ścieżka serca

Dawniej myślałam, że ścieżka serca nie dotyka pracy. Praca to praca, a życie osobiste to inna sprawa. Tak mi się wydawało. Wydawało mi się tak długo, nawet kiedy już nie pracowałam na etacie. Tu trzeba zaznaczyć: zostałam zwolniona, nie byłam odważna, natchniona, nie rzuciłam wszystkiego. Moja szefowa, którą do dziś bardzo lubię i szanuję, wyświadczyła mi wielką przysługę!

PANI JUŻ PODZIĘKUJEMY.

Jedna z rzeczy, których bałam się najbardziej na świecie to utrata pracy. Swoją pierwszą firmę założyłam w wieku 19 lat. W wieku 22 już pracowałam w dużej korporacji w wyuczonym zawodzie (projektowanie ubioru). Od tamtego czasu do dziś, nigdy nie miałam dwutygodniowego urlopu. Praca nigdy nie była dla mnie ważniejsza niż życie osobiste, ale zawsze była bardzo bardzo ważna. Praca mnie definiowała (choć wtedy sądziłam inaczej), była źródłem inspiracji, pięknych znajomości, samorealizacji, potwornego stresu.

Zostałam zwolniona, kiedy moje koleżanki z teamu zobaczyły wakat do naszego zespołu. Nikt nie odchodził, nikt nie był w ciąży, zespół nie miał w planach urosnąć. Stresowały się bardzo. Tylko ja nie. Wiedziałam, że chodzi o mnie. Od dawna już łapałam się na myślach, że nie chcę żyć w Krakowie i że jestem tam nieszczęśliwa (poniekąd to prawda, że można być szczęśliwym w każdym związku i wszędzie, ale uwierzcie mi, miałam lipne związki, a teraz jestem w szczęśliwej relacji z Warszawą i czuję się o NIEBO lepiej). Jeździłam do naszego pięknego biura rowerem i po drodze słuchałam afirmacji o szczęśliwym, spełnionym życiu. W listach wdzięczności cieszyłam się, że mam blisko do pracy i mogę do niej jeździć moją różową kozą zamiast autem czy zbiorkomem. Lubiłam zespół. Lubiłam szefową. Lubiłam modę. Tylko bardzo nie chciałam już robić tego, co robiłam od lat.

Kiedy moja szefowa przyciśnięta przez przerażony zespół wyznała, że owszem, zamierza mnie zwolnić, poczułam ULGĘ. Wielką ulgę i potworny strach jednocześnie. Chwilę wcześniej przeżywałam bardzo trudne chwile związane z doznaną przemocą i zawodem miłosnym. Byłam w trakcie klejenia portfolio do innej modowej marki w Berlinie, do którego chciałam wyjechać. Zarówno zawód miłosny i cała traumatyczna sytuacja, która mi się przydarzyła, uświadomiły mi, że nie chodzi o zmianę firmy. Chodzi o to, że ja nie mogę dłużej pracować w modzie. Fast fashion było za szybkie nawet dla mnie.

Gdybym wyprowadziła się do Berlina i pracowała tam, pewnie nie przedłużyliby mi okresu próbnego, albo ze złamanym sercem i mega traumą nie byłabym w stanie być produktywna i wpadłabym w depresję, bo w Berlinie nie miałam wtedy już żadnych znajomych. Gdybym miała ciepły etat w Krakowie lub Berlinie… nigdy nie odważyłabym się przeprowadzić do Maharadży, który wówczas również był bez pracy (do dziś mi się nie mieści w głowie, skąd miałam tyle odwagi, ale byłam wtedy na etapie wielkiego zaufania do tego, że życie mnie prowadzi i wie, co robi).

KIM JESTEM? DZIENNIKARKĄ!

Jeszcze na etacie dorabiałam jako copy. Pamiętam też mój pierwszy tekst opublikowany w WO. Czułam się wtedy, jakbym ściągnęła gwiazdkę z nieba i wpięła ją sobie we włosy. WO w tamtym czasie były dla mnie wyznacznikiem najwyższego poziomu. Wychowałam się na WO na ich dziale STYL ŻYCIA, na artykułach o sylwetkach kobiet (pisarki, artystki, naukowczynie!), o rzemieślnikach, o sztuce, na Męskiej Końcówce. Co prawda ja pisałam do działu URODA, ale to przecież nic. Wysokie Obcasy! Kiedy więc moda przeżuła mnie i wypluła, po prostu zaczęłam pisać więcej. Do magazynów i dla klientów, którzy potrzebowali zgrabnych tekstów o tekturach falistych, sokach jabłkowych czy chorych kręgosłupach.

