Ja - Polka. W ukochanej Warszawie, nad Wisłą, jesienią.
Ja – Polka. W ukochanej Warszawie, nad Wisłą, jesienią.

Kocham podróże! Barcelona, Lizbona, Berlin, Londyn, Budapeszt są inspirujące. Chętnie zobaczyłabym Amsterdam, Oslo, Kopenhagę i Sztokholm. Nie byłam w Irlandii, nie znam Francji, Paryż jest mi obcy. Jeśli czegoś mam w życiu mało to są to podróże. Jednak jest jedna, niezaprzeczalnie ważna sprawa: UWIELBIAM MIESZKAĆ W POLSCE.

Jako nastolatka widziałam głównie wady. Nie lubiłam Szczecina i czułam, że się w nim duszę. Marzyłam o miejscach bardziej kolorowych, szybszych, bardziej tolerancyjnych. Marzyłam o miejscach bardziej… światowych. I tak: miałam epizod londyński, który potrwał może miesiąc 🙂 To był jeden z ważniejszych miesięcy w moim życiu.

Zrozumiałam wtedy wiele rzeczy. Jedna z nich to ta, że wolałam wrócić do Polski, rozkręcać własny biznes, edukować się, niż być niskowykwalifikowanym pracownikiem za granicą. Nie ma to nic wspólnego z pogardą wobec pracy fizycznej. Zdaję sobie też sprawę, że poza Polską też można studiować, pracować w swoim zawodzie i kształcić się. Wtedy to było nie na moje nogi. Miałam 19 lat, byłam bardzo skłócona z moimi rodzicami, nie miałam żadnych własnych pieniędzy i żeby żyć, potrzebowałam pracować. Pracując na czarno w sklepie z ciuchami, mogłam wyciągnąć w tydzień tyle, ile moja mama pracująca w szkole przez miesiąc. To mnie fascynowało i przerażało. Byłam w wieku, w którym myślałam racjonalnie o tym, że… nie myślę racjonalnie. Bałam się, że jeśli tam zostanę, te pieniądze pozwolą mi na życie, którego nigdy nie mogłam doświadczać w Polsce, ale będę żyć z dnia na dzień i finalnie obudzę się w wieku lat 27 bez żadnego wykształcenia, nigdy nie będąc miejscowa, będąc bez korzeni. Marzyłam o tym latami, ale okazało się, że za duże miasto, za dużo bodźców, za duża anonimowość i nieco inny kontekst kulturowy wcale nie są tym, czego oczekuję od życia.

Potulnie wróciłam do Polski, nie traktując jednak tej nauczki jako przegranej, a jako mój wybór. I wyboru tego dokonuje codziennie, niezmiennie, z radością: KOCHAM ŻYĆ W POLSCE. Wtedy założyłam swoją pierwszą firmę, wyprowadziłam się z domu, rozpoczęłam edukację w Krakowie, zrobiłam prawo jazdy, a Londyn odwiedzałam już tylko w sprawach zawodowych.

 

Krakowa nigdy nie lubiłam. Miałam być w Warszawie, ale w Krakowie poznałam ludzi, zakochałam się, poszłam do szkoły, znalazłam pierwszą pracę w zawodzie i zostałam tam na 10 lat. Dziś wspominam z sentymentem, czasem tęsknię, życie jednak znalazło drogę, żeby umieścić mnie tu, gdzie miałam być: w Warszawie! I czuję ogromną radość człowieka, który jest na swoim miejscu! Mieszkając w Krakowie, marzyłam jeszcze o Berlinie, bo to z tym miastem byłam najbardziej związana. Nigdy nie chciałam mieszkać w Poznaniu, Berlin był blisko mojego rodzinnego domu, blisko Polski, był jednak większy niż Szczecin i wydawało mi się, że to może być moje „zjeść ciastko i mieć ciastko”. W Berlinie kocham (i się wcale tego nie wstydzę) różnokolorowość, hispterstwo, eko-świrów, kadzidlarzy, wielokulturowe sklepiki spożywcze i małe knajpki. Nie znam Berlina klubowego, nie biorę narkotyków, znam to miasto raczej od strony punkowych koncertów, galerii sztuki i wyrywałam się do niego, jako nastolatka, a podkochiwałam chyba od pierwszej dziecięcej wizyty w ZOO. Termin HIPSTERIADA był chyba wtedy jeszcze nieistniejący. Warszawa jednak okazała się mieć dokładnie to, co lubię w Berlinie, bez wszystkich jego minusów (no dobra, jest dalej do Szczecina i nad morze).

