00Postanowiłam zmienić całe swoje życie. Ale przecież nie pierwszy raz.

ZWOLNIENIE Z PRACY

Kiedy straciłam serce do pracy w swoim zawodzie (a straciłam serce do pracy w swoim zawodzie trochę z podobnych powodów co Jan Leśniak), praca, co było łatwo przewidzieć, straciła też serce do mnie. Co to oznacza? Ano mówiąc bez ściemniania tyle, że zostałam zwolniona. I bardzo się z tego ucieszyłam. Po pierwsze dlatego, że nie miałam serca do tej pracy. Po drugie dla tego, że nie miałam jaj żeby z niej odejść, bo nie miałam absolutnie żadnego planu B, po trzecie dlatego, że niczego w życiu nie bałam się bardziej niż utraty pracy. Od zawsze starałam się być finansowo niezależna i robić swoje. Nie byłam wtedy w związku i w ogóle nie było nikogo, kto by mnie uratował w tej sytuacji. Z tego też się bardzo ucieszyłam, bo poczułam, że skoro to mój największy życiowy lęk, chcę się z nim wreszcie skonfrontować zamiast wiecznie się bać, że kiedyś to w końcu nastąpi. Po prawie dziesięciu latach pracy z produktem, postanowiłam, że będę żyć z pisania. Dziennikarstwa, które połączę z pisaniem swoich autentycznych treści na mojej własnej stronie ze spotkaniami z ludźmi. Po co będę się z tymi ludźmi spotykać? Nie miałam wtedy pojęcia. Po prostu czułam, że chcę zamienić sukienki szyte w Chinach na coś co daje mi poczucie sensu i czym zajmuję się od lat, bo to kocham. Chciałam też nie być przywiązana do jednego miejsca i móc być mobilna. Jednocześnie ja kocham modę i kocham pracę z produktem. Bardzo za nią tęsknię. Pomyślałam więc, że nie będę wszystkich projektów ogarniać sama, po prostu spiknę się z ludźmi, którzy robią coś co mnie jara i dam im tyle mojego doświadczenia i talentu ile tylko są w stanie przyjąć. I tak jest. Od listopada zeszłego roku pracuję na umowy zlecenia służąc innym moją wiedzą z zakresu projektowania ubrań, giętkim językiem, kiedy piszę teksty dla ich klientów lub na ich strony, prowadzę warsztaty, które mają feministyczną zajawkę i piszę dla najfajniejszych (czyli np Wysokich Obcasów i Girls Room). Przyjęłam, że wolę podziadować niż ciupać teksty za marne grosze, byle tylko coś zarobić. Nie dlatego wierciłam się za biurkiem, żeby teraz pisać rzeczy, które uważam za idiotyczne. Dałam sobie luksus życia z niskim budżetem, ale pracowania dla ludzi, którzy robią super rzeczy i są mi w stanie super zapłacić, za to co dla nich robię. Wiedzą kim jestem, wiedzą na czym się znam, wiedzą, że będą zadowoleni. I nie próbują utargować rabatu. To dobrze, bo ja nigdy nie próbuję zrobić swojej roboty tylko na 80%. Zawodowo więc ciągle moda, uroda, ale też feminizm i siękochanie i osiędbanie. Feministyczne tematy w świeżym, mało radykalnym ujęciu. I tak. Mogę pisać skądkolwiek. Byle był internet.

ŻYCIE NA DWA DOMY

Odkąd poznałam Rulo, wiedziałam, że nie chcę już żyć pracując w biurze i błagając o dwa tygodnie urlopu w roku. Wiedziałam, że chcę żyć moim własnym rytmem i że będzie to czasem niewygodne, trochę trudne, że może będzie biedniej, ale ponieważ uparłam się żyć z serca, a nie głowy, chciałam być na tyle wolna na ile to możliwe. Byłoby wszystko cacy, gdyby nie moje zdrowie. Trochę nie dzieje się nic, trochę dzieje się wszystko. Moje ciało i ja, próbujemy porozmawiać, ale mówimy w innych językach. Ja z pytajnikami w oczach. Ciało mówi wysypkami, nietolerancjami pokarmowymi, infekcjami najróżniejszego typu, gorączkami i rzeczami, które nie działy mi się nigdy, a teraz się dzieją. Wtedy życie here and there and everywhere wcale nie jest takie klawe. Jeżdżę obładowana suplementami i lekami, na wszystkie możliwe sytuacje, jakie tylko mogą mi się przydarzyć. Nie mogę się wysikać za krzakiem, zjeść byle czego na dworcu i lepiej żebym chodziła regularnie spać. Czyli najchętniej, żebym miała szereg zdrowych nawyków, komplet badań i rytm, a nie przemieszczała się po świecie bez planu. Ciało mówi „ej, stara, ja lubię stabilizację, weź mi daj plan”. Strasznie mnie to frustruje, bo ja czuję inaczej niż ciało i chciałam sobie pofolgować. Od miesięcy żyję między Krakowem a Warszawą. W międzyczasie jestem trochę tu, trochę tam i wszędzie dookoła. Kiedy z Warszawą łączą mnie tylko ziomki i praca, po prostu pakuję tobołek i jestem, a potem mnie nie ma i tak średnio co miesiąc. Ale kiedy w grę wchodzą uczucia, a ja żyję pół miesiącu tu, a pół tam, nagle zaczyna robić się trudno.

