoich smsów wpływa na to, jakie strony, jako pierwsze wyświetlają ci się w Google, a treść rozmów na msg jest ekwiwalentem reklamowym i może wpływać na to co widzisz na instagramie i na Facebooku. Instagram i Facebook to już jedno korpo. Ale smsy?

Jeśli informacje z Twoich smsów są wykorzystywane do dopasowania wyników wyszukiwania to radzę po pierwsze zgłosić się do swojego operatora sieci komórkowej, po drugie złożyć zawiadomienie w prokuraturze. Jeśli godzimy się na korzystanie z messengera to sami, własnymi rękami, zaznaczamy, że godzimy się na terms and conditions, w których informacja o możliwości monitorowania wiadomości jest zawarta. Jeśli podpisujemy umowę z operatorem, nie godzimy się na nic takiego w związku z czym jest to nielegalne.

Teraz jak o tym mówisz… ja jako blogerka również mam analizę danych! Znam miasta, które najchętniej mnie czytają (pozdrawiam Kraków i Warszawę oraz Wrocław!), znam przedział wiekowy i płeć. Oczywiście nie znam szczegółów, tylko jak mówisz, jakieś widełki. Algorytmy myślą szybciej niż ja. Ponoć Facebook na podstawie naszej aktywności i tego, co piszemy na profilu lub msg lepiej przewidzi datę naszego rozstania niż my. Zmniejsza nam się ilość kliknięć, serduszek, a może słów kluczowych? W każdym razie ponoć jest w tym niezły.

There you go i to wszystko można sobie samemu wyszukać, nawet jak się nie ma strony. Wystarczy obejrzeć tutorial dla reklamodawców Google Ads, tutorial korzystania z Google Analytics lub nawet dużo bardziej zaawansowanych programów śledzących jak Hubspot czy Mixpanel. To są anonimowe dane. Nie ma tam żadnej pani Krysi, która siedzi i robi podśmiechujki pod nosem, że Justyna ogląda od godziny filmiki o wyciskaniu pryszczy. Są za to przepiękne algorytmy.

Ale jednocześnie obejrzałam video.

Tym razm chodzi o Google, bo akurat Facebook podczas przesłuchania Marka Zuckerberga oficjalnie oświadczył, że nie podsłuchuje swoich użytkowników. Google wyświetlił kolesiowi słowo klucz po tym, jak o nim opowiadał, mimo że wcześniej w ogóle się tym nie interesował. Nadal niepokojące.

Filmik, który widziałaś jest faktycznie trochę przerażający, ale wyjaśnienie już jest dość proste. Reklamy wyświetlane na stronach przez Google, są oparte na naszym profilu stworzonym przez Google na podstawie naszych wyszukiwań, kliknięć, lokalizacji oraz w przypadku użytkowników Androida, tego, co zbierze ich telefon. Znowu, dotyczy to tylko tego co robimy w obrębie strony Google i stron, które znajdują się w sieci Google. Jeśli ktoś bardzo chce się przed tym zabezpieczyć, wystarczy na komputerze zainstalować rozszerzenie do przeglądarki, np. takie i zmienić telefon na iPhone. Co do reagowania na dźwięk, jak wspomniałam wcześniej, telefony oczywiście zbierają dźwięk z otoczenia i zapisują to, co uda im się wychwycić. Wystarczy wyłączyć to w ustawieniach. Tutaj możemy się dowiedzieć wszystkiego co Google o nas wie.

Możemy odsłuchać nagrania, możemy włączyć lub wyłączyć opcje nagrywania czy lokalizowania nas. Pan włączył opcję nagrywania w swojej przeglądarce do zrobienia tego eksperymentu (ale taka opcja jest z natury wyłączona), później bardzo wyraźnie do mikrofonu powtarzał ten sam zestaw słów, co Google (czy z telefonu, czy z komputera, tego już nie wiem) wychwyciło i dopasowało do profilu tego użytkownika. Po kliknięciu w pierwszą taką reklamę algorytm oczywiście wyświetlał kolejne na następnych stronach. To cała tajemnica.