To jest moja bardzo skrócona historia love-hate relationship z Polską. Takie małe-niemałe intro. Intro do czego? Do wymienienia kilku powodów, dla których:

UWIELBIAM MIESZKAĆ W POLSCE:

JĘZYK

Zawsze byłam wrażliwa na słowo. Kocham język polski. To jak brzmi, śmieszne słowa, które tak miło układają się na języku: flądra, pasmanteria, karminadle (choć te są śląskie), bąbel, dżdżysto… uwielbiam żarty słowne, lubię wieloznaczność polskiego, kocham czytać po polsku (choć bez problemu czytam też książki po angielsku, to nie jest dla mnie to samo) i lubię po polsku prowadzić dyskusje.

WSPÓLNY MIANOWNIK

Chociaż polscy mężczyźni mają wiele wad (mam na myśli zwłaszcza ich niezaradność w domu, problemy z komunikacją, okazywaniem emocji i patriarchalne przekonania) od wczesnej młodości wiedziałam, że chcę mieć polskiego chłopaka. Ważny jest dla mnie wspólny mianownik. Nie tylko to, że komunikujemy się, ale też, że rozumiemy emocjonalne zabarwienie naszych komunikatów. Może to śmieszne, ale ważne dla mnie było, że możemy wymieniać ulubione smaki z dzieciństwa, znienawidzone posypki do zup i ziemniaków (kto nie lubi koperku a kto pietruszki). Śmieszą nas memy dotyczące tych samych polityków, bajek z dzieciństwa i kojarzymy podobne klisze z wczesnej młodości. Lubię różnorodność i nigdy nie przegapię okazji do głębokiej rozmowy z kimś, kto ma inaczej niż ja. Mam dobrych i bardzo dobrych znajomych innych narodowości. Słucham ich z zainteresowaniem, ale nie jest to połączenie tak głębokie, że wyobrażam sobie z kimś takim życie i tworzenie rodziny.

POLSKA PRZYRODA

Były czasy, kiedy udane wakacje oznaczały dla mnie palmy i piasek. Dziś, choć nieskończenie kocham ciepłe morza i oceany, z ekscytacją myślę o Bałtyku. Uwielbiam polskie góry. Lubię nasze łąki i… lasy. Jesienią nie marzę o Tunezji tylko o wyprawie do Lubska na grzyby! Nie znam Mazur, a chętnie wygrzewałabym się w balii pośród przyrody i pływała w jeziorze. Toni, moja kumpela z Kalifornii powiedziała mi kiedyś, że jesteśmy wielkimi szczęściarzami – macie morze, góry, rzeki, lasy, łąki, jeziora – macie w tej Polsce wszystko i to tak blisko! Doznałam wtedy olśnienia. Toni nauczyła mnie też inaczej patrzeć na nasze położenie geograficzne – wsiadasz w samochód albo tanie linie lotnicze i jesteś w Gruzji, Szkocji, weekend spędzasz we Francji, a następny w Gracji… w Stanach jest wszędzie za daleko. Kalifornia jest nudna! Może to śmieszne, ale to wywróciło do góry nogami mój świat wewnętrzny, w którym Kalifornia to wrotki w głębokich bowlach, ciepełko, palmy, surfing i dobra, energetyczna muzyka.

PORY ROKU

Uwielbiam to, że (jeszcze) mamy aż cztery pory roku. Chociaż narzekam na zimno i nie przepadam za jesienią i zimą, w głębi duszy dziękuję za te pory roku, zwłaszcza od dwóch ostatnich mega upalnych miejskich lat. Zawsze dobrze znosiłam upały, jednak 35 stopni w miejskiej dżungli to opuchnięte kończyny, mało energii, duchota i spiekota. Pod koniec lata moja pitta niebezpiecznie się podnosi – mam problemy z piekącym przełykiem, skórę zmęczoną słońcem (pogrubioną i z tendencją do zapychania się), jestem zmęczona i… czuję się jak wypalona słońcem trawa. Sucha, biała, szorstka i bez życia. Jesień daje mi oddech. Nawet to czekanie na wiosnę jest przyjemne. Te pierwsze zapachy zmieniającego się powietrza – jeszcze upalne lato, ale wrześniowe poranki już chłodne i kojarzące się z mgłą i wrzosami. Jesień jeszcze ciepła i deszczowa, ale poranki i wieczory już z powiewem mroźnego oddechu zimy. I szara, brzydka miejska zima, która nagle uwalnia ciepło, jakby zawiał halny! Bycie w rytmie natury pozwala mi godzić się z własnym przemijaniem.

