Category

DLA DUCHA

Category

Moim największym kinkiem stało się poczucie bezpieczeństwa i regulacja układu nerwowego. Szukanie momentów, w których czuję się bezpiecznie w ciele i rozpływanie się w tym uczuciu, choćby trwało i przez trzydzieści sekund.

Moje pierwsze wspomnienie tego typu jest o kurczaczku. A tym kurczaczkiem jestem ja. Mogę mieć może 5 lat i któreś z rodziców wyciąga mnie z wanny, stawia na sedesie i opatula świeżo wypranym ręcznikiem, mówiąc czule „chodź tu kurczaczku”. Przez chwilę stoję owinięta jak frotté burrito, jest mi chłodno, ale ręcznik jest puszysty i daje miły komfort i poczucie bezpieczeństwa. Do dziś uwielbiam uczucie okrycia się dużym ręcznikiem i danie sobie chwili, zanim zacznę się wycierać.

Podobnym przeżyciem jest samotne spanie w łóżku, kiedy można owinąć się szczelnie kołdrą tak, żeby każda krawędź była zawinięta i umieszczona pod ciałem. Wiadomo wtedy, że przeciągi niestraszne, a i żaden potwór z ciemności nie przyjdzie i nie chapsnie nas w tyłek.

To także moment savasany po intensywnej sesji jogi, kiedy oddech uspokaja się, ciało schładza i powoli opada na podłogę w kompletnym rozluźnieniu. Czasem dopiero wtedy czuję, jak moje policzki, skóra czoła, mięśnie wokół ust rozluźniają się i grawitują w kierunku uszu. Jestem jak kostka czekolady topiąca się na słońcu w lipcowy dzień.

Czasem to kołdra obciążeniowa, która uspokaja system nerwowy i daje wrażenie miłego utulenia oraz uziemienia. Wspaniała metoda autoregulacji po dniu pełnym zabiegania.

Szukam „momentów kurczaczka” intencjonalnie. Wychwytuję je, wyławiam z codzienności, a czasem celowo stwarzam. Rozgaszczam się w nich. Normalizuję je. Rzucam mojemu wewnętrznemu kurczaczkowi okruszki, mówiąc: najadaj się tym maleństwo. Zobacz, jak to jest czuć się bezpiecznie. Zobacz, jak to jest, bo buduję dla Ciebie tego więcej i chcę, żebyś kurczaczku był na to gotowy.


Delight to zbiór esejów autorstwa J.B. Priestleya, które powstawały w 1949 roku w nieciekawej, brytyjskiej, powojennej rzeczywistości. Pomysł ten zrecyklingowała Hannah Jasne Parkinson, której książką Drobne Przyjemności zostałam obdarowana i… o ile pomysł mnie zachwycił, o tyle wrażliwością językową i sposobem odczuwania świata znacząco się od autorki różnię. Zainspirowana, postanowiłam jednak zapoczątkować serię poniedziałkowych wpisów na temat małych zachwytów, do której mam nadzieję i Wy się przyłączycie, kiwając ze zrozumieniem głowami lub wymieniając w komentarzu własne zachwyty z minionego tygodnia. Wierzę, że ustawienie rejestru na małe cuda codzienności może przynieść wiele ulgi i napawać nadzieją w postcovidowym świecie, w którym inflacja i wojna spędzają wielu sen z powiek. Odczarujmy razem poniedziałki naszymi mikrozachwytami! Do usłyszenia za tydzień.

