DeathtoStock_NotStock7

Nie tylko kultura, ale też nasze rodzinne środowisko, miasto, znajomi z liceum, predysponują nas do pewnej roli. Truizm.

Teraz pytanie: jak wyobrażałaś sobie swoje życie jako dziewczynka w scenariuszu „kiedy będę dorosła”? Mówię tu nie o tych szalonych fantazjach, kiedy mieszkasz w Indiach i jesteś Martyną Wojciechowską, no względnie Indianą Jonesem. Dziewczyny w moim wieku, z mojego kraju mniej lub bardziej wyobrażały sobie, że znajdą męża i założą rodzinę. Z pewnością fantazje snute dookoła tematu własnego stada były różne i podyktowane tym czy marzyłaś o ślubie w pięknym kościele, takim ślubie co się ma welon a dzieci sypią na Ciebie ryż, czy raczej jakoś inaczej, ja np. wyobrażałam sobie raczej związek partnerski z wydzieranym kolesiem, z którym będę mieć jedno, góra dwójkę dzieci. Nie godziłam się na pewną formę, co nie oznaczało, że nie marzyłam o takiej relacji. Było we mnie wiele przekazów dotyczących tego co trzeba i jak ma wyglądać życie, zmieniały się dopiero didaskalia. Wydawało mi się, że robię karierę jako fachowiec w swoim zawodzie. Projektowałam ubrania dla dużych firm, jeździłam w zagraniczne delegacje, awansowałam i dostawałam premie. Właściwie zmieniłam tylko skórkę na ten mechanizm życia, który wyniosłam z domu rodzinnego:

Trzeba mieć czysto.

Trzeba ogarniać.

Trzeba mieć monogamiczną relację z partnerem, lepiej płci przeciwnej, która jest przyszłościowa.

Trzeba się rozwijać, a rozwój oznacza wertykalne pięcie się po drabinie, po której wszyscy się pną. Studia. Praca. Więcej pracy. Kasa, kasa, kasa. Partner. Kredyt. Mieszkanie. Dom. Rodzina. Pies. Combi. Wakacje dwa razy do roku.

To był mój wyjściowy pakiet, który sobie zmodyfikowałam. Aż weszłam na ścieżkę serca, a weszłam na nią nie bo jestem taka odważna i fajna, taka żądna przygód i rozwoju osobistego. Weszłam na nią, bo mimo, że bardzo chciałam mieć partnera i miłość, nie da się tego zaplanować. Nie da się. I wtedy wszystkie babcie świata cmokające nad Twoim zegarem biologicznym, nad tym, że czas się ustatkować, ustabilizować, budzą we mnie wielką agresję. Zastanawiam się też, czemu żaden z moich kolegów nie czuł, że jego życie nie jest specjalnie nieudane, bo oto „jest sam”. Owszem, niektórzy bardzo chcieli być w relacji i było im smutno, że to się nie dzieje, jednak nie widziałam w nich tego linearnego przymusu, który naturalnie ma prowadzić ich do małżeństwa lub stałego związku. Zwyczajnie nikt im nie powiedział pomiędzy „graj w piłę” a „rób kasę”, że „jedną z najważniejszych rzeczy w życiu jest żebyś miał żonę”.

Nie jest to jednak żalenie się na patriarchat, ani na parcie na zakładanie rodziny. Po prostu zauważam te mechanizmy, jak wiele innych. I demontuję je na swój własny użytek. I zauważam śmieszne rzeczy. Przykład?

