yard sale

Zastanawiam się, czemu przez wiele wiele lat, tak bardzo nie lubiłam lumpeksów i ubrań z drugiej ręki. Przychodzi mi co najmniej kilka odpowiedzi do głowy. Masz ochotę posłuchać?

Po pierwsze złapałam się na haczyk natychmiastowej gratyfikacji i luksusu. Wchodzę, wybieram, płacę, wychodzę. ALE FAJNIE! Ta rzecz jest miła, w moim kolorze i rozmiarze. Pachnąca! Zakapowana specjalnie dla mnie. Miło! Wiem, że niektórzy uwielbiają polować na specjalne okazje, przeczesywać lumpeksy i vintage story i budzi to w nich dreszczyk emocji. Dla mnie to takie nie było, bo ja przez długo czas nie mogłam nosić takich ubrań, jakie mi się podobały. Moi rodzice byli bardzo rozsądni i uważali, że wydawanie na markowe ubrania dla szybko rosnących dzieci to nieporozumienie. Dziś uważam, że mieli rację. Zanim jednak zaczęło się kupowanie na bazarkach, musiałam donaszać ubrania po moim kuzynie, czego szczerze nienawidziłam. Czułam się w tych ubraniach okropnie i chciałam zniknąć. Pocieszała mnie jedynie myśl, że po mnie, równie przewalone będzie miała moja siostra. Ku mojemu zdziwieniu, ona dostawała nowe, drogie ubrania. Jako dziecko potrafiła urządzić histerię przed wyjściem do przedszkola, bo sukienka zbyt mało się faluje. Ku jej zaskoczeniu, to ja później zostałam projektantką ubrań. Donaszanie po kimś zapisało się w mojej głowie, jako coś bardzo łe. Jakbym nie mogła pozwolić sobie na luksus własnego wyboru. Doskonale pamiętam pierwsze rzeczy, które mama pozwoliła mi wybrać w podstawówce. Były to siateczkowe buty. Legginsy z falbaną nad kolanem, a potem paskudne poliestrowe wdzianka z zamkiem, który miał zawieszkę w kształcie kółka. Szał! Kochałam je bardzo!

Po drugie lumpeksy śmierdzą i trzeba mieć do nich dużo czasu i cierpliwości. Ja nie mam.

Po trzecie nie lubię kupować ubrań przez internet.

Po czwarte krakowskie swapy na które trafiałam były najgorsze. Laski wywalały, co miały z wielkich koszy. Wszystko pomiętolone, często brudne. Filcowe torebki, kolczyki z suszonej pomarańczy, korale… nic, co by mi się podobało. I co oczywiste, nic z moich rzeczy nie podobało się im. Wiele ubrań było tak starych i niemodnych, że nadawałyby się bardziej na śmietnik niż do sprzedaży. Znów czułam, że to nie ma nic wspólnego z radością ani godnością. To nie były ubrania, to były szmaty.

Po piąte, kiedy pracowałam jako projektantka, funkcjonowały rozdawki. Rozdawka polegała na tym, że sample, na których pracowaliśmy sezon lub dwa temu, były wywalane na korytarz i można je było sobie zabrać. Trochę kto pierwszy ten lepszy, trochę ciuch mógł nie mieć podszewki, mieć zaszewki zamiast na piersiach to na pępku itp. Czasami to były naprawdę fajne rzeczy, ale często brało się to, co jest najbliżej, a nie to, co się podobało (nie było szansy na wybieranie). Nawet nie wiecie ile lat mi zajęło, by pozbyć się tych rozdawkowych ubrań. Część z nich mam do dziś i bardzo je lubię!

Dla mnie temat łaknienia sieciówek i nowości zawsze był związany z wolnością wyboru i z rekompensowaniem sobie braku. Bo przecież, zanim pojawiły się sieciówki, tego braku było więcej niż dostatku. Dziś można kupić właściwie wszystko. Pamiętam, jak zazdrościłam mojej londyńskiej koleżance, że może kupić sobie w Primarku czapkę lub rękawiczki, kiedy zapomni wyjść z domu bez swoich i jest jej zimno. Potem mogę je wywalić, kosztowały 3 funty — mówiła.