Mam uczuciowy jet lag. Ciężko mi się przestawić, jak jestem tu. I jak jestem tam. Tam chodzimy do baru mlecznego za rogiem i wszędzie są sami faceci. Tu mam głównie przyjaciółki i swoje kąty. Pracuję tu i pracuję tam. Czasem w Krakowie próbuję otworzyć drzwi swoim warszawskim kluczem. Kiedy wychodzę z kamienicy, czuję się równie naturalnie tu co tam. Na dworcach zaczynam kwękać, że wcale nie chcę wracać. Znajomi w Warszawie pytają „kiedy wracasz do domu?” i mają na myśli Warszawę. W Krakowie dąsają się „ej Warszawianko, kiedy wracasz do Kraka, co ty z tą Wawą, już tam  mieszkasz czy co?”. Głównie jednak wszyscy mają swoje zajęcia i nieważne gdzie jestem, akurat nikt nie ma wtedy czasu żeby się spotkać.

PRZEPROWADZKA

Postanowiłam się przeprowadzić. Chciałam to zrobić od lat i zawsze żartowałam, że tylko miłość mnie zmobilizuje na tyle, żebym to w końcu zrobiła. Ale nie zrobiłabym tego mając tu pracę na etacie. Teraz wszystkie klocki się ułożyły. Nie traktuję tego jak wielkiej sprawy, życie dla mnie jest przygodą. Kiedy przeprowadzałam się rok temu, myślałam, że jak to ja, będę bardzo rozkminiać i przeżywać byłe mieszkanie. Ale nie. Zasnęłam w nowym pokoiku i poczułam się totalnie u siebie. Łatwo mi się czuć u siebie gdziekolwiek jestem. Myślę, że tak jest, bo dobrze siebie znam i w sobie samej czuję się jak w domu. Poza tym domu nie mam od lat. Myślę, że ponad czterech. Więc zmieniam bazę wypadową i zestaw ludzki. Bardzo się cieszę. Poznałam kogoś z kim kocham spędzać czas. Tak właśnie wygląda moje życie i moje relacje – kiedy czuję, że przy kimś wszystko mi się chce, że ta osoba ma podobną wrażliwość, że chcemy razem kreować sytuacje i rzeczy, wchodzę w to z wielką radością. Zarówno zawodowo jak i uczuciowo. Bardzo lubiłam mieszkać z Markiem i chętnie dzieliłam się z Wami efektami naszej wspólnej pracy. Mieliśmy supertwórcze flow. Tak samo mieszkało mi się z Rulo. Teraz czas na kolejny rozdział i mogłabym ględzić też o miłości, ale to zbyt osobiste i ckliwe. I nie wiem czy by Was obchodziło. Musiałabym przyznać się do swoich uczuć (a to dla takich rozbójniczek jak ja zawsze oznaka słabości i jest krępujące) musiałabym rozpłynąć się jak masło na toście opowiadając o Maharadży i jego licznych zaletach, a przecież ile we mnie jest strachu. No jest, dużo. Ja zawsze się boję, ale od jakiegoś czasu w ogóle nie przeszkadza mi ten strach, w robieniu tego co czuję, że chcę i powinnam. Dla Was ta zmiana oznacza tyle, że jeśli się jednak odważę i rozbroję, jeśli pozwolę sobie na ufność i naiwność, taką totalnie manifestowalną w świecie online, to poznacie nasze wspólne projekty. Mówię z pełnym przekonaniem, że ten człowiek, co ja go tak lubię i szanuję, jest superklawą osobą i pewnie zrobimy razem niejedną fajną rzecz. Z pewnością będziemy dużo gotować, co oznacza powrót przepisów. Myślę, że może będzie też więcej o stylu życia. Bo styl życia jaki uprawiam z tym człowiekiem, to jest taki styl życia jaki ja kocham najbardziej, a poza tym jest on niskobudżetowy. Bardzo. To chyba może być inspirujące?