Chciałam zapytać, czy wiesz, dlaczego ludzie zaklejają kamerkę w laptopie. Ja nigdy tego nie robiłam więc wbiłam tę frazę w Google. Pojawiła się masa artykułów „koniecznie zaklej kamerkę w laptopie”. Mówiłyśmy trochę o samych danych i ich przetwarzaniu. Teraz nie jest to kwestia administratora, może raczej innych użytkowników, ale mamy przy sobie doskonałe szpiegowskie urządzenia. Wiesz, jaka jest szansa, że ktoś je wykorzysta, żeby nas nagrać lub podsłuchać? I czy sama zaklejasz swoją kamerkę?

Haha! Nie, nie zaklejam swojej kamerki, choć wielu moich znajomych to robi. Haker bez problemu może się dostać do obrazu z naszej kamery, NSA i inne instytucje rządowe, również mogą nas podglądać, podsłuchiwać i robić inne rzeczy. W zasadzie zawsze mogły, ale bez nakazu sądowego, takie informacje nie mogą być oczywiście wykorzystane przeciwko nam. Jeśli nie jesteśmy podejrzewani o morderstwo, terroryzm, budowanie bomby atomowej w piwnicy, to raczej nie mamy się czego obawiać, ale oczywiście jest to potężne narzędzie manipulacji i jakby się bardzo kogoś chciało wrobić w przestępstwo to są na to sposoby. Zaznaczam, że z nakazem sądowym również Facebook jest zobowiązany do udostępnienia np. treści rozmów dlatego jak już bardzo chcemy omawiać jak zniszczyć świat, radzę to robić przez połączenia szyfrowane. Nie czuję się z tym komfortowo, że mogę być obserwowana, ale z drugiej strony cieszę się, że można reagować na terroryzm czy pedofilię w sieci. Coś za coś. Tutaj jako ciekawostka w kwestii sądów, instytucji rządowych i dostępu do urządzeń polecam poczytać o sprawie terrorysty z San Bernardino i batalii sądowej pomiędzy Apple a FBI. Sama nie jestem przesadnie ostrożna, ale zdaje sobie z tego sprawę, że wszystko, co trafia do chmury, może być z niej wyciągnięte. Nie przejmuję się jakoś straszliwie swoją prywatnością, ale staram się być rozsądna, tworzyć bezpieczne hasła, nie wrzucać do internetu dowodów swoich zbrodni i nie sprzedawać narkotyków przez walla na Facebooku. A jeśli kogoś naprawdę interesuje jak dłubie w nosie to… no cóż.

Chciałabym jednak tu i pewnie jeszcze nieraz podkreślić jedno. To są NASZE dane i MY jesteśmy za nie odpowiedzialni więc rozsądek i jeszcze raz rozsądek. Jeśli coś jest podejrzane, nie dawajmy dostępu, jeśli jest coś czego nie chcemy udostępniać światu, nie trzymajmy tego na serwerach Facebooka czy nie wpisujmy w aplikacji. Oni nie mogą wykorzystać tych danych przeciwko nam, hakerzy jak najbardziej mogą sobie robić co tylko im się podoba, o czym boleśnie przekonało się niemałe grono celebrytek.

Czytelniczka pyta o odblokowywanie nowego IPhone’a za pomocą twarzy i odcisków palców. Czy jest prowadzona jakaś baza danych? Czy jesteśmy w jakiś sposób monitorowani przez Appla?

Zarówno odcisk palca, jak i mapa twarzy są przechowywane wyłącznie na fizycznym urządzeniu i tutaj nie ma się czego obawiać. Nie da się tych informacji wysłać, wyciągnąć ze skradzionego telefonu, zgrać, odzyskać ani nic podobnego. Jesteśmy notorycznie monitorowani, również na ulicach, temu nie zaprzeczam, ale Apple nie ma bazy naszych odcisków palców ani naszych twarzy. Jeszcze chciałabym podkreślić, że nie twierdzę, że nasze dane są w internecie bezpieczne, nie są, ale nie ma powodu, żeby wpadać w paranoje. Wszystkie informacje łatwo uzyskać, większość twórców aplikacji chętnie wyjaśni wątpliwości. Po prostu trzeba używać rozumu. Jeśli bardzo nam zależy na tym, żeby nikt nie korzystał z generowanych przez nas danych, to na szczęście istnieje opcja wylogowania, ale radzę chodząc po mieście spojrzeć do góry i zastanowić się, czy naprawdę jesteśmy w stanie chronić swoją prywatność, jeśli żyjemy w cywilizacji.

Wyjaśnij.

