królowa oszczedzania

Wiele razy zastanawiałam się, w której kolejce stałam, kiedy bozia dawała opanowanie, cierpliwość, zdolności do matematyki, dobrą pamięć i inne przymioty tego typu. Na jedno jednak nie mogę narzekać — od zawsze potrafiłam gospodarować swoimi pieniędzmi.

Nigdy nie miałam długów. Przezornie nie składałam też wniosku o kartę kredytową. Nigdy nie brałam kredytu (zamierzam w tym trwać, to mi daje spokój ducha). A wiele lat wstecz, odkąd zaczęłam czytać Michała Szafrańskiego, nauczyłam się planować domowy budżet, oszczędzać, żyć życiem, na jakie mnie stać, a nie życiem, do którego aspiruję.

Dzięki temu udaje mi się podróżować, udaje mi się robić rzeczy dla mnie ważne (takie jak terapia, opłacanie wizyt u osteopaty, kupowanie książek, przyborów do malowania czy płacić za wizyty lekarskie u dobrych specjalistów, bez długiego oczekiwania w kolejce), udało mi się również przejść suchą stopą przez pierwsze kilka miesięcy, w których zostałam bez pracy (wyrzucono mnie z etatu), bez nowych klientów, bez pojęcia, co dalej.

Zdołałam nawet przeprowadzić się do Warszawy, znaleźć nowych klientów, dokończyć krakowskie projekty i nigdy nie pożyczyć od nikogo ani złotówki na bieżące sprawy. Przez minione lata to raczej ja pożyczałam pieniądze mniej przezornym bliskim.

Finansowe osiędbanie jest dla mnie bardzo ważne, bo daje mi spokój, poczucie niezależności i choć pamiętam, że pieniądze to tylko papierki, mogą się zdenominować, bank może upaść, może wybuchnąć wojna lub w obliczu jakiegoś solidnego życiowego fakapu (choroba, klęska ekologiczna, cośtam-cośtam) te pieniądze mogą nie pomóc mi absolutnie w niczym, uważam, że ogarnianie kasy jest istotne, bo wysyła pewien sygnał do Wszechświata i do… samej siebie.

Jeśli mam do wyboru — porządek w mieszkaniu lub na koncie bankowym, zawsze wybiorę ten drugi. Pilnuję zobowiązań, zawsze mam na opłacenie rachunków, kiedy tylko przypadkiem mam jakieś zadłużenie z gatunku „niedopłata 15 zł i odsetki, bo właśnie kupiliśmy dług od operatora, u którego była pani 5 lat temu” od razu przystępuję do działania i uregulowania należności. Jeśli tak nie masz, może zainteresować Cię książka:


KRÓLOWA OSZCZĘDZANIA

Kanadyjska blogerka Cait Flanders opisuje w niej pozornie swoją walkę o ład finansowy, ale tak naprawdę, swoją drogę do przyjęcia swoich emocji i porzucenia strategii zastępczych. A miała ich wiele — alkohol pity do zrywki, obżeranie się no i… zakupy. Dzięki temu dorobiła się 30 000 dolarów długu konsumenckiego. Mówiąc konsumenckiego, chcę powiedzieć, że Cait nie płaciła tymi pieniędzmi za kursy, studia czy rehabilitację chorej nogi, kupowała kawę w Starbuniu, elementy do wystroju wnętrz i inne dzindzibioły, żeby nagle wylądować w czarnej finansowej dupie.

Książeczka w różowej okładce napisana przez blogerkę… nie spodziewałam się po niej wiele, a jednak bardzo mnie zainspirowała. W przeciwieństwie do Cait ja dokładnie wiem ile i na co wydaję, wytrenowałam się też, w niewydawaniu pieniędzy, których nie mam. Zawsze staram się, wydawać mniej niż zarobię i jak wspomniałam — nie mam żadnych długów.