Przygotowania w Book & Art do wyprzedaży prosto z naszych szaf do Waszych!
Przygotowania w Book & Art do wyprzedaży prosto z naszych szaf do Waszych!

Dziś w tym konsumpcyjnym podejściu upatruję globalnego problemu z zanieczyszczeniem planety. Znam temat od podszewki z racji tego, że to był mój zawód. Wtedy w ogóle nie myślałam, że mam nieetyczną pracę. Przysięgam. Wydawało mi się, że projektuję fajne ubrania, w dobrych cenach, dla ludzi, którzy ich potrzebują. Zawsze lubiłam też marketing. Nigdy za to nie byłam minimalistką (może mam mało potrzeb, ale to nie oznacza, że mam mało przedmiotów). Nie mówiło się wtedy ile litrów wody potrzeba by wyprodukować białą koszulkę. Ja przez całą swoją projektancką karierę nie tylko projektowałam, ale też mierzyłam na sobie dżinsy. Nie miałam nigdy w kontrakcie bycia modelką techniczną, ale moja odmowa powodowała konsekwencje. Zazwyczaj była traktowana jak fanaberia, kogoś, komu nie chce się wbijać w obcisłe rurki. Moje nogi często były granatowe, pojawiała się też wysypka lub podrażnienia. Im bardziej przekombinowane dżinsy — tym większa szansa, że użyto do ich produkcji masy chemii. Ale i tak wszystkie one są prane z kamieniami albo kwasami, albo zmiękczane silikonowym coatingiem. Dlatego zawsze należy je prać (jak wszystkie ubrania przyniesione ze sklepu) przed pierwszym założeniem. Wiele lat pracy w rynku fast fashion obrzydziło mi wizyty w galerii, gonitwę za kolejnym trendem i ubrania z innych sieciówek.

Myślę też, że przez ostatnią dekadę moda (i produkcja oraz konsumpcja wszystkiego) w ogóle przyspieszyła. Mam niektóre ubrania z sieciówek, które mają nawet 7 lat i świetnie się trzymają. Wielkie koncerny podkręcają jednak trendy tak bardzo, że nawet w lumpeksie nie znajdziesz już rzeczy vintage, ale raczej całą masę akrylu z Primarka. Jakość jest okropna. Wszystko jest plastikowe, nieoddychające, z wystającym klejem. W szybkiej modzie nie ma wiele czasu na dopieszczanie szczegółów. Świadomość tego zmieniła moje spojrzenie na modę w ogóle i zmieniła mój styl. Dużo częściej patrzę na składy i wybieram ponadczasowe rzeczy. Myślę też, że dlatego lumpeksy nie są już „ciuch budami” – miejscami wstydu. Wstydu związanego z tym, że nie stać człowieka na pierwszą cenę. Teraz kupują tam oszczędni, studenci, ludzie o okrojonym budżecie i ludzie, którzy po kokardę mają masowej mody i szukają jednak czegoś ekstra.

Paradoksalnie, z drugiej ręki można kupić to samo, co w sieciówkach, ale za ułamek ceny. Można też zrobić swapa i się wymienić (i jeśli zmawiasz się z osobami, które podzielają Twój styl, jest to przyjemne) i można trafić na rzeczy dobrej jakości, które kosztują ułamek pierwotnej ceny. Gdybym chciała się ubierać w dobre gatunkowo rzeczy, nie wiem, gdzie miałabym to robić. Massimo Dutti może mieć lepsze składy, ale czasem z tych samych materiałów robiłam dużo tańsze rzeczy, dla jednej z marek, dla której wtedy pracowałam. Tyle że spodnie w Massimo kosztowały 700 zł a w naszej 100. Kiedy masz tę świadomość, nie kupujesz pseudo-luxu tak łatwo. Ostatnio z drugiej ręki kupiłam trzy wełniane swetry w super stanie (przedział cen od 25zł do 100zł), dobre gatunkowo dżinsy (pierwotnie z sieciówek), wielki sztuczny kożuch i trochę dodatków. Czuję się w tych rzeczach komfortowo…