Nie tak dawno mój tekst opublikowały USTA. To naprawdę wielka przyjemność widzieć swoje nazwisko w tak pięknie wydanym papierowym magazynie. Dzięki Anecie Pondo miałam szansę przeprowadzić wywiad z Kasią Groniec czy Darią Zawiałow. Tych przyjemności nie mogłabym sobie odmówić i jeśli ktoś da mi wywiad z ciekawym rozmówcą do zrobienia, chyba nigdy się nie oprę!

Dziś jednak skreślam dziennikarstwo ze swojej mapy kariery zawodowej. Sądzę, że będę sporadycznie publikować, ale nie kieruję w to miejsce swojej energii. Dlaczego?

EGO IS NOT YOUR AMIGO.

 

Zawiodła mnie do tego punktu ścieżka serca, która rozlewa się po całym moim życiu już od lat chyba czterech. Wraz z rozwojem duchowym i etycznym, coraz trudniej jest okłamywać siebie. Jak na dłoni zobaczyłam bardzo wyraźnie, że dziennikarstwo było metką, którą sama sobie chciałam przypiąć, po tym jak odebrali mi etykietkę PROJEKTANTKA. Kiedy tuż po przeprowadzce znajomi mojego mężczyzny pytali mnie, czym się zajmuję zawodowo, nie umiałam odpowiedzieć. A dziennikarka? No brzmiało to pysznie! I ja też chyba byłam pyszna. To była kwestia ego. To była ucieczka. Jakbym ja sama nie była wystarczająca. To była potrzeba głasków i zdefiniowania się.

W międzyczasie działy się różne rzeczy: zamawiano u mnie teksty i kasowano zamówienia w połowie pracy. Zamawiano i nigdy ich nie publikowano (zapłata zawsze ma miejsce po publikacji). Zamawiano i pospieszano, a publikowano pół roku później… wykonujesz pracę, ale nie masz co jeść! Czasem odrzucano jakiś tekst bez podania przyczyny. Ciężko się wtedy uczyć. Szlifowałam warsztat, patrzyłam, jak inni piszą, zaczynałam się uczyć przez naśladownictwo i… traciłam do tego serce.

ASPEKT POLITYCZNY I SPOŁECZNY.

Najgorszy jednak okazał się aspekt polityczny i społeczny. Co z tego, że nawet pisząc o urodzie (bo tym się głównie wtedy zajmowałam) starałam się poruszać tematy ważne, pokazywać społeczne tło lub pisać coś, co będzie przydatne? I tak bywało, że wpychano mi lokowanie produktu, bo redaktor znała kogoś, kogo warto pokazać… zrozumiałam tę siatkę zależności, dopiero kiedy zamieszkałam w Warszawie. Z Krakowa wielu rzeczy nie było widać.

Moje ukochane WO z dodatku, który mnie ukształtował i był dla mnie super ważny, nagle zmieniło się w gazetkę, która równie dobrze mogłaby nosić tytuł DODATEK DLA KOBIET, KTÓRE NIENAWIDZĄ MĘŻCZYZN. Nie byłam w stanie już WO czytać. Miałam dość tendencyjnych artykułów, dość tego wymiaru feminizmu, dość sprzeczności – pomieszania bodypositive z reklamami dla gładkich i szczupłych kobiet (prawo rynku) lub tekstów o ekologii i reklam wody w plastikowych butelkach.

Czytałam dużo i zaczęłam pochłaniać książki o dziennikarstwie. Czytałam Tiziano Terzaniego, który był korespondentem wojennym, narażał życie, szlajał całą rodzinę po Azjii, a swoje teksty wysyłał do Europy telegramami. Facet pisał o wojnie, ludobójstwie, sprawdzał najdrobniejsze szczegóły. Jak przymierzyć takie dziennikarstwo do tego, co ja nim nazywałam? Tiziano pod koniec życia mocno poszedł w duchowość i uznał, że jego dziennikarska praca była mrzonką. Nie zmienił świata, nikt się niczego nie nauczył. Zdystansował się do dziennikarstwa i polityki i zaczął pisać książki. Jeśli ktoś, kto robie TAKIE rzeczy uznaje swoją pracę za bezsensowną, jak łudzić się, że to, co robię ja, ma znaczenie? Na 31 urodziny dostałam książkę o Orianie Fallaci i Teresie Torańskiej. Wyborna lektura!