NIE CHCĘ ROBIĆ KARIERY. W świecie, w którym bycie superzajętym milionem projektów, ciągłym podróżowaniem związanym z zawodem i ogólnie skakanie po szczeblach drabiny, awanse, pieniądze, kolejne gadżety, służbowe samochody i tak dalej, ja mówię: raz, dwa, trzy, wypadam z głupiej gry. I to jest prawie tak samo źle przyjęte, jak odmawianie alkoholizacji na weselu kuzynki z małego miasteczka. Kojarzy się z byciem kluchą, lenistwem, brakiem ambicji. Względnie budzi opór, bo: „no ale kochana, Ty jeździsz zawodowo, piszesz, robisz milion rzeczy, jesteś w tym dobra i skuteczna, nie możesz mówić, że nie robisz kariery”. Ja to widzę inaczej. Ja zajmuję się rzeczami, które karmią moją duszę i doskonalę przy tym warsztat, co pozwala mi robić kolejne rzeczy. Bardzo to lubię i cenię. Jednak nikt nie wmówi mi, że dedlajny i szef z nabiegłymi krwią oczami, mają być dla mnie ważniejsi niż leżenie na trawie z moim chłopakiem, albo czterogodzinny skajp z przyjaciółką. Za sobą mam też okres, w którym wydawało mi się, że jak będę zaiwaniać dostatecznie wytrwale, to znajdę miejsce i czas na to co dla mnie naprawdę ważne.  Po prostu przestałam czekać na nagrodę i od razu przeszłam do moich priorytetów. Nie neguję robienia kariery. Po prostu daję sobie wolność do postawienia na relacje międzyludzkie. To jest niemierzalne, być może nikt nie poda mi szklanki wody na starość itp, ale to sprawia, że jestem szczęśliwa.

CHCĘ DOŚWIADCZAĆ i to był kamień milowy na mojej drodze. Zawsze wydawało mi się, że mądrość polega na tym, że WIESZ. A ja nigdy nic nie wiedziałam. Jako małolata testowałam dużo i testowałam na sobie. Sprawiałam dużo kłopotów sobie i innym. Potem wyciszyłam się i przestraszyłam siebie. Uwierzyłam, że dorośli się tak nie zachowują, że jestem niewłaściwa. Dziś wracam do zdrowej wersji poszukiwacza. Tak, chcę doświadczać życia, seksualności, planety, relacji, pracy na różnych poziomach. Powierzchownie, banalnie, głupio, śmiesznie, głęboko, poruszająco do szpiku kości, pięknie, mocno, brutalnie, lekko. Tak, po zwolnieniu z dobrej pracy mogę siedzieć na recepcji i to nie sprawia, że PRZEGRAŁAM. To jest to, co chcę Ci dziś opowiedzieć. Nie ma jednej drogi, chodzenia po sznurku od punktu A do punktu B. Życie nie dzieje się wertykalnie, ale horyzontalnie, rozlewa się po szerokości i pozwala smakować w całym swoim spektrum. Czego nauczył mnie Rulo, że próba zebrania tego oceanu możliwości i wlania w długą zlewkę, żeby było pionowo, porządnie i zawsze w górę da Ci tylko tyle, że jak coś pójdzie nie tak, będzie Ci bardzo przykro, no i że zamiast oceanu masz wazon z martwą wodą.

Nie bój się. Jeśli kończy się Twój związek, nie oznacza to, że już miałaś ułożone, a wszystko się rozpadło. To, że wydawało Ci się, że w wieku lat X będziesz mieć rodzinę, a jej nie masz, nie oznacza wcale, że Twoje życie jest gorsze lub, że coś poszło nie tak i tylko wegetujesz. Przestań napełniać wazon wodą i zobacz jak wiele możliwości masz i jak zmienne one są. To, że dziś szalejesz na Erasmusie, nie znaczy, że nie będziesz mieć własnej formy, a jeśli ciężko pracujesz, nie znaczy to wcale, że już nigdy nie będziesz podróżować. Obserwuję ludzi dookoła mnie i oni mają tendencję do postrzegania chwili obecnej jak muchy zatopionej w bursztynie. „Uff, jest dobrze, tak jak przewiduje ustawa, odhaczone”. Albo na odwrót „moje życie to fiasko, nie tak miało być”. To nie jest nawet mówienie o tym, że fortuna kołem się toczy. To jest próba namówienia Ciebie, żebyś spojrzała na swoje życie globalnie. Jak na planetę. To, że jesteś dziś tu, nie oznacza, że za tydzień nie możesz być w innym miejscu. Nie oznacza to też wcale, że to miejsce jest złe. Nie ma wyścigu, nie ma wygranych i nikt nie jest wyżej od Ciebie, bo perspektywa jest całkiem inna. Jeśli chcesz być wysoko na drabince, musisz przyjąć do wiadomości, że prędzej czy później z niej spadniesz.