SŁOWIAŃSKA DUSZA

Lubię. Nasze narzekanie, przekorę, porywczość, namiętność, gościnność, duchowość. Słowiańska dusza bywa męcząca, często narzekam na Polaków i siebie samą (jakie to polskie!), ale jednak wśród chłodnych i powściągliwych nacji, brakuje mi tego poczucia szaleństwa, tej pasji, tej awanturniczej żyłki. Może to syndrom sztokholmski, ale naprawdę uwielbiam Polaków.

MUZYKA I DESIGN

Cieszę się, że mamy coraz lepsze piosenki, jeśli chodzi o… warstwę tekstową. Rojek, Nosowska, Brodka to tylko trzy nazwiska, które znamy wszyscy, a które serwują tekściarską ucztę. Mikromusic i inni… naprawdę leją miód na moje serce. Lubię też polski design, jeśli chodzi o ceramikę, modę, cieszy mnie ogromnie boom na polską ilustrację, bo uważam, że w ostatnich 5-7 latach naprawdę wiele się tu zmieniło. Jesteśmy oryginalni, mamy świeżość, nie staramy się już tak strasznie gonić zachodu i wreszcie pokazujemy swoje DNA w tym, co tworzymy. Bez kompleksów!


To naprawdę tylko kilka powodów, dla których lubię tu być i nigdzie się nie wybieram. To kilka powdów, dla których byłoby mi przykro, gdybym z powodu własnego bezpieczeństwa lub sytuacji gospodarczo-politycznej musiała się wyprowadzić. To nie jest tekst patriotyczny. Nie czuję się dumna z powodu miejsca urodzenia (wszak nie ja o tym decydowałam i bardziej niż Polką czuję się Europejką a przede wszystmim Ziemianką – tzn. mieszkanką Ziemi, a nie taką norą wykopaną w glebie 😉  nie wiem, czy chciałabym umierać za Polskę, ale wiem, że tu gdzie jestem, kocham żyć i staram się nie tylko brać, ale i dawać. Sprzątać śmieci, dbać o naszą przyrodę, wspierać finansowo polskie bieznesy, brać udział w wyborach, angażować się w życie społeczne, wspierać Polki, żeby miały więcej mocy. Bardzo lubię ten kraj, to miejsce, w którym jesteśmy i chociaż napawdę kocham podróżować: wszędzie jest dobrze, ale… w domu najlepiej.

A TY? ZA CO KOCHASZ ŻYCIE W POLSCE? WYRAŹ SWOJĄ WDZIĘCZNOŚĆ W KOMENTARZU ♥


Więcej moich treści, dostęp do wybranych przepisów i wszystkich podcastów uzyskasz wspierając mnie na Patronite:

baner

...

10 komentarzy

  1. Karolina

    Pięknie napisane! ja od siebie dodam, że kocham tu mieszkać, bo w moim kraju nie ma wojny i czuje, że to ogromny przywilej. Są tu moi bliscy i miejsca z dzieciństwa bez których nie wyobrażam sobie życia. Ogromnie się cieszę też, że mogę studiować za darmo, mieszkać w Warszawie i uczestniczyć w jej życiu kulturalnym i społecznym

  2. Blum

    JA akurat nie studiowałam za darmo, ale i tak uwazam to za mega przywilej! Bardzo cenię też sobie wolność wypowiedzi i artystyczny ferment, w którym uczestniczę.