Jednak mechanizm „przeglądania, co jeszcze sobie kupić” jest mi dobrze znany. Kupowanie rzeczy dlatego, że ich pragnę, a nie dlatego, że realnie ich potrzebuję, też jest mi znany. Odnalazłam się też w rozkmince o tym, że Cait kupuje rzeczy nie takie, których potrzebuje Cait dzisiejsza, ona kupuje rzeczy dla Cait przyszłości, Cait, którą chce być. To mogą być za małe ubrania, wolnoobrotowe wyciskarki do soku, maty do jogi, książki do nauki języków i wszystkie te rozwojowe rzeczy, dla udoskonalonej Ciebie, którą nie jesteś, nie zaczęłaś jeszcze być, ale łudzisz się, że może przecież… będziesz i właśnie kupując to COŚ, robisz pierwszy krok?

Cait postanowiła też nie kupować nic przez rok, a później przeciągnęła eksperyment o rok kolejny. Wiele mnie różni od autorki, ale podróżując z nią przez ten rok, myślałam o tym, czego ja konsumuję za dużo i bezmyślnie, jakie zasoby ja marnuję i odkryłam, że jest to mój czas i konsumpcja treści, co splata się razem, a refrenem tej piosenki jest mój facebookowy wall, który sprawia, że klikam w linki do artykułów, które w ogóle mnie nie obchodzą, a ja tracę najbardziej produktywne godziny.

Jeśli brakuje Ci finansowego ogaru, samodyscypliny, wybierasz szybką gratyfikację i jesteś przeciążona konsumpcyjnym stylem życia, polecam Ci Królową oszczędzania i blog Michała Szafrańskiego. O ile książka napisana jest naiwnym językiem, o tyle naprawdę zmotywowała mnie do przyglądnięcia się własnym nawykom i wdrożeniu działań. Bloga Michała polecam za to, bo daje skuteczne narzędzia do pomnażania oszczędności, oszczędzania tak w ogóle i do wyrobienia sobie poglądu, że oszczędność to cnota!


FINANSOWO ZADBANA

Miałam jednak też inny problem. Wiesz już z pierwszej części posta, że jestem oszczędna, zachowawcza i rozsądna. Długo nie mogłam odkryć, co jeszcze powinnam zrobić, żeby mój związek z pieniędzmi się poprawił. Michał przestał działać, budżet był dopięty, a ja ciągle żyłam jak biedak. Dość długo szamotałam się z tematem, aż wzięłam udział w 5-dniowym darmowym wyzwaniu Zadbanej finansowo. Byłam sceptyczna, nienawidzę świata webinarów i szkoleń online, jednak to, co wypłynęło przez te 5 dni, zainteresowało mnie na tyle, że postanowiłam wziąć udział w 9-miesięcznym kursie Justyny Kwiatkowskiej.

Myślałam, że podniosę swoje zdolności oszczędzania na jeszcze wyższy poziom. Szybko jednak okazało się, że takie rzeczy to dopiero w drugiej części kursu i że największy nacisk jest położony na pracę z przekonaniami. No dobra, ale jak przekonania mają się do zarabiania pieniędzy? Mają!


SZKLANY SUFIT

Po pierwsze dzięki kursowi odkryłam swój szklany sufit, który stanowił moją korporacyjną pensję ok. 3000 zł. Wydawało mi się, że skoro po wielu latach pracy na stanowisku specjalisty właśnie tyle zarabiałam, to muszę zrobić wszystko, żeby to utrzymać. Nigdy nie pomyślałam, że mogę sobie pozwolić na zarobienie więcej. Na zarobienie więcej, bo mam 32 lata, bo się ciągle rozwijam i bo branża modowa płaci naprawdę słabo. Kiedy mieliśmy mówić, ile chcemy zarabiać, oblewałam się zimnym potem i myślałam… myślałam, że na to nie zasługuję. Dosłownie nie pozwalałam sobie odnieść finansowego sukcesu na takim poziomie, jaki mi się marzył. Kiedy myślałam o większym przychodzie, moja głowa wypluwała ERROR.