Rozejrzyj się. Popatrz na to jak na bufet. Co chcesz zjeść teraz? Co jest ważne? Nic nie jest raz na zawsze. Nie musisz realizować żadnego scenariusza. Rozluźnij napiętą głowę i pozwól sobie doświadczyć. Kiedy myślimy o życiu jak o doświadczaniu, łatwiej jest nie oceniać siebie, zrelaksować się i płynąć. To nie polska edukacja, nie musimy realizować programu, nie musimy poprawiać ocen i nie ma rubryczek.

Lubię wracać do wypowiedzi mojej nauczycielki jogi sprzed lat: rozwój to głupie słowo. Tak naprawdę kojarzy się z ekspansją na zewnątrz. W rzeczywistości wszystko już mamy w sobie i to tylko czeka, aż w tym pogrzebiemy. To bardziej jak zwój osobisty.

Dziewczyno, jest dobrze. Jest na bogato. Jest super. Dziś tak, jutro inaczej. Nie bierzemy żadnego scenariusza pod stołem. Przeżywamy. Wszystko się zmieni i tak i to jest właśnie piękne w tej przygodzie!

Author

9 Comments

  1. U siebie na blogu do zeszłego tygodnia miałam kategorię „zwój”, aż zmieniłam jak ustawa nakazuje, na „rozwój”, bo seo, bo czytelnicy, bo się tak przyjęło… Pułapka rozwoju „po bożemu”, w jeden właściwy sposób.

  2. Szczególnie ostatni akapit jest tym, czego teraz potrzebowałam najbardziej na świecie. Trochę jakbyś do mnie podeszła i zrzuciła z moich pleców jakieś 50 kg na podłogę. Dzięki.

  3. Dzisiaj po południu napisałam przyjaciółce o stracie i trudnym czasie, jakiego właśnie doświadczam. Podesłała mi linka do tego bloga: „Podesłałam linka. To blog który poczytuję czasem. Może Tobie wejdzie. Mi pomaga. Dziewczyna fajnie pisze.” Porozglądam się tutaj, ale już czuję, że „weszło” i raczej już tu zostanę na dłużej. Dziękuję.

  4. Cześć Blum

    Jak zawsze bardzo ciekawy tekst, tylko miejscami trudno mi oprzeć się wrażeniu, że jednak bardzo zero-jedynkowy.
    No bo to jest tak: nie każdy kto robi karierę ma szefa z nabiegłymi krwią oczami. Serio, można mieć super szefa i naprawdę pielęgnować w sobie pasję do wykonywanego zawodu, nawet kiedy innym wydaje się on totalnie nudny i nieinstagramowy. Można też mieć regularną pracę i czterogodzinne skajpy. Wiem, bo sama praktykuję 😉 Zdanie „Nie neguję robienia kariery. Po prostu daję sobie wolność do postawienia na relacje międzyludzkie.” brzmi jakby robienie kariery przekreślało szanse na te relacje, a można mieć i to i to. To tylko kwestia pewnego ogarnięcia tematu. Zaznaczam to, bo choć rozumiem Twoją potrzebę podążania ścieżką o takim a nie innym kształcie, to chciałam podkreślić, że nie wszystkim taka ścieżka pasuje / odpowiada / kręci ich. I to też jest spoko. A ponieważ nie bawią mnie akurat takie zajawki, jakie jarają Ciebie, ale zawsze z zaciekawieniem łykałam twoje teksty, to zrobiło mi się przykro bo po raz pierwszy po Twoim tekście poczułam wewnętrzną niezgodę na takie wartościowanie czyichś wyborów. Nie ma jednej drogi 🙂

    Pozdrawiam i nie przestaję trzymać kciuków za podróż, którą teraz odbywasz.