59849297_1590452607765904_4779873884017000448_n

Nie musiałam po nie wchodzić do sklepu, nie musiałam przeglądać godzinami online storów (by i tak iść do sklepu, bo nie kupię dżinsów przez internet, nigdy mi się to jeszcze nie udało), mogłam puścić w świat moje rzeczy. Kupiłam taniej niż w sieciówce, czasem w lepszym gatunku. Z drugiej ręki kupuję meble (bo są drewniane, a nie ze sklejki, a jeśli ze sklejki to wykończone fornirem, a nie tym, czym wykańcza np. Ikea), wazony, zastawę stołową, czasem nawet sztućce. Lubię starocie, bo dają oddech od sieciówek. Lubię kupować rzeczy z drugiej ręki, które są sieciówkowe, bo są wtedy w adekwatnej cenie. Finalnie sama też lubię móc oddać w dobre ręce moje ubrania, bo zazwyczaj bardzo je lubię, ale już się ich nanosiłam.

 

Dzięki temu, że nie kupuję już ubrań, które byłyby do przerobienia lub zreperowania, nie ma obaw, że przytargam z lumpa coś, co mam nosić, a nigdy nie włożę. Znam miejsca z rzeczami z drugiej ręki, w których klimat mi odpowiada i ubrania są na wieszakach, a nie w wielkich koszach. Zeszłej zimy kupiłam puchową kurtkę za 200 zł i myślę, że będzie mi służyć przez następne 5 lat minimum.

No i chyba wisienka na torcie — oprócz wykorzystywania zasobów, które już zostały wyprodukowane, nawet jeśli te rzeczy są super fajne, nie boję się tak bardzo, że je zniszczę. To dla mnie ważne, bo jednak ubieram się, żeby żyć, a nie żyję, żeby się ubierać.

Wczoraj razem ze znajomymi zorganizowałyśmy wyprzedaż ubrań, książek i akcesoriów. Organizatorka miała przestrzeń w biurze swojego chłopaka, którą mogłyśmy przearanżować na te potrzeby. Wystarczyło skrzyknąć się, wycenić rzeczy, powiesić na wieszakach kategoriami, przynieść trochę kwiatów, zapalić kadzidła i zaprosić znajome wraz z innymi znajomymi. Ja zaprosiłam też Was. Był środek tygodnia, a i tak przyszło dużo ludzi, zamierzamy ponowić wydarzenie w najbliższym czasie, więc jeśli jesteście z Warszawy, zapraszamy! Szczegóły na pewno ukażą się na moim Instagramie. Opowiadam jednako tym po to, żeby zachęcić Was do puszczenia w świat swoich rzeczy lub odświeżyć własną szafę ze swoimi koleżankami — z pracy, uczelni, w rodzinie. Spróbujcie!


PRZECZYTAJ JESZCZE TO:

Odpowiedzialna moda – co oznacza moim zdaniem?

Sezonowe porządki w szafie – jak się za nie zabrać?

Author

3 komentarze

  1. Ubieram się w lumpeksach od kiedy pamiętam – dosłownie. Mój stosunek do ciuchów z drugiej ręki bardzo się zmieniał na przestrzeni lat. W dzieciństwie chodziłam z mamą lub tatą do sklepów z odzieżą używaną, ponieważ w domu się nie przelewało. Niektóre z tych sklepów doskonale pamiętam do dziś. Wtedy ubieranie się w lumpeksach było wielką „siarą” i gdy koleżanki pytały : „skąd masz te super spodnie ?” na poczekaniu trzeba było wymyślić jakąś ściemę. Moi rodzice nie kupowali mi i rodzeństwu firmowych ubrań, bo po pierwsze nie mieli kasy a po drugie nie uznawali markowych ubrań za lepsze niż no name. Za pierwsze zarobione pieniądze (miałam 15 lat i zbierałam truskawki, za 1 dużą kobiałkę płacono 2,5zł) kupiłam sobie pierwsze buty Nike – szczyt marzeń nastolatki. Za czasów liceum szperanie w lumpeksach stało się moją prawdziwą pasją. Za każdym razem gdy dysponowałam jakąś kasą biegłam do swoich ulubionych lumpków. Moja szafa pękała w szwach, swego czasu miałam w niej ponad 20 par spodni, nie wspominając o bluzkach,sweterkach,sukienkach. Koleżanki zazdrościły mi „łupów” – wówczas nie wstydziłam się mówić, że to ubrania z drugiej ręki. Później dałam się złapać w szpony myślenia pt. „ten ciuch kosztuje 2 zł, nawet gdy nie będę go nosić – trudno”. Z czasem zmądrzałam. Teraz wyłapuje wyłącznie perełki – dobrej jakości lub po prostu rzadkie, oryginalne ubrania. W tym sezonie idę na 4 śluby. Nie widzę sensu kupienia 4 nowych sukienek z butików (na takie okazje nie kupuję w sieciówkach) – liczę na to, że choćby 2 kupię w second handzie.