KONIEC Z OSZCZĘDZANIEM

Drugim zadaniem było dla mnie porzucenie oszczędzania… Tak! Dobrze czytasz. Nie chodzi o to, że nie oszczędzam pieniędzy. Chodzi o to, że czytając książki i bloga Michała doprowadziłam oszczędność i umiar do perfekcji, ale… z mojej pensji nie dało się już więcej oszczędzić. Ponieważ wszystko szło na oszczędności i życie, a praca na freelansie sprawia, że czujesz, że naprawdę twoja poduszka finansowa musi być puchata, oszczędzanie nie ma końca. Nigdy nie wiesz, kiedy będą klienci, kiedy nie. Kiedy ktoś ci zapłaci, a kiedy nie. Wpadłam w ciułactwo.

Ciułactwo spowodowało, że… nie miałam ochoty więcej pracować. Po co wypruwać z siebie flaki i ślęczeć przed komputerem, skoro nie ma z tego żadnej nagrody? Nie podróżuję, nie kupuję lepszego jedzenia, wszystkiego sobie żałuję i całe życie sprowadza się do stukania w klawiaturę… Dopiero kiedy podzieliłam konto na kilka i znalazłam swój własny system na dzielenie przychodu, zyskałam motywację, żeby pracować więcej.

To sprawiło, że zaczęłam brać więcej zleceń, bo każde z nich dawało ułamek sumy, którą mogłam wydać na wyższy poziom życia i na przyjemności (i na większe oszczędności!). W sumie nadal mieszkam jak na studiach. Nie mam samochodu (świadomy wybór), nie kupuję drogich ubrań i dodatków, mój luksus leży gdzieś indziej, a jest to głównie jedzenie na mieście, suplementy, zajęcia z jogi, możliwość pójścia na masaż i kupowanie produktów do gotowania w domu bez wybierania najtańszej wersji wszystkiego. To jest dla mnie luksus 🙂


PRZEKONANIA

Żeby jednak pozwolić sobie więcej zarabiać, śmielej negocjować moje stawki, odmawiać klientom, dla których nie chcę pracować (bo płacą za mało, bo ich tematyka nie jest zbieżna z moją) potrzebowałam bardzo mocno popracować nad swoimi przekonaniami. Nie tylko dać sobie pozwolenie na zarabianie, ale też zobaczyć, dlaczego tak naprawdę, wcale nie chcę dobrze zarabiać. Dlaczego pieniądze miałyby mi zagrażać?

Zaradne finansowo kobiety są nieczułe. Nieee, nic mi to nie robi.

Znajomi się ode mnie odwrócą. Nieee, to nie to.

Pieniądze mają tylko złodzieje. Eeee, no nieeeee.

Pieniądze przychodzą trudno. Oooooo ciepłooo!


I najlepsze na koniec:

Kiedy będę miała pieniądze, stracę wymówkę i będę musiała być szczera w relacjach. BINGO!


To było moje największe odkrycie. Ja nie bałam się zarabiać. Bałam się, że moja wymówka zdarta jak płyta „nie mam na to kasy” przestanie być aktualna i będę musiała powiedzieć:

Nie chcę jechać z Wami na wakacje. Wybieram inaczej. Chcę jechać na wakacje sama.
Nie, nie pożyczę Ci pieniędzy, bo ich nigdy nie oddajesz.
Nie kupię Ci tego, chociaż mogę. Zwyczajnie nie chcę tego zrobić.

Czujesz ten powiew asertywności? Jak można odmówić mamie i siostrze babskiego wyjazdu? Dlaczego nie chciałabym pomóc komuś, kogo wspieranie jest jak palenie kasą w kominku? Przecież kocham tę osobę. Dlaczego nie chcę ulec zachciance dzieci, chociaż mogę? Jakim człowiekiem to mnie czyni? Czy nie lepiej powiedzieć „bardzo chcę, ale nie mam”?