Żyjąc i chodząc po ulicy nigdy nie będziemy mieć 100% gwarancji prywatności. Nasze dane to waluta, którą płacimy za dostęp do pewnych usług i dodam, że ta waluta jest niewyobrażalnie wartościowa, ale nikt nas nie zmusza do korzystania z tych usług i do udostępniania tych danych. Nie ma konieczności posiadania konta na Facebooku, są też inne wyszukiwarki niż Google (wbrew pozorom to nie jest monopolista, choć ma najlepszy algorytm wyszukiwania). Można nic nie klikać, nigdzie się nie logować, można też zamieszkać w lesie i zerwać kontakty z panią z Żabki, która wie o nas niewiele mniej niż Facebook, ale można przede wszystkim rozsądnie zarządzać swoimi danymi i bezpieczeństwem w sieci. Zapewniam, że Facebook nam na konta bankowe nie zagląda, ogólnie jak podły nie byłby ten potwór to w ogóle nam nigdzie nie zagląda. Nie musi, dajemy mu wszystko na tacy sami i tu tkwi problem, nie w Dolinie Krzemowej. Oni nigdzie poza własny kod nie mogą technicznie spojrzeć. Co do banków to prawo jest tutaj dość ostre i nawet sam bank, jeśli ma jakąś analitykę zachowania swoich użytkowników, to ci użytkownicy to są tylko liczby i działa to tak, że ja sobie łażę i szukam kredytu na stronie banku, a pan Józio dostaje info, że ma dzwonić do tej i do tej i oferować kredyt, ale on nie może zobaczyć tego, co ja tam robię. Kiedyś obsługiwałam banki i miałam konto superadmina, to były wyłącznie ciągi liczb.

To porozmawiajmy teraz o danych w aplikacjach, bo to trochę inna sprawa niż dane tam, gdzie wyświetlają się reklamy profilowane. Sama korzystam z apki menstruacyjnej EVE i kocham ją właśnie za to, że mogę tam zapisać, kiedy opycham się czipsami, kiedy i jak długo mam okres, kiedy kochałam się bez zabezpieczenia, albo w ogóle robiłam coś, ale „banana free” to, że mam wszystkie te dane w jednym miejscu i nie jest to papierowy kalendarz, w którym zapisuję spotkania służbowe jest dla mnie ekstra. I nagle natykam się na TEN artykuł. Za każdym razem, kiedy ściągam potrzebną mi aplikację, żeby działała muszę wyrazić zgodę na jej liczne dostępy — do moich zdjęć, aparatu, mikrofonu, geolokalizacji i tak dalej… zawsze się zastanawiam, co to naprawdę znaczy. Jasne, że jakdojadę musi wiedzieć gdzie jestem, ale czy oni mogą przetwarzać te dane na swój własny użytek?

Co do dostępów aplikacji do różnych danych, dobrą praktyką jest wyjaśnianie przez twórców aplikacji, po co im dostęp do pewnych danych, ale niestety nie każdy to robi. Zazwyczaj jest to uzasadniona prośba, jeśli nie, możemy odmówić i ewentualnie dać dostęp później. Odpowiadając na pytanie, czy mogą przetwarzać dane na swój użytek? TAK i robią (robimy) to bardzo chętnie, ale są to dane anonimizowane i wykorzystywane do analityki. Nie widzimy niczyich zdjęć, nie słyszymy i nie rejestrujemy żadnych rozmów, bo też byłoby to skrajnie nielogiczne. Nie wiemy gdzie przykładowa Justyna Kokoszenko się znajduje, ale wiemy, że 75% wszystkich sesji w aplikacji odbywa się w jakimś regionie albo w danych godzinach. To nam umożliwia poprawianie aplikacji. Każda aplikacja na iOS przechodzi surową, ręczną weryfikację przez Apple i jeśli prosi się o coś niepotrzebnego lub wykorzystuje się dane z korzystania do aplikacji niezgodnie z regulaminem, taka aplikacja nie znajdzie się w sklepie. Było tu kilka wpadek, które po kilku dniach wylatywały ze sklepu, ale na miliony aplikacji, kilka uchybień to tyle, co nic. W Google Play weryfikacja nie jest tak surowa i tu już z dostępami może być różnie, z wykorzystaniem naszych danych też, ale w dalszym ciągu są to dane anonimowe. Jeśli trzymamy dane w chmurze, to nie znaczy to, że ktoś ma legalny dostęp do tych danych i są one przypisane do naszej osoby. Jeśli zapisujemy sobie kopię w Dropbox to na naszym koncie Dropbox znajdziemy plik z kopią zapasową. Żadne zewnętrzne firmy nie mają do tego dostępu. Jeśli aplikacja prowadzi analitykę (nie każda to robi) to zbiera dane statystyczne, anonimizowane, natomiast do naszego konta są przypisane dane, które same tam wprowadzamy. Jak inaczej wyobrażasz sobie prowadzenie kalendarzyka w aplikacji, gdyby aplikacja nie zapisywała informacji, które tam wprowadzasz? Co by się działo przy zmianie urządzenia, gdyby dane były przechowywane tylko lokalnie? Zawsze jest możliwość włamania i zawsze może nastąpić wyciek danych, ale nawet hakerów średnio będzie interesowała gęstość Twojego śluzu.