  2. Pamiętam, że kiedyś lumpeksy kojarzyły się że wstydem. Byk taki czas,, że rodzice nie mieli za dużo pieniążków i mama najczęściej Nas tam ubierala (ciuchy po kuzynostwie też nosiłam :)) . Z jednej strony się wstydzilam tak chodzić,zawsze się oglądałam czy nikt znajomy nie idzie z drugiej.. dzięki temu i pomysłowości Mamy w przerabiania ubrań miałam naprawdę niepowtarzalne rzeczy. Kiedy wchodziły na Nasz rynek sieciowki ja cały czas lumpeks czy w małych miejscowościach jak moja wszystko do 15 zł 😉 (tak taki sklep był!) Obecnie sh jeszcze bardziej kocham. Gdy byłam studentka i teraz. Tak naprawdę od dobrych kilku mcy mam przesyt ubrań i odwiedzanie sieciowek nie sprawia mi już takiej radości jak kiedyś. Nie wiem, mam wrażenie powtarzalność, przesyt a do tego od jakiegoś czasu bardzo zwracam uwagę na jakość.. I jakos wolę kupić jeansy w sh (wcale nie znoszone!) i wygodniej się w nich czuć niż wybierać coś z sieciowki (nienawidziłam kupować jeansów) . Zresztą właśnie w sh znalazłam skórzany plecak w idealnym stanie, swetrowa sukienkę z Primarka, bluzę z Jacka Danielsa i wiele innych perełek 🙂

  3. Mnie mama od maleńkości po szmateksach ciągała. Nie bardzo umiałam tam cokolwiek znaleźć – nie było wieszaków tylko stoły z wysokimi brzegami a na nich kotłowanina w której trzeba było kopać.

    A potem zakolegowałam się z dziewczyną która miała na mnie duży wpływ – ona ubieranie się w szmateksach uważała za szczyt obciachu i lubiła szydzić z takich osób. Wtedy chodzić tam przestałam, co by czasem mnie nie zobaczyła( ale ja mama mi coś stamtąd przyniosła to się cieszyłam). Pamiętam jak dziś, szłam sobie z ówczesnym psem, patrzę a tu idzie owa psiapsiółka – już machać jej zaczęłam ale mnie nie zauważyła. Rozejrzała się w prawo, w lewo i hyc, wskoczyła do szmateksu. Byłam zdruzgotana 😀

    Moje najlepsze ciuchy są ze szmateksu! 🙂 a szmateksów w moim mieście dostatek. Można zaobserwować ciekawe zjawiska, część pań urządza wręcz rajd po szmateksach, świetnie są zorientowane, co, gdzie, kiedy i co ziuta kupiła – znają się między sobą właśnie z tego hobby 😛 Są też kolejki przed lumpeksem w dzień wyprzedaży co mnie przeraża. Niegdyś zaplątałam się tam w taki intensywny dzień, przeglądałam sukienki gdy wtem jakaś kobieta ok 50 po prostu , bezceremonialnie mnie zepchnęła .Chyba się ślimaczyłam stojąc przed interesującym wieszakiem 😀

    Wychodzę z założenia, że jak coś ma być moje to będzie – czekam aż opadnie szum z powodu nasmarowanej plakatówkami kartki „dostawa towaru” i dopiero wtedy zaglądam- mam fantastyczną bluzę tie-dye, z boskiego materiału(moja skóra mruczy z rozkoszy jak mam ją na sobie), jak metka głosi stworzona dla joginów – tył dłuższy więc można pomykać w legginsach bez machania pośladami 😉

    Szmateksom mówię tak.

Dodaj komentarz