Pierwsze trzy miesiące kursu tak naprawdę nie myślałam o pieniądzach. Myślałam o tym, że będę musiała być odpowiedzialna i stanowcza w sposób, który w Polsce nie jest do końca akceptowalny. Być oszczędną, pragmatyczną i bez kasy, to zupełnie co innego, niż mieć kasę i własne priorytety oraz szczelne granice. Kiedy pieniądze przestają być wymówką, trzeba powiedzieć NIE i to nie dotyczy konkretnej osoby. Auć!


PIENIĄDZE PRZYCHODZĄ ŁATWO

Transformowałam też wiele z naszych narodowych przekonań odnośnie tego, że pieniądze tak okropnie trudno jest zarobić, utrzymać, że wszyscy chcą nas okraść i ogólnie olaboga. Jasne, nie mówimy o tym, że zarabiam teraz 15000 zł. Ale mówimy o tym, że daję sobie do tego prawo. Mówimy o tym, że jak w końcu wydukałam sumę, którą czułam, że chcę zarabiać, zrobiłam to w mniej niż pół roku kursu. Bez okłamywania i żerowania na nikim.

Znalazłam lepszych pracodawców.

Negocjowałam swoje stawki.

Wybierałam tylko tych, dla których chcę pracować i kierowałam się przy tym poczuciem, że naprawdę to nie tylko o kasę chodzi, chcę dla nich zrobić, to, czego ode mnie wymagają, jak najlepiej.

Na początku czułam duży dyskomfort, z tym że nie rzucam się już na gówniane zlecenia, które kiedyś czułam się w obowiązku brać, bo nie można odmówić (znów!). W negocjacjach cen pomagała mi moja przyjaciółka Sara. Sara zarabia w branży technologicznej i moje „wygórowane stawki” ją śmieszyły. Cisnęła mnie, żebym liczyła to wszystko inaczej i motywowała do pozbycia się tej nieśmiałej sierotki we mnie.

Duży dyskomfort powodowało podejście do finansów mojego partnera. Skrajnie różne niż moje. Bałam się ocen nie tylko jego, ale też Waszych.

Finalnie zamknęłam jednak rok tylko z klientami, których naprawdę uwielbiam, którzy robią dobre rzeczy i których szanuję. Mam w sobie dużą wdzięczność za współpracę z nimi i czuję, że tam płynie! To nie tylko biznes.

Zrezygnowałam w międzyczasie z pisania dla magazynów, które nie płacą za teksty, obsuwają się z płatnościami lub traktują swoich writerów jak śmieci. Podjęłam za to dużo gorzej płatne, ale bardziej satysfakcjonujące współprace z magazynami, które są mi bliskie i dla których piszę z przyjemnością.

Zrobiłam przestrzeń, na działania wokół bloga. Zdobyłam się na odwagę, by założyć Patronite, dzięki czemu pozbyłam się też wyrzutów sumienia (czasem podsycanych przez bliskich, dla których to była jakaś forma bumelanctwa), że zamiast chwytać się wszystkich możliwych form zarobkowania, ja wyrzucam kasę na bloga i poświęcam mu czas, jakby był czymś serio.

Dla mnie zawsze był, a odkąd zmieniłam jego formułę i zaczęłam publikować na nim wywiady i relacje z różnych warsztatów, recenzować książki i kursy, słowem — przestałam sprzedawać teksty dalej, a zaczęłam publikować je tu, poczułam, że chcę mu poświęcić więcej czasu i uwagi. Dzięki temu czytelniczki stały się moim odniesieniem, a nie sponsorzy sprzedający rzeczy, których uważam, że nie potrzebujecie, ja ich nie potrzebuję, planeta ich nie potrzebuje, no słowem są szkodliwe i są właśnie w świecie konsumpcji, który opisuje Cait. Teraz bez wyrzutów sumienia zaczęłam opłacać hosting i domenę, kupiłam aparat i mikrofon i zaczęłam podciągać się we wszystkim, co tu zawsze kulało, wiedząc, że mam na to czas i środki!