Myślę, że sporo tych lęków wynika z niewiedzy i postprawdy. Ale jak mówisz, dane są niezbędne, żeby apki mogły działać. Z mojego podwórka dopowiem: miasta, które mają dostęp do danych z apek związanych z komunikacją, są w stanie lepiej odpowiedzieć na potrzeby mieszkańców. W danym obszarze dodać połączenia, stację rowerową czy coś innego. Wiedzą też, gdzie są korki i kombinują co z tym zrobić. To przykład, kiedy dane pobierane od jednostek, służą dobrej sprawie. W Twojej firmie pracujecie nad aplikacjami, które zbierają ultrawrażliwe dane, ale ostatnio, jako misję przyjęliście, pracę tylko nad projektami, które wniosą coś dobrego w świat. Opowiedz coś o tym, jak dane mogą służyć ludziom. Masz takie przykłady ze swojego podwórka?

Ultrawrażliwe dane, generowane przez użytkowników produktów, przy których pracujemy, np. tych klasyfikowanych jako urządzenia medyczne, nie są w ogóle zbierane, nawet do anonimowej analizy. Te mniej wrażliwe informacje, które nie dotyczą jednostek, są dostępne tylko dla użytkownika produktu lub w formie anonimowej analityki. Nie mogę oczywiście zdradzać wszystkich szczegółów, ale analiza danych pozwala nam na przykład wyprowadzać ludzi z budynku, w którym doszło do mikrouszkodzeń, zanim ten budynek się zawali i pochłonie dziesiątki czy setki istnień. Pozwala nam znaleźć najskuteczniejszy dla twoich potrzeb schemat korzystania z urządzenia, dzięki któremu odstawimy leki w przypadku chronicznego bólu. Żeby była jasność. Nikt z nas, mimo że mamy dostęp do kodu źródłowego, nie wie komu ani co jest proponowane. To jest algorytm i my do tych danych nie mamy dostępu. Najłatwiej sobie to wyobrazić przez zdanie „If this then that” – jeśli stanie się to i to — wyślij użytkownikowi to i tamto.

Mówisz, że w urządzeniach medycznych dane nie są zbierane. To co, jako firma tworząca aplikacje, robicie przy tych produktach? Czytałam kiedyś, że jeśli wibrator uczy się ścieżki mojej przyjemności, mogę w przyszłości zostać zmanipulowana, że to zbyt prywatne, żeby urządzenie z aplikacją mogło to o mnie wiedzieć.

W aplikacji do obsługi pompy do mleka nie zbieramy żadnych danych to jest właśnie przykład medycznego urządzenia. To samo z Kegel Trainerem, żadnych danych. Wibrator też ich nie zbiera. My stworzyliśmy aplikację do obsługi urządzeń, nie zawsze dane są do czegokolwiek potrzebne.

Jak działa apka do obsługi urządzenia? Czy to coś jak moja apka do aparatu foto, która pomaga np. mojemu telefonowi zostać przyciskiem samowyzwalającym?