  3. Urszula Kminikowska

    Dziękuję! Ja zadałam to pytanie na Instagramie. Za co kochasz Polske..pewnie byłam jedna z wielu. Dziękuję za ten tekst. Ja mieszkam już prawie 5 lat w Niemczech. Za kolejne 3 lata wracam do kraju. I tak jak ty..kocham Polskę za różnorodność,za nasz język i za ludzi. Za poczucie wspólnoty. Za granicą czuje się bezpieczniej finansowo i społecznie ale nie na swoim miejscu i nie chce tak spędzić życia. Czekając nie wiadomo na co w złotej klatce. Chce czuć życie nawet jeżeli jest oni trudniejsze w kraju. Ale do tego trzeba dorosnąć.

  4. Blum

    Ja też nigdy nie rozumiałam tego „bycia u siebie” ale dziś już wiem, co to jest. I poczucie przynależności jest bezcenne. Jestem ze Szczecina, miasta powyrywanych korzeni. Moi rodzice mają rodzeństwo poza miejscem zamieszkania, ja też. Zazdroszczę ludziom luksusu mieszkania w tym samym mieście, co ich rodzice i rodzeństwo, znajomi z podstawówki… moją namiastą jest życie w Polsce w ogóle. Do Szczecina raczej nie wrócę, ale Polski opuszczać bym nie chciała.

    P.S Byłaś jedyną, która zadała to pytanie, ale mówiąc szczerze miałam ochotę podzielić się moją historią już dawno. Strasznie mnie wkurza, jak znajomi, co wybory pieprzą o tym, że już czas uciekać. Ja nie uciekam. Tu moje miejsce. Tu robię najlepiej, jak umiem – dla nas wszystkich. Tu chcę dawać i tu brać. tu stoję <3 kocham świat, kocham Europę, cieszę się, że jesteśmy jej częścią, ale moje serce jest tu. Nigdzie indziej. Głupio wyszło 🙂

  5. Mieszkam od kilku lat w Berlinie, wcześniej mieszkałam przez całe studia w Warszawie, a pochodzę z Rzeszowa. Choć Warszawę uwielbiam, to w Polsce tak najbardziej „u siebie” czuję się w rodzinnym mieście. Jest w tym coś wyjątkowego, niewytłumaczalne przywiązanie. Za granicą, mimo ciągle odczuwalnej bariery językowej, czuję się także coraz bardziej jak „u siebie”. Oczywiście, bezpieczeństwo finansowe też się do tego przyczynia, ale mimo wszystko odnoszę wrażenie, że Niemcy nie różnią się mentalnie aż tak bardzo od Polaków, nie mówiąc już o naturze, porach roku i krajobrazach. Widzę natomiast te subtelne różnice na plus. Uprzejmość, szacunek do drugiego człowieka, mniejsze przywiązanie do zinstytucjonalizowanej religii, szacunek do odmienności. Jakość opieki zdrowotnej to w moim odczuciu bardzo istotna kwestia w codziennym życiu. Podobnie jakość powietrza, którym na co dzień oddycham. Oczywiście każda wizyta w Polsce wiąże się z pewnego rodzaju nostalgią i sentymentem, ale jednocześnie coraz częściej tęsknotą za moim aktualnym domem. Berlin to nie jest idealne miejsce do życia, mimo swojej niezaprzeczalnej kultowości. Wszechobecny brud, nieład i jedno wielkie olewactwo dają się we znaki. Ludzie ciągle chcieliby tu przyjeżdżać i żyć za półdarmo, mieszkać w odnowionej kamienicy w ścisłym centrum, a w bardzo dużym, 3,5 milionowym mieście mieć wszędzie blisko, czas spędzając często na ćpaniu i imprezowaniu 😉 Miasto tonie w długach i jest zarządzane zupełnie nie po niemiecku. To nie zmienia faktu, że póki co życie jest tu dosyć tanie i przyjemne, dające wiele możliwości kulturalnych, kulinarnych i rekreacyjnych. Bliskość Polski sprawia, że w razie potrzeby łatwo jest wyskoczyć i poczuć rodzimy klimat 🙂 Myślę, że jako emigrantka już zawsze będę w jakimś stopniu na rozstaju dróg, nie ma idealnych rozwiązań. Nigdy już nie uniknę porównywania. Cieszę się jednak ze swobody przemieszczania i osiedlania się, jaką oferuje nam Unia Europejska i doceniam to, że mogłam z tego skorzystać.