EXCEL

Nadal nie kocham się z tabelkami, ale nauczyłam się z nich korzystać. Na kursie dowiedziałam się, co muszę uporządkować, żeby zamiast mitrężyć czas, móc pracować lepiej. Wiem, ile rzeczy muszę zrobić odpłatnie, wiem też, gdzie mogę działać ideowo. Wiem, jakie wartości chcę dawać innym i to też jest dla mnie forma luksusu, pracować z tym, co uważam za ważne, a nie tym, co trzeba zrobić.


NA KONIEC

Podsumowując: w zarabianiu pieniędzy powstrzymywały mnie głównie problemy z asertywnością, wrodzona lękliwość i strach przed oceną. Ten kurs zrobił robotę i go polecam, bo po prostu działa. Jednak inne uczestniczki miały inne problemy. Niektóre miały pomysły na biznes, które nie miały szansy wypalić. Inne bały się rozpadu małżeństw, wiele miało beznadziejne przekonania o pieniądzach wyniesione z domu. Każda z nas pracowała z czymś innym. Dla mnie największą przeszkodą w drodze do finansowego dobrobytu nie była rozrzutność, ale strach przed zarabianiem. U innych bywało inaczej.

Mimo że nie brałam udział w kręgach online (no nienawidzę) i ogólnie nie przepadam za internetową formułą kursów (ciężko mi się zmobilizować, energia jest też inna niż na żywo) jestem totalnie zadowolona z uczestnictwa w Zadbanej Finansowo. Rocznie uczestniczę w wielu kursach, korzystam z porad wielu specjalistów i kiedy są niezadowalające, staram się o nich nie wspominać na blogu. W zeszłym roku konsultacja ajurwedyjska i kurs Justyny totalnie zrobiły dla mnie robotę, dlatego dzielę się nimi dalej.

Żeby jednak cokolwiek zadziałało, musisz mieć pewność, że nie płacisz za to, żeby kurs sobie leciał… musisz brać w nim udział, robić zadania. Pracować z tym. Bez niego nic się nie transformuje. Właśnie rusza kolejna edycja i chcę Ci bardzo polecić uczestnictwo. W tym wypadku, jeśli kupisz kurs do 8.03.2019 przez mój link, ja zyskam, bo to link afiliacyjny.

Polecam Ci kurs szczerze, tak samo, jak książkę i blog Michała Szafrańskiego, ale z góry chcę powiedzieć, że musisz chcieć przebiec ten maraton, żeby przyniósł efekty. I jeśli jesteś gotowa, jestem pewna, że zadziała. Po prawie roku siedzenia nad tematem finansów ja działam dalej. Z nowymi przekonaniami podejmuję nowe zawodowe wyzwania (napisałam tekst dla magazynu, który szczerze kocham, a teraz zaczynam prace nad scenariuszem do edukacyjnego filmu!). Jestem jednak ciągle głodna nowych sposobów na różne rodzaje osiędbania.

Jeśli jest coś, co totalnie odmieniło Twoje finansowe życie, napisz mi proszę o tym w komentarzu 🙂 To może być kurs, konsultacja, książka, blog, ale też wydarzenie z Twojego życia lub dobra praktyka!

Jeśli chcesz transformować swoje przekonania na temat finansów, nauczyć się lepiej wyceniać i zarządzać pieniędzmi na kursie Justyny, będzie mi supermiło, jeśli skorzystasz z zapisu przez mój link i zrobisz to do 8 marca.

TU LINK DO KURSU

Author

16 komentarzy

  1. mi najbardziej pomogło wyjście z toksycznej relacji z pasożytem. bujam się z kredytem, który na niego wzięłam, no ale trzeba dźwigać krzyż głupoty który się wzięło.

    dużo pracuję, na kilku projektach i mam pracę na full-time.

    do asertywności jest mi jeszcze daleko, ale juź bliżej niż jeszcze jakiś czas temu.

    dziękuję za ten wpis!