Apki obsługujące urządzenia IoT (Internet of Things) mają różne zastosowania albo uruchomienie, podstawową obsługę danego urządzenia, albo uzupełnienie tzw. user experience. Wibrator sam w sobie jest fajny, ale jeśli mamy do tego aplikacje, w której partner może nam ustawić rytm wibracji albo możemy dostosować sobie wibracje do piosenki to zabawa jest ciekawsza. Jeśli używamy urządzenia do ćwiczeń mięśni kegla to możemy je sobie po prostu zaciskać albo włączyć na telefonie grę, sterowaną naszymi mięśniami i obserwować jak po tygodniu, dwóch czy miesiącu, zaczynamy osiągać coraz lepsze wyniki. I tutaj ostrzeżenie. Produkty IoT są zazwyczaj nieźle zabezpieczone, ale jeśli gdzieś mamy się bać wycieku danych to właśnie tu. Niestety taka sytuacja spotkała użytkowników wibratorów z zamontowaną kamerką, ale o dziwo te nagrania nigdy nie wypłynęły.

FemTech to kolejny świetny temat, o którym można się rozpisywać. Branża technologiczna zauważa powoli, że wiele potrzeb kobiet nie jest spełnianych i zaczyna tę lukę wypełniać, czasami fantastycznymi produktami. Rynek jeszcze nie jest przesycony więc właśnie teraz pojawiają się produkty, które faktycznie rozwiązują problemy, jak chociażby produkt, który jest wielkości mniej więcej wkładki do stanika, nie wydaje żadnego dźwięku, nie ma kabli ani butli, a może odciągać pokarm. Wkładasz do stanika i nikt nawet nie wie co się dzieje.

Co poza fem techem uważasz, za przyszłość tej branży?

Ciężko prognozować coś, co zmienia się tak dynamicznie, jak branża technologiczna i jest tak bardzo uzależnione od odkryć naukowych. Na pewno musimy się przygotować na rozwój biohackingu, na ingerencję technologii w nasze organizmy. Liczę na to, że nadal prężnie będzie się rozwijać health tech — łatwiejsza profilaktyka, zastępowanie farmakologii technologią. Od paru lat krążymy wokół blockchaina, który może zupełnie zmienić świat, w którym żyjemy, ale jeszcze nikt nie wymyślił jak sprytnie taką technologię wykorzystać bez wielkich rewolucji. Pewnie też rozwój sztucznej inteligencji, choć tu jeszcze długa droga przed nami. Pobożnym życzeniem jest, żeby branża technologiczna bardziej zwróciła uwagę na aspekty etyczne, ale tu niestety biznes zawsze będzie wygrywał.

Wyjaśnisz blockchain?

Podejrzewam, że tylko kilka osób na świecie umie to sensownie wyjaśnić. Blockchain to…łańcuch bloków, a konkretniej, to zdecentralizowana baza danych, na razie, stosowana głównie do obrotu kryptowalutami. Zdecentralizowana, oznacza, że każdy z użytkowników, na swoim komputerze przechowuje pierwiastki kodu danej transakcji, nie ma jednego pośrednika takiego jak bank. To otwarta, jawna, rozproszona sieć, przy okazji najbezpieczniej zaszyfrowana jak do tej pory. Przewiduje się, że kiedyś technologie oparte na blockhainie zastąpią banki, waluty a może nawet i rządy, a społeczeństwa będą korzystać z blockchainowych umowach, czyli smart contract. Melodia przyszłości, ale kto mądry niech szybciutko się uczy kodować, bo za taką umiejętność płaci się potężne pieniądze.

Dobra to teraz rzucam Ci temat-bombę! Jestem super ciekawa, co myślisz. Nadal chodzi o dane, nadal chodzi o social media, ale w ujęciu etycznym i to z całkiem innej strony niż się spodziewasz!

Etyka w świecie cyfrowym to ostatnio bliski mi temat wiec nie wiem, czy mnie zaskoczysz.

