łąka

Pamiętam, jak ciężko opadłam na kanapę w miejscu, w którym przyjmował Szymon. -Wiesz, mam wrażenie, że ja ciągle coś dla siebie robię, ale to się nigdy nie kończy, nawet jak się poprawia, to za chwile ukazuje mi się masa obszarów, na których znów jest coś do zrobienia. –Na szczęście dokładnie tyle samo ile istnieje problemów, tyle samo mamy na nie rozwiązań, a może nawet więcej. – odpowiedział. I to mnie otrzeźwiło.

 

Wszyscy się z czymś zmagamy. W milczeniu, skrobiąc w dzienniku, jadąc na wyparciu, gniewając się na świat, chodząc latami na terapię, zapijając, zaruchując, zaciemniając obraz, grzebiąc, naprawiając… Tak po prostu jest. Tylko się o tym nie mówi. Nie mówi się, bo brzmi to zniechęcająco: równie dobrze możesz zacząć się cieszyć już dziś, bo i tak zawsze będzie COŚ. Coś jak plama oleju na wodzie, coś jak burzowa chmura, która cię goni, zanim zdążysz dobiec do domu.

Ktoś nienawidzi swojego ciała. Ktoś miał nieszczęśliwe dzieciństwo. Ktoś miał rodziców, którzy się nie kochali. Kogoś zostawił mąż. Ktoś przewalił cały majątek na nieudanej inwestycji. Ktoś wziął zły kredyt. Ktoś zachorował. Ktoś jest wypalony zawodowo. Komuś niczego nie brakuje, ale nie potrafi się zakochać. Ktoś nie ma orgazmów. Ktoś erekcji. Ktoś choruje na depresję. Ktoś ma niskie poczucie własnej wartości. Kogoś wcześnie osierociła mama. Ktoś wychowywał się w biednej rodzinie. Ktoś doświadczył gwałtu. Ktoś doświadczył pobicia. Ktoś nie czuje nic i chciałby czuć nawet ból, byle czuć. Ktoś boi się marzyć, bo nikt mu nigdy nie powiedział, że wolno. Ktoś traci pracę za pracą. Ktoś ma złą passę. A ktoś zaburzenia odżywiania.

Kiedy wydaje nam się, że mamy problemy, że jest jakaś norma, a my od niej odstajemy, zazwyczaj oznacza to tylko tyle, że nie wiemy nic. Żyjemy fałszywym obrazem dobrobytu innych, martwiąc się tym, że wciąż nie możemy pozbyć się naszych problemów.

Jestem bardzo ciekawa, jakby to miało wyglądać. Pewnego dnia spłacasz długi, układasz relacje z bliskimi, a one już nigdy się nie psują, nigdy nie podupadasz na zdrowiu, kariera to wznosząca się linia, normalnie startująca rakieta… i tylko dziwne, że kiedyś trzeba umrzeć, a przecież wszystko było już załatwione.

Kiedy robiłam kurs o finansach, na tapecie pokazały się relacje. Teraz wałkuję relacje, dwa lata temu wałkowałam zdrowie. Ciągle jest coś do zrobienia, choć można oczywiście wybierać, by tego nie widzieć. Nie zajmować się tym. Można też się umartwiać. A można żyć mimo to. I tę opcję wybieram ja.

Zawsze są jakieś trudności, nowe wyzwania. Wyzwania niekoniecznie jak w coachingowych memach, gdzie przekraczanie strefy komfortu jest jak pełen adrenaliny skok na bungee. Często te wyzwania są trudne, nużące, bolesne i niewygodne. To jest ok. Tu jest życie, nie telewizja. Nic nie dzieje się w 45 minut. Proces jest powolny i jest sinusoidą. Czasem tego jest tak dużo, że nie wiadomo, od czego zacząć.

Warto sobie wtedy przypomnieć, że po pierwsze wyzwania i problemy się zmieniają, ale zawsze jakieś są, na tym polega złożoność życia. Mamy masę dróg, ścieżek i sposobów, by się uleczyć, wyzdrowieć, wyjść z tych sytuacji, polepszyć swój los. Czasem to trwa, ale warto po prostu wybrać któraś z dróg i zrobić na niej ten pierwszy krok i nie wymagać od siebie zbyt wiele. Pamiętać, że każdy z nas miał coś, ma coś lub będzie miał coś. Nikt nie miał idealnego dzieciństwa, wszyscy jesteśmy wrażliwi, popełniamy błędy, uczymy się, mamy ciała, które okresowo lub trwale podupadają na zdrowiu, które bolą. Nie mówię, że trzeba zaakcetować bół i cierpienie. Mówię tylko, że czasem wydaje się nam, że stało się coś, co kładzie się cieniem na naszym życiu i że być może już nigdy się z tego nie wydostaniemy, że jesteśmy niewłaściwi, słabi, niewystarczający.

Choć moje zapewnienia nic nie znaczą, zapewniam Cię, że tak nie jest.

Author

2 komentarze

  1. Bardzo w punkt. Ostatnio się nad tym zastanawiałam w kontekście minimalizmu, bo w tym nurcie najczęściej odnajduję to, czego mi wewnętrznie brakuje. Miałam okres, gdy zapuszczałam włosy. Potrzebowałam wtedy rozbudować moją pielęgnację, zwiększyć ilość kosmetyków, dołożyć wcierki. Później odkryłam, że moja lwia grzywa, to po prostu nieumiejętnie układane lekko kręcone włosy. Znowu dołożyłam kilka kosmetyków i rytuałów. Mniej więcej rok później poczułam się tak bardzo zmęczona i przytłoczona dużą ilość szamponów, masek i odżywek, że ogłosiłam akcję denko i ścięłam włosy (naprawdę porządnie). Teraz przy dość ograniczonej ilość – 3 szampony, 1 odżywka, 1 maska i 2 produkty do stylizacji znowu czuję, że pielęgnacja włosów sprawia mi radość, a łazienka jest zdecydowanie mniej zawalona. A skoro udało się ogarnąć łazienkę 😀 to wzięłam się za kuchnię – układanie jadłospisów, proste jedzenie, wyjadanie zapasów i kupowanie tylko tyle, ile aktualnie potrzebuję. Zdefiniowałam problem, jakim jest jedzenie zbyt dużych porcji i zbyt wielu posiłków, chaos w diecie. Szukam przyczyny problemu i jednocześnie układam się w ryzy zarządzania zakupami i gotowaniem. Na oku mam również wiosenną szafę, która wymaga przejrzenia i uporządkowania. Dokładnie tak jak napisałaś. Podobnie strefa emocji, wspomnień, obszar zawodowy. Jestem obecnie na etapie bardzo mocnego rozwoju w mojej dodatkowej pracy, która – moje największe marzenie – miałaby stać się moim głównym źródłem dochodu. Wiesz, co ostatnio pomyślałam? Że mogłabym nic nie robić – nie próbować założyć bloga, nie szukać nowych zleceń i nie pracować po 10-12 godzin na dobę, mogłabym nie planować posiłków i nie wstawać w niedzielę o 7. na meal prep, mogłabym nie słuchać podcastów, gdy sprzątam ALE te cholerne 52 tygodnie miną tak, czy inaczej, a ja bardzo chciałabym być lepszą wersją siebie za jakiś czas :)))

  2. Pingback: Marcowa piąteczka: jesteś tym, co jesz – Żegnaj, kokonie bezpieczeństwa

Dodaj komentarz