Nie słucham jej w ogóle albo jestem w dopaminowej pętli, która powtarza w kółko trzy kawałki, które obecnie stanowią ścieżkę dźwiękową do mojego życia. W metrze skacze mi noga, a na przejściu dla pieszych ruszam biodrami, w kuchni zaś wytrząsam nuty z opuszek moich palców, z zaokrąglonych ramion. Potrząsam głową, rozluźniam szczękę i śpiewam zupełnie nie to, co trzeba. W wagonie kolejki czuję, że jestem w teledysku i siłą woli powstrzymuję się przed wstaniem z miejsca i puszczeniem się w tan wokół poręczy. W mojej wyobraźni wszyscy dołączają do mnie jak w reklamie gumy do żucia albo podpasek, które sprawiają, że chcesz żyć pełnią życia w pierwszy dzień okresu. Tylko uśmiechu nie potrafię opanować, a moje oczy zasnuwa mgiełka zwiastująca, że właśnie niebezpiecznie oddalam się z przystanku „rzeczywistość” w kierunku galaktyki „daydream”.

Niektórych kawałków nie słyszałam całe lata, ale kiedy tylko wychwycę pierwsze takty, nagle znów mam 17 lat i zastanawiam się, jak pomieścić w swoim niedużym ciele wszystkie nastoletnie uczucia i emocje. Inne są zwietrzałe jak korek po niesmacznym szampanie, powinny przypominać miłości i romanse, co to miały być na całe życie, a dziś nie reprezentują sobą całkiem nic. Są jak ten koleś od kawałka „somebody that I used to know”. Jedne łączą pokolenia (millenialsi to do was mówię!), a inne są bardzo personalne, kiedy przypada szczyt ich popularności. Kurs na prawo jazdy już zawsze będzie mi się kojarzył z Lady Gagą.

I są jeszcze one, duszne, dudniące w brzuchu ciężkim basem, wnikające w krwiobieg, spłycające oddech, pachnące zimnym wieczorem coraz cieplejszą porą roku i zielonym krzakiem jaśminowca. Bolesne, piękne, podniecające. Takie, których nigdy nie da się już wydłubać spod skóry, które nie są nawet o kimś konkretnym, są czystą fizjologiczną reakcją na falę dźwięku.

Czekam na Wasze kultowe piosenki w komentarzach. Z czym Wam się kojarzą? Które kochałyście, a dziś nie możecie ich słuchać? Które zostaną z Wami już na zawsze?


Delight to zbiór esejów autorstwa J.B. Priestleya, które powstawały w 1949 roku w nieciekawej, brytyjskiej, powojennej rzeczywistości. Pomysł ten zrecyklingowała Hannah Jasne Parkinson, której książką Drobne Przyjemności zostałam obdarowana i… o ile pomysł mnie zachwycił, o tyle wrażliwością językową i sposobem odczuwania świata znacząco się od autorki różnię. Zainspirowana, postanowiłam jednak zapoczątkować serię poniedziałkowych wpisów na temat małych zachwytów, do której mam nadzieję i Wy się przyłączycie, kiwając ze zrozumieniem głowami lub wymieniając w komentarzu własne zachwyty z minionego tygodnia. Wierzę, że ustawienie rejestru na małe cuda codzienności może przynieść wiele ulgi i napawać nadzieją w postcovidowym świecie, w którym inflacja i wojna spędzają wielu sen z powiek. Odczarujmy razem poniedziałki naszymi mikrozachwytami! Do usłyszenia za tydzień.

blimsien

Kiedy moja dłoń dotyka skórzastego i zamszowego liścia szałwii. Przykładam go do ust i gładzę ich powierzchnię małymi, szorstkimi włoskami. Przypominają fakturę skóry na karku. Pękata kolba kukurydzy, twarda pod palcami, a jednocześnie mogę wyczuć zaokrąglenie każdego ziarenka. Gdy czeszę ją paznokciami, przypomina mi się wracanie ze szkoły do domu, kiedy kijem obijało się szczeble metalowych ogrodzeń, a one wydawały dudniący dźwięk. Miękkie i ciepłe, suche chrapy konia pokryte długimi, kłującymi włoskami. Nie ma nic milszego na świecie. Aksamitne uszy mojej suczki Luny. Delikatna skóra podeszew stóp. Dłonie ze zgrubieniami od podnoszenia ciężarów lub trzymania kuchennego noża. Twarde i chropowate. Przyłożenie aksamitnej wstążki do zębów i pociągnięcie jej w dół. Dziwne doznanie. Ciepła woda, która z czubka głowy spływa wraz z mydlinami strumieniami w dół podczas mycia włosów. Gorący wosk, którym nie umiem przestać się bawić podczas rozmowy przy kawiarnianym stoliku. Czy będę sikać dziś w nocy? Mięsisty i sztywny liść aloesu, który po przełamaniu jest żelowy, miękki, pozbawiony konkretu. Pozwolenie, by zimny ocean zalewał spienioną wodą moje stopy. Woda ma mnóstwo bąbelków, musuje jak szampan i odbija cząstki światła. Jestem najszczęśliwsza na świecie tylko z tego błahego powodu.


