
Zimny był ten maj i brzydki. Kwiaty bzu utrzymywały się długo, ale nie pachniały, bo zapach, podobnie jak kobieta, potrzebuje ciepła żeby śpiewać swoją pieśń, która niesie się po okolicy. Ostatnie dni były piękne. Stokrotki z tęsknotą wpatrywały się w niebo mrugając do gwiazd i księżyca swoimi żółtymi źrenicami. Chciały być jak one. Gwiazdy odwzajemniały te komplementy.
Maj ten pokazał mi, że życie jest inne niż to, co sobie zaplanowałam i wyśniłam. Maj zabrał mi wiele, ale nie miałam nic przeciwko temu. Kim w końcu jestem, żeby arbitralnie ocenić, co dobre, a co złe? Przecież to się powie po latach. Znosiłam więc te straty nie tyle z godnością, co z wdzięcznością w sercu. Prawdziwy sufi wdzięczny jest nie tylko za pragnienia spełnione, ale i za to, czego mu odmówiono. Ja nie jestem prawdziwą sufi. Jestem nikim i kimś jednocześnie. Nieśmiałą manifestacją kosmosu.
Kiedy spytałam Boga ostatnio, czego ode mnie oczekuje, jak chciałby się przeze mnie wyrazić, powiedział, że nie po to mam ego, osobowość i wszystkie te rysy i pęknięcia, sympatie i antypatie, moje unikatowe blaski i cienie, żeby mi mówił.
Po prostu tańcz swój taniec. Rób to, co czujesz. Sięgaj po to, czego pragniesz. Bezapelacyjnie bądź sobą, a ja twoimi palcami, ustami, stopami dotykać będę świata, który stworzyłam i to mnie ucieszy – tak mówił mi bóg miły, ale nie było przy tym ani księdza, ani żadnego imama, żadnego mężczyzny, który przybiłby pieczątkę na potwierdzenie lub potępił te ciche rozmowy.
W ogóle mnie to nie obchodziło. Usiadłam w maju cicho jak mały owad na koniczynie. Nade mną błyszczał sierp księżyca. Za chwilę miały wybuchnąć piwonie, wybory, polityczne awantury, nowe straty i nowe piękne projekty, blizny nad moimi ustami coraz bardziej wyglądały jak zmarszczki. Jaśminowiec zakwitł nie pytając nikogo o zdanie.
Ja też postanowiłam nikogo nie pytać.
Bóg cicho się śmiał i łaskotał moje serce.