  5. You_lan_ta

    Jestem młodą osobą (jeszcze przed osiemnastką) i przez to czasem uważałam siebie za „gorszą”. Bo przecież interesuję się gotowaniem, „świadomym życiem” i tym wszystkim, o czym moi rówieśnicy nie mają pojęcia. Ale po przeczytaniu tego tekstu mam wrażenie, że zrozumiałam, że nie ma jednego szablonu. Każdy jest inny i chyba to jest najpiękniejsze. Dlatego nasze życia również będą się od siebie różnić. Dziękuję ci, że jesteś, blogujesz i zawsze zadziwiasz mnie tak szczerymi, niby oczywistymi tekstami.

  6. Lubię się uczyć od innych i lubię ciekawych, inteligentnych i niebanalnych ludzi w tym internetowym,małym świecie. Dziękuję!

  7. Blum

    Youlanta – 🙂 jestem więcej niż szczęśliwa, że tak mówisz. Nie martw się, to co robisz zaprocentuje bardziej niż się spodziewasz!

  8. Blum

    M. absolutnie nie awartościuję! Wszystko o czym piszę, że tego nie chcę, nie hest kulawe dla ogółu, jest kulawe dla mnie, to ja się do tego nie nadaję. To są moje ograniczenia i marzenia, ale zawsze każdy powinien filtrować przez siebie. Jedni kochają etat inni nie. Jedni lubią być w strukturze, inni mniej. Ja po prostużyję bardziej w zgodzie z moimi predyspozycjami, ale to nie może być traktowane jako prawda objawiona. Nigdy tak nie myślałam i nie pomyślę, bo wierzę w indywidualizm. to jest moja ścieżka, ale tak jak mi nie dają szczęścia ścieżki innych, tak rozumiem, że innym nie da to co wybieram ja.

    To wszystko jest okej i w porządku! Dzięki,że zwróciłaś uwagę!

  9. O żesz pierun jaśniuteńki! Jak mnie przeszłość w gar strzeliła teraz, nie wiem nawet jak zacząć, jak ująć, chociaż w sumie łotewa. Uwielbiałam Twój blog czy photoblog (ja już nawet nie pamiętam co to był za twór) taki totalnie dla mnie odrealniony, acz hipnotyzujacy, te wszystkie tatuaże, dziwne akcje haki igły i inne dzikie węże, Sylvia Plath i takie klimaty. Osobiscie dla mnie kosmos- tatuażu nie mam ani jednego i wcale nie zamierzam posiadać, o reszcie juz nie wspomnę. Ale dziewczyno! Pisałaś tak, że się nie odrywalam i gdzieś w głębi było mi to bliskie. Kiedy to było? No idea…moje gimnazjum? Liceum? A żem rocznik 88′ to trochę zlecialo. I dzisiaj czytam sobie bloga PepsiEliot i widzę w komentarzach, blumchen, blog…i mnie oswiecilo, chociaż stwierdzilam ze no waaaay, pewnie jakas inna, nowa, co to Cie kiedys czytała i teraz nick kopiuje. Ale wchodzę, czytam, patrze na zdjęciach. ..no i Ty jak w mordę strzelił:) I kurczę, fajnie tak jakoś. Pozdrawiam Cię ciepło i wracam do czytania (bo pomimo że się postarzalas i tematyka jakby inna ale juz teraz mi bliższa! To styl niezmiennie git)
    Viv

Dodaj komentarz