Delight to zbiór esejów autorstwa J.B. Priestleya, które powstawały w 1949 roku w nieciekawej, brytyjskiej, powojennej rzeczywistości. Pomysł ten zrecyklingowała Hannah Jasne Parkinson, której książką Drobne Przyjemności zostałam obdarowana i… o ile pomysł mnie zachwycił, o tyle wrażliwością językową i sposobem odczuwania świata znacząco się od autorki różnię. Zainspirowana, postanowiłam jednak zapoczątkować serię poniedziałkowych wpisów na temat małych zachwytów, do której mam nadzieję i Wy się przyłączycie, kiwając ze zrozumieniem głowami lub wymieniając w komentarzu własne zachwyty z minionego tygodnia. Wierzę, że ustawienie rejestru na małe cuda codzienności może przynieść wiele ulgi i napawać nadzieją w postcovidowym świecie, w którym inflacja i wojna spędzają wielu sen z powiek. Odczarujmy razem poniedziałki naszymi mikrozachwytami! Do usłyszenia za tydzień.

wierzę w słońce

Tak, wierzę w słońce, nawet kiedy nie świeci. Wiem, że jest za chmurami, albo chwilowo ustępuje miejsca księżycowi, żeby ten mógł pojawić się ze swoją świtą gwiazd błyszczących jak brokat.

Wierzę w wiosnę, nawet w rozchlapanej końcówce stycznia.

Wierzę w ciepło, motyle i pszczoły. Wierzę w następny dzień. Wierzę w lepsze jutro.

Kiedy nie mam już nic, ja ciągle wierzę we wszystko, bo wszystko jest dualne.

Moja wiara jest jedynym, co mam, kiedy nie widzę słońca. To, że go teraz nie doświadczam, nie znaczy, że nie istnieje.

_____

Cytat na kafelku to część napisu znalezionego w obozie zagłady. Autorem najprawdopodobniej jest anonimowy Żyd.

Dla mnie ten tekst jest pretekstem do medytacji, która uwalnia ból i pozwala trzymać się tego, co dla mnie ważne. Ważne jest dla mnie, żeby nawet w ciemności, zawsze mieć świadomość światła i pielęgnować najważniejszą umiejętność na świecie: umiejętność kochania, otwierania serca i akceptacji.

💖 chcesz się przyłączyć? Po prostu posiedź z tym zdaniem. Oddychaj. Poczuj, że niezależnie od tego, czy stoisz teraz w świetle, czy w gęstym, granatowym mroku — światło istnieje. Pozwól mu się rozgrzać od środka i wypełnić całe Twoje ciało złotym światłem — jak w piękne, złote, słoneczne popołudnie.

 


Twój oddech jest jak dawno niewidziana miłość. Dmuchasz mi w ucho i twarz i nie mogę uwierzyć, że znów czuję, jak krew napływa bliżej powierzchni mojej skóry, jak się ożywiam, jak wszystkie komórki mojego ciała stają się czujne, responsywne, rozwibrowane w oczekiwaniu na radość i upojenie. Wsiadam do metra i czuję zapachy, których w ogóle nie było czuć zimą. Wcześniej przytłumione, skryte