Dużo dzięki niej zrozumiałam. Dużo zrozumiałam też, śledząc pewnego dziennikarza krakowskiej Gazety Wyborczej, który zajmował się sprawami miasta (a które są też moim zawodowym zainteresowaniem). Jego przenikliwość, chęć wchodzenia w szczegóły, mobilność były dla mnie jasnym znakiem – stara, jesteś ciekawa świata, bystra, masz intrygujące przemyślenia, ale dziennikarstwo jako ścieżka zawodowa, leży poza Twoją strefą geniuszu. Jeśli będziesz chciała to robić na full time, rozsypiesz się, twój układ nerwowy nie zniesie tego trybu pracy. Co jest twoją motywacją?

FINITO.

 

W międzyczasie wciąż zajmowałam się Blimsien. Swoje najciekawsze tematy dotyczące zdrowia, urody, patchworków, książek sprzedawałam jednak do magazynów. Czasem nie zgadzałam się z redakcją, ale moja marka nie była na tyle silna, żeby kogoś obchodziło moje zdanie. Miałam na to zgodę. Życie poprowadziło mnie ku Ajurwedzie. Zauważyłam, że poza aspektem moralnym i poza moimi wyskokami ego, dziennikarstwo totalnie rozchwieje moją vatę.

Poczułam to bardzo wyraźnie, kiedy Sylwia Chutnik napisała dwa bzdurne w mojej opinii felietony o uprzywilejowaniu do uważnego życia. Chciałam polemizować. Potrafię to robić. Nagrałam dwa razy stories – i dwa razy je skasowałam. Napisałam dwa teksty i też je skasowałam. Bo pisałam, jakbym strzelała z karabinu maszynowego, ale w połowie moja złość się wypalała i wchodziło medytacyjne zrozumienie pewnych spraw. Medytacja bardzo uwala dziennikarstwo – ciężko jest się ekscytować bieżącymi wydarzeniami, trendami, być agresywnym lub bystrym przeciwnikiem w dyskusji, który szybko i sprawnie odbija ping-ponga argumentów. Ja latami uwielbiałam agresywne dyskusje, ale już nie teraz. Wydają mi się jałowe, wydają mi się popisówą z ego, wydają mi się stratą papieru i własnej energii w świecie gdzie opinii jest więcej niż ludzi.

NO I ODZEW.

 

Nigdy żadna przepychanka słowna, żaden artykuł ani wywiad, który popełniłam, nie odmienił niczyjego życia. A ja zaczęłam tak właśnie patrzeć na to, co robię w świecie:

Czy działam ze strefy swojego geniuszu?

Czy to, co robię, jedynie zarabia pieniądze, czy może niesie wyższą wartość i zmienia coś w świecie na lepsze?

Czy ludzie mówią mi, że to, co robię, jest przydatne?

Czy zgadzam się z tym, co piszę?

Czy to, co robię, buduje świat w jakim chcę żyć?

 

Nie umiem policzyć, ile w tym samym czasie dostałam wiadomości i maili, że moje teksty, stories, informacje, którymi się dzielę lub nawet takie osobiste historie jak ta – odmieniają ludziom życie. Dodają odwagi, poszerzają horyzonty, podtrzymują w ciężkich chwilach, zmieniają punkt widzenia, pozwalają poprawić zdrowie, być łagodniejszą dla siebie itp.

Nie umiem wycenić, ile warte jest moje tzymanie bezpiecznej przestrzeni dla innych. Każdy sposób, który przetestuję i działa – opisuję. Moje ego musi to przeżyć – nie jestem i nie będę sławną pisarką ani wspaniałą dziennikarką. Mogę jednak działać na zapleczu, wspierać ludzi, pomagać im nabierać mocy, żeby oni też szli i robili dobro w świecie i mieć nadzieję, że ten świat będzie lepszy. Nawet jeśli w Wigilię znów nie będę umiała wytłumaczyć rodzinie, co właściwie robię.