Szukam artykułu, ale chwilowo nie mogę go znaleźć! (edit: przeczytacie go TUNie chciałabym nic przekręcić, ale jego sens był taki, że najpierw świat „zachodu” składował swoje całkiem realne i namacalne śmieci w krajach Trzeciego Świata (to prawda, btw również Polska przyjmuje cudze śmieci, a potem te śmietniska całkiem „niechcący” płoną) a teraz przez działalność Doliny Krzemowej, a zwłaszcza Facebooka — zawalamy Azję wirtualnymi śmieciami. W tym artykule były opisane warunki pracy ludzi, którzy przyjmują alerty odnośnie postów. Chodzi o zgłoszenia — przemoc, seks, nieodpowiednie itp. Każdy z nas może zgłosić, ale Facebook nie sortuje tego automatycznie. Ktoś musi ocenić, co zostało zgłoszone i czy to jest spoko, czy nie. W tym artykule zarzuty były takie, że to mega obciążająca psychicznie praca, że tanie płace powodują, że Ci ludzie cały dzień w ciągu kilku sekund, muszą podjąć decyzję czy coś jest przemocowe, czy nie. Oglądają więc masę nagości, gwałtów, patostreamów (załóżmy, że chodzi o wszystkie treści np. YouTube też, nie tylko Facebook) i oni toną w tym syfie, często nie znając kontekstu kulturowego, próbują to ogarnąć, ale muszą pracować bardzo szybko. Bardzo bym chciała żebyś przeczytała go w całości, ale chwilowo nie umiem go odszukać, więc musisz opierać się na sensie, który Ci nakreśliłam. Masz jakieś refleksje związane z tą stroną etyki tego biznesu?

O! Rozmawiałam o tym ostatnio z kolegą, podsłuchiwałaś naszą rozmowę?!

Poproszę Cię o komentarz do tego!  Co mówił kolega, zgodziliście się ze sobą?

Jak mówię, to dość zabawne, bo nie dalej nie dwa tygodnie temu miałam ponad godzinna rozmowę o tym filmie i o całym tym problemie.

Mało w Europie mówi się o tym odcieniu social media. Mam wrażenie, że u nas jedyny temat z tym związany to — olaboga Instagram obniża nasze samopoczucie a Facebook zabiera czas. Nie myślimy o tym, że treści to też jest coś. Dla mnie w moich praktykach duchowych i medytacyjnych oczyszczenie się ze wzorców i treści jest mega ważne, ale przed tym artykułem też nie myślałam w ogóle o tym, kto sprząta moje lajki, heheszki, zgłoszenia. Kto to moderuje.

Na potrzeby dyskusji się nie zgadzaliśmy, ale może przedstawię moje faktyczne stanowisko w tej sprawie. Z jednej strony bardzo współczuje osobom, które się tym zajmują. Byłoby wspaniale, gdyby nikt nie wpadał na pomysł wrzucania do internetu dziecięcej pornografii czy nagrań z egzekucji. Byłoby też wspaniale, gdyby takie treści nie musiały być przez nikogo weryfikowane, ale już niejednokrotnie próby zautomatyzowania tej, nazwijmy to, cenzury, pokazały jak bardzo mało rozwinięta jest sztuczna inteligencja, która nie jest w stanie zrozumieć kontekstu, cytatu, performance’u, sztuki, ironii itp. Z drugiej strony, może się to wydać niektórym okrutne, ale sama podchodzę do tego tak, że to nie jest niewolnictwo, nikt do tej pracy nie zmusza, to praca za pieniądze często większe niż w innych miejscach w tych krajach, w lepszych warunkach. Rozumiem, że to bardzo obciążająca psychicznie praca i jeśli tego nie wspieramy, zachęcam do usunięcia konta na Facebooku i nieuczestniczenie w tym procederze, ale oczekiwanie od mitycznej Doliny Krzemowej, że będzie ratować cały świat jest nierealne.

Ostatnie pytanie: Twoje ulubione aplikacje. Może nie te, które zmieniły Twoje życie, ale te, z których korzystasz superczęsto.

Spotify, Eve, Slack, aplikacja do zamawiania Pizzy Hut.


sara maj

Jeśli macie jakieś wątpliwości, zostawcie komentarz. Postaram się, jak zawsze, zachęcić moją ekspertkę do udzielenia Wam odpowiedzi.

W razie innych pytań z Sarą Maj można skontaktować się mailowo: saramarskamaj@gmail.com


baner

Author

3 komentarze

  1. Jeden z najlepszych wywiadów!!! W końcu rozumiem, czemu nie rozumiem blockchaina (a bardzo próbowałam) i dobrze się dowiedzieć, kto czyta moje zgłoszenia na FB…

  2. Blum

    Uff… cieszę się, że został doceniony! To nie jest codzienna tematyka na mojej witrynie, ale wydało mi się to niesłychanie ciekawe i ważne dla nas wszystkich.

  3. Świetny wywiad 🙂 Problem został wytłumaczony w prosty, ciekawy i przystępny sposób. Dzięki!

Dodaj komentarz