  2. Blum

    Jesli któraś z Was chciałaby dostać mój egzemplarz książki, chętnie go oddam 🙂 Nie chcę gromadzić rzeczy, a może zainspirować kogoś dalej. Mam jedną sztukę więc kto pierwszy ten lepszy 🙂

  3. Asertywnosc to jednak moze byc zalazek wielu innych problemow, ktorych zazwyczaj z nia nie wiazemy. Bardzo interesujace! Ja przez cale moje zycie z tym walcze. Ciesze sie, ze mowisz o finansach w ten sposob i dalo mi to troche do myslenia. Nigdy nie wzielam kredytu, zawsze starczalo mi na wszystko co sobie zaplanowalam (wakacje) i na rzecz tez niezaplanowane (np emergency u dentysty) mimo tego, ze nie zarabiam krocia. No i wiem, ze moglabym zaplanpwac wydatki jeszcze lepiej, ale nigdy nie mialam sily przebrnac przez tego bloga o ktorym wspominasz. Ja mam w glowie taki alert ktory sie uruchamia bardzo szybko jak jest za duzo mowy o Excelu i kalkulacjach 😀 Wlasnie zapisuje sobie w kalendarzu zeby sie tym zajac za jakis czas. Nie dlatego, ze prokrastynacja, ale po prostu mam aktualnie na glowie szukanie nowej pracy i zapisuje sie na terapie no i moze nie ma co sobie za duzo brac na glowe na raz. Szkoda ze ten warsztat tylko raz w roku 🙁 Trzymam jednego kciuka za siebie a drugiego za reszte z Was, ktorzy chca ogarnac swoje finanse :))

  4. ja chętnie bym przeczytała tę książkę (jeśli jeszcze wolna) i obiecuję, że podam ją dalej jak skończę czytać :))

  5. Świetny tekst. Do wielu spraw podchodzę podobnie, w tekście uderzyła mnie kwestia szklanego sufitu, to chyba też o mnie niestety.

    Pochodzę z domu, w którym z kasą bywało różnie, raczej gorzej niż lepiej i to bardzo wplynelo na moje podejście do finansow. Jedną z pierwszych decyzji jakie podjęłam zaczynając pracę zarobkowa i samodzielne życie bylo to, że cokolwiek się nie wydarzy, najpierw płacę rachunki. Z dumą przyznam, że wiele lat później nadal się tego trzymam. Finansowym guru jeszcze nie jestem, ale w myśleniu o finansach dużo pomógł mi również wspomniany w tekście blog Michała.
    Ps. Chętnie przygarnę ksiazke.

  6. To jaaaa poproszę 🙂
    I – gdy tylko przeczytam – wrzucę info tu i prześlę książkę następnej chętnej! 🙂
    Btw – Świetny wpis… dla mnie jak zawsze w punkt i z inspiracją do refleksji…

  7. Ja czuję ogromną potrzebę przeczytania takich treści. Bardzo chętnie przyjmę książkę 🙂

  8. Kilka dni temu zapisałam się na ten kurs 🙂 Czuję, że dużo zmieni w moim finansowym życiu na lepsze i już nie mogę doczekać się tej pracy!

  9. Dzięki za wpis, jest super, od razu zajrzałam na stronę Justyny i zrobiłam test na archetypy :).

  10. Blum

    Agata – wygląda na to, że zgłosiłaś się pierwsza po książkę, odezwij się do mnie mailowo (w menu na górze masz – napisz do mnie) i zgadamy się, żebyś dała mi swój adres.

  11. Hej, kurs miał być w sprzedaży do 8 marca? W końcu zebrałam się w sobie, żeby go kupić i nie jest już dostępny 🙁

  12. Blum

    Zapytam czy jest jeszcze opcja żebyś dołączyła, bo faktycznie zapisu się już skończyły.

  13. Blum

    Myshowata – napisz do Justyny i powiedz, że jesteś ode mnie. Od razu napisz jej też, czy chcesz od razu zapłacić za całość czy w systemie ratalnym 🙂 i możesz jeszcze dołączyć ale się pospiesz pls 🙂

Dodaj komentarz