GIRLPOWER

Zmiana bazy wypadowej oznacza też, że może hejhej, podziałam całkiem fizycznie w tym mieście Warszawa. Może jakieś podwieczorki, może jakieś warsztaty, może nowi fajni ludzie i wspaniałe inicjatywy. Może tak być! Mam nadzieję, że byście chciały. Bo ja bardzo. To całe miłosne mambo-dżambo oznacza też, że trafiam do nowej miejscówki i jestem zakochana, i to najlepiej ale też najgorzej. Najgorzej dlatego, że wiadomo co robią zakochane dziewczyny. I to wszystkie. Te które mają 15, 55 i 95 lat. One lubią się zakokosić z nowym partnerem i zbudować sobie z nim cały świat razem. Bo przecież zakochujemy się w ludziach, z którymi nam fajnie. Dla Was ta sytuacja oznacza tyle, że robię wielki eksperyment budowania życia osobno. Bycia jednak pełnowartościową jednostką, niesuplementowaną facetem. Uważam, że dla kobiety to najważniejsza rzecz – mieć swoje. Swoje przyjaciółki, zajęcia, pieniądze i życie. I z tej pozycji można się dzielić z partnerem. Inaczej można wpaść w bluszczyzm i zbudować dziwną relację z protezą połowy siebie. Przyznaję się, miałam takie tendencje. Dziś jestem świadoma, przytomna i chętnie zdam relacje z placu boju. Jak? Np. w formie mini przewodnika „jak zbudować sobie superklawe życie w obcym mieście”. Dziewczyny muszą być jego częścią. Nie wyobrażam sobie być gdziekolwiek na tym świecie bez wsparcia kobiet. Liczę na Was.

PRYWATNOŚĆ

I znów wracają te rozkminy o prywatności. Chociaż jestem dzieckiem internetu, przeraża mnie on. Przeraża mnie, bo ja mówię prosto z serca, ale nie wiem do kogo. I krępuje mnie, że pisząc o swoim życiu, trochę jeszcze jestem osobą z krwi i kości (mam sterczącą grzywkę, katar, focha i muchę w nosie) a trochę jestem jak taka bohaterka historii. Czasem jestem brzydka i głupia. Wy też. Ale Was nikt nie widzi, wszyscy zapominają. A u mnie? Można sprawdzić jaka głupia i brzydka byłam rok temu. A mogę się tego wstydzić. Pokazuję wiele, ale są rzeczy, których nie pokażę nigdy. Są rzeczy, o których mogłabym opowiedzieć, ale są tak bardzo skomplikowane. Albo co gorsza, są rzeczy, które bolą. I wiem, że chciałabym przepłakać je w samotności. To jest moje ryzyko i ciągle kalkuluję czy je ponieść. Przepadam za historiami innych. Historie innych tak wiele mnie uczą. I lubię ładnych ludzi w internecie, ich dzieci, ich książki i to co jedzą. Wiem, że to głupie, widzę ich czasem na mieście i chcę im zamachać, jakby byli sąsiadami, przecież ich znam, ale tylko z okna internetu i oni nie wiedzą kim jestem. To są te dziwne momenty. Nigdy nie interesował mnie fejm, ale zawsze lubiłam snuć opowieści. Uważam, że tylko surowe, prawdziwe niosą wartość. Że nie umiałabym oderwać ich totalnie od życia, tak żeby zarezonowały w innych i dały im do myślenia. Pytanie o prywatność wraca, bo kiedy róbmy warsztaty, jedziemy w góry lub organizuję podwieczorek w kręgu, ja jestem na równi ze wszystkimi osobami, które przyszły. Nie zachowuję dystansu organizatorki.  Mówię jak jest i mówię prosto z serca. Czasem się tego boję. Dużo się boję. Mówiłam już? A mimo to, być może moją największą wartością jest to, że potrafię być autentyczna. Zawsze to umiałam. Wtedy kiedy to było niewygodne, kiedy brzydkie, kiedy potrzebne i kiedy zbędne. Moje opowieści snuję nie po to żeby się pochwalić. Snuję je, bo wiem, że one będą z Wami wchodzić w dialog i że ten dialog jest dobry, nawet jeśli się ze mną nie zgodzicie lub mnie ocenicie. Takie są moje intencje. Przychodzę żeby się podzielić. I chyba po cichu liczę, że obejdziecie się ze mną łagodnie. A jeśli to co oferuję nie podoba się Wam, że odejdziecie w spokoju.

Zdjęcie: Marek Petraszek

Author

10 komentarzy

  1. Może to trochę samolubna, ale jednak szczera opinia, że cieszy mnie podejmowane przez Ciebie ryzyko „odsłaniania się” w internecie. Fajnie jest móc poczytać o rzeczach, które mnie stresują/ zastanawiają/ wkurzają we własnym życiu z perspektywy osoby, która przeżyła coś podobnego i dzieli się swoim doświadczeniem. No bo każdy to przeżywa (przynajmniej tak mi się wydaje): wypalenie zawodowe, problemy z emocjami, ludźmi, związkami. Niestety nie mam za wiele przyjaciółek, jest kilka, ale zwykle łatwiej dogaduje się z mężczyznami. A wiadomo, że nie ma to jak pogadać na pewne tematy z drugą laską. No więc, dziękuję 😉

  2. Hej ! Wspaniale 🙂 Uwielbiam Cie czytac i Ci kibicuje. Inspirujesz mnie i chce wiecej. Przeczytalam Twoj ebook. Troche sie nauczylam, wiele juz wiedzialam i praktykuje. Wiec czytalo mi sie z pewnym „hell yeah” 😉 Aktualnie chyba najbardziej walcze ze soba w kontekscie pracy, ktora mnie nie inspiruje i staram sie znalezc energie aby ciagnac projekt, ktory (mam nadzieje!!!) doprowadzi mnie to pracy moich marzen. Wiec zdobycia wewnetrznej wolnosci. Walcze tez z tym co sama piszesz powyzej o „ryzyku” jakie niesie za soba zakochanie. Ze to „najfajniej” i „najgorzej”. Staram sie znalezc balans pomiedzy pragnieniem niezaleznosci i jednosci z partnerem. Zaufania. Zastapienia oczekiwan ciekawoscia. Nie obawiania sie na zapas. Nie starania sie aby wszystko kontrolowac i planowac. Just let things go and happen when the time is right… Tobie juz sie udalo „let go”. To taka wielka sztuka i wartosc w zyciu. Wiec dziel sie i inspiruj dalej, prosze. I stay stuned. (PS. Te osobiste sa wlasnie najwartosciowsze chociaz bardzo rozumiem potrzebe prywatnosci i zachowania wlasnego „tajemniczego ogrodu”).

  3. Taaak!!!! Zróbmy coś dziewczyńskiego w Wawie. Uwielbiam Cię!

  4. O rany, a jak łączysz te ciągłe tułaczki z tym, że masz kota? Bo mnie też ciągnie i tu i tam, a nie zawsze wiem co mam z kociastym zrobić – brać ze sobą, zostawić z kimś u niego czy lepiej u mnie, czy w ogóle najlepiej to siedzieć w domu. Jak Ty robisz?

  5. A ja chętnie poczytam o stylu życia niskobudżetowym. Nie wiem jak to robię, że miesięcznie przewalam kasę na ciuchy i kosmetyki. Co miesiąc mi się wydaje, że mam już przecież wszystko czego mi trzeba ale zanim wpłynie pensja, już mam srylion planów na kolejne wydatki 🙁

    Także na kreatywne wpisy z tego tematu czekam z wytęsknieniem:)

    Laura

  6. Blum

    Blue – najpierw zostawał ze współlokatorem mym. Teraz dla odmiany koczuje u mojego ex partnera, bo to wspólne dziecko 😀 a on jest bardziej stacjonarny.

  7. Bardzo doceniam Twoje osobiste, odsłaniające kawałek Ciebie posty. Dziękuję, że masz odwagę je pisać. Od kilku lat jestem w procesie poznawania siebie, uczenia się tego, jak zaopiekować się sobą i przejmowania odpowiedzialności za swoje życie. Wiele z tego, co piszesz mocno ze mną rezonuje. Podobnie jak komentująca wcześniej Paulina, nie mam obecnie w swoim życiu naprawdę bliskich dziewczyn – ja się zmieniam i pewne znajomości, pewne formuły się kończą – tym bardziej doceniam Twoją szczerość i autentyczność 🙂 . Jeśli czujesz się z tym OK, to pisz, jak najbardziej, jeśli wolisz zachować prywatność dla siebie, to też jest to zrozumiałe i bardzo ok 🙂

Dodaj komentarz