Rezygnacja z pisania do prasy oczywiście jest bolesna. Bolała moją dumę, boję się reakcji środowiska, nie wiem, czy nie zamykam sobie zawodowych ścieżek, czy ktoś nie poczuje się urażony. Ja wiem jednak jedno – nie da się być integralną całością, ale swoje wartości zachowywać dla rodziny i znajomych, a potem wkładać w kieszeń. Jeśli ja wierzę w jakieś wartości i chcę je reprezentować, muszę robić to również w pracy.

Dlatego nie piszę już o RODO, nie piszę o rzeczach, na których się nie znam. Moich partnerów, których wspieram tekstowo, wybieram dokładnie, lubię, wierzę w ich produkt i staram się czynić narrację w ich świecie (wellness/beauty/zdrowie) łagodną i dobrą również dla odbiorcy.

Dlatego zaczęłam robić regularnie kobiece kręgi.

 

Dlatego nie rezygnuję z BLIMSIEN i dlatego cieszę się, kiedy doceniacie mnie na PATRONITE. Serio, róbcie to, jeśli wierzycie, że pisanie bez ściemy jest lepsze niż to, co dają w gazetach.

Dlatego na Blimsien nie ma sponsorów, chyba że są partnerzy, którzy pasują i są bardzo sporadycznie (maty do jogi, kubeczki menstruacyjne, szlachetna biżuteria, adaptogeny – ze wszystkiego tego korzystam na co dzień).

Uważam, że etyka w pracy jest bardzo ważna tu i teraz! Wiem też, że jest pewnym luksusem. Nie wiem, czy znalazłabym się w tym miejscu, gdyby moja szefowa mnie nie zwolniła. Nie wiem, czy miałabym sama tyle odwagi. Na pewno nie byłabym tu, gdzie jestem, gdyby nie ścieżka serca. Dużo też dała mi do myślenia o etyce tego, co robię książka Siedem duchowych Praw Sukcesu Deepaka Chopry. Wymagam od siebie coraz większej integracji i życia w służbie temu, co czyni świat lepszym. Podchodzę z szacunkiem do moich zawodowych partnerów, odbiorców – do każdego z kim się stykam. Praca to nie tylko praca, wkładam w to serce, bo robię już tylko to, co wierzę, że jest warte tej uwagi. Dlatego uczę się Ajurwedy. Żeby jeszcze lepiej móc służyć innym i nieść dobro, w które wierzę.

Nie mam pojęcia czy to, co robię, jest opłacalne. Nie mam biznesplanu. Wierzę mojemu sercu, obrałam je 4 lata temu za kompas i robię to, o co mnie prosi. Nie dyskutuję już z własną duszą – to jest mój biznesplan. Nie jestem radykalna, nie jestem bezkompromisowa, ale tak, słucham duszy i podążam za nią, wyznacza ona ideał, do którego staram się zmierzać.

Jeśli jesteś w grupie osób, którym to miejsce coś robi (np. leży na sercu), możesz podzielić się ze mną swoją radością poprzez wsparcie na PATRONITE. W zamian zostawiam dostęp do Gangu (społeczność online), dodatkowe treści i podcasty. Szczegóły znajdziesz po kliknięciu baner:

baner

 

Author

12 komentarzy

  1. Aż trudno nie napisać, że kolejny raz trafiasz w sedno. Po odkryciu ajurwedy i w końcu nie zagłuszaniu samej siebie trudno jest dalej wykonywać pracę, która ani nie niesie nic istotnego z mojej perspektywy, ani szczególnie mnie nie interesuje, nie mam żadnej misji w związku z nią i nie mam jak powiązać jej z robieniem czegoś dobrego…

  2. Celuję we wspólny kobiecy krąg. Dziękuję za Twoje wpisy, szczerość i energię. Ta ostatnia jest chyba na podobnej wibracji,do Twoich czytelniczek, dlatego tak dobrze nam się czyta, każda odnajduje coś z siebie. To nas na pewno łączy. Powodzenia. M I Ł O Ś Ć

  3. Hej. Nie zawsze się z Tobą zgadzam i nie zawsze łapię te Twoje ajurwedyjskie prawdy, ale mega Cię szanuję za przyznanie się do tego, ze potrzebujesz – chyba większość w tym świecie potrzebuje – metek. I ja też.
    Wlokę ten ciężar, zamartwiam się, choć w głębi serca wiem, że na chuj mi ta metka, na chuj mi więcej pieniędzy niż potrzebuję do zaspokojenia swoich potrzeb…dlatego podjęłam (spontanicznie) decyzję, że będę Cię wspierać. I chyba nawet zainteresuję się tą ajurwedą. Polecasz jakieś książki do przeczytania?