  6. Tak szczerze mowiac, to nie widze w tym poscie, zebys sprobowala zakorzenic sie w jakimkolwiek innym kraju. One ci sie marzyly, mialas jakies wyobrazenia, ale mentalnie nigdy nie probowalas sie tam osadzic, to zawsze byl etap, nie dom. Wraz z moim mezem, ktory nie jest Polakiem, mieszkalismy 4 lata w Czechach, dwa lata w Niemczech, dwa lata w Izraelu, teraz mieszkamy we Francji i na codzien pracujemy w Szwajcarii od ponad roku, za kolejne dwa lata planujemy Nowa Zelandie. Powiem Ci, ze gdybys pomieszkala w innym kraju troche dluzej, naprawde poznala ludzi i kulture od strony codziennych obowiazkow, wizyt w urzedach, pracy i zakupow w lokalnej biedronce to wiedzialabys, ze wszedzie ludzie sa tacy sami i pragna tego samego. To, ze ja wychowywalam sie na Misiu Uszatku, a moj maz na czyms innym nie zabiera nam bliskosci, wrecz przeciwnie – narodowosc, to co w paszporcie, to skad jestes – to tylko slowa, szufladkowanie przekonan, nic waznego.
    Lubie byc z Polski, bo mamy wspaniala historie pelna trudow i walki i jestem z niej dumna, ale nie musze mieszkac w Polsce, zeby to lubic. Mentalnie nasz kraj jest bardzo zacofany. Polowa mojej rodziny ze mna nie rozmawia, bo moj maz nie jest katolikiem, kiedy pokaze tatuaze na ulicy (a nie mieszkalam w Warszawie, ale malym miescie) to wyzywaja mnie od patologii i recydywy, bo takie mamy myslenie poza wielkimi miastami. Ale najgorszy jest dla mnie poziom edukacji, uniwersytety w europejskich rankingach na miejscu w przedziale 600-800 sprawiaja, ze jako naukowiec w Polsce bylabym sto lat za nowoczesnymi technologiami. Moze fajnie jest byc w Polsce, siedziec na kamieniu, miec wspolne tematy i wspomnienia z dziecinstwa i sobie razem narzekac – zdecydowanie latwiej niz nauczyc sie zyc wsrod ludzi, ktorzy nie znaja tego o czym mowisz, ale jakos wole otwierac sie na nowe niz gnic we wlasnym sosie ludzi, ktorzy znaja biedronke czy problemy z nfz-tem czy cokolwiek innego tak super polskiego.

  7. Blum

    Kasia – nie życzę sobie takich analiz i ocen 🙂 Naprawdę. Nie prosiłam Cię o nie i zachowaj je dla siebie. Nie chcę żyć poza Polską, to mój wybór i nie widzę powodu, żeby się zmuszać. Nie czuję, że siedzę na kamieniu, nie mam kompleksów z powodu miejsca, w którym mieszkam i jestem bardzo zadowolna z mojego tu i teraz. Pytałam wyłącznie DLACZEGO LUBICIE MIESZKAĆ I ŻYĆ W POLSCE. Dzięki.

  8. Hmmmm w sumie to ja kocham Polskę tylko i wyłącznie za pory roku, Dawida Podsiadło, za moją małą wieś na którą czasem uciekam, gdzie z balkonu w moim pokoju widać Tatry jak jest ładna pogoda. Kocham w sumie za to, że przeżyłam tu to co przeżyłam (choć miałam na swoim koncie emigrację) ALE nie zmienia to faktu, że jestem już bliżej jak dalej opuszczenia naszego kraju. Ale zobaczymy jak to się poukłada, jednak wiem, że są pewne rzeczy za które kocham nasz kraj, bez względu na wszystko. I jest to też m.in batonik BAJECZNY i takie wafelki z dzieciństwa o nazwie „Kukuruku” ja nie wiem czy ktoś to jeszcze pamięta:) pozdrawiam!

  9. Aga Konieczna

    Piekny tekst.
    Miesiac temu przeprowadzilam sie do Berlina i odkrywam to co opisalas w tekscie. Ciesze sie, ze moge mieszkac w wielokulturowym miescie i jednoczesnie byc blisko Polski. Bo przeciez jak mi sie zateskni to po 3 godzinach jestem w domku.

  10. Pingback: Październikowa piąteczka: świat taki ciekawy, ale i tak spać się chce – Żegnaj, kokonie bezpieczeństwa

Dodaj komentarz

.