  4. Blum

    KasiaBu – oh! Bardzo mi miło <3 celem mojego pisania nie jest namawianie nikogo do moich prawd 🙂 Myślę, że jeśli nawet wywołuję w kimś poczucie kontrastu i niezgody, ale popycha to taką osobę do skontaktowania się z tym, jak ona ma - to już jest wielki sukces. Byłoby bardzo nudno, gdybyśmy wszyscy się ze sobą zgadzali.

    Na początek polecam książkę o Ajurwedzie autorstwa Agnieszki i Macieja Wielobób. Z Ajurwedą jest tak, że ona jest super stara i nie używa meydycznych pojęć, a symboli, które wyrażają pewne zjawiska i procesy (również zauważane przez współczesną medycynę). Myślę, że bez kontekstu czy operowania pewnym poziomem nie tyle wrażliwości co wyobraźni, można bardzo się zniechęcić, bo niektóre zalecenia wydają się totalnym mumbo jumbo 🙂

    Ja kocham Ajuwedę za systematyzowanie wiedzy o higienie życia i tym, że nie wszystko jest dla wszystkich. Dlatego się jej uczę i dlatego w przyszłości na pewno będę więcej pisać o tym na blogu, ale też uważam, że jeśli ktoś czuje opór to jest masa innych dróg, które mogą zapewnić dobrostan (i nie fiksując się na Aju o nich też staram się donosić).

    Jeszcze raz dziękuję za Twoje wsparcie i Twój komentarz. Ważne to dla mnie.

  5. Dziękuję Ci za ten tekst. Czuję, że zamierzam w tym kierunku, ale jeszcze trochę się boję. Podejmuję asekuranckie decyzje, za dużo się zastanawiam co inni na to – albo, z drugiej strony, czy to co robię, jest naprawdę komuś potrzebne. Ale czytając Twój tekst, poczułam, że droga, na której jestem, prowadzi mnie w dobrą stronę. Tobie i sobie – odwagi i spokoju 🙂

  6. Wzruszający tekst. Chyba przechodzę podobną ścieżkę i mam podobne rozterki. Trzymam kciuki!

  7. Barbara Kachnic

    Justyna wielkie ŁAŁ. Czytam Cie od ‚teatime i to chyba moj pierwszy komentarz <3 go girl, z mocą ktorą masz naprawde zmieniasz ludzi. najlepszego, Basia

  8. Blum

    Dziękuję! Muszę Wam powiedzieć, że koszmarnie się bałam publikacji tego tekstu. Wiem, że jestem na ścieżce, która prowadzi mnie w meandry życia, które może potem trudne by było do odkręcenia. Wiem też, jak marzyłam o rzeczach, które dziś nie mają już dla mnie wielkiego znaczenia ani blasku. Widzę moje znajome, czasem ex mentorki, które nieraz chciałyby być w miejscu, z którego ja rezygnuję i oczywiście zastanawiam się, czy robię dobrze? Często spotykam się z namowami powrotu na etat lub sugestiami, że tracę jakieś szanse… ale prawda jest taka, że nie umiem już przed sobą udawać, co absolutnie nie sprawia, że przestałam się bać. Boję się i działam z serca.

    Dużo wokół mojej pracy wykonuję też pracy zapleczowej – medytyacyjnej, wizyjnej, samorozwojowej. Patrzę, jak to jest, że rzeczy, które najbardziej czuję, najmniej rozwijam lub, że wcale nie płynie przez te rzeczy największa obfitość do mnie.

    Bardzo bardzo dużo robię w obszarze zawodowym w tym roku – i mówię tu nie tylko o pracy samej w sobie, o budowaniu struktury mojej firmy, ale też o układaniu się z duszą i o układaniu energii w sobie. To całkiem inny wymiar myślenia o „karierze” niż dawniej.

    Ekscytujący i straszny!

  9. Mam z każdym wpisem co raz większą ochotę na ajurwedyjską poradę – czy kojarzysz może kogoś obeznanego w temacie we Wrocławiu?

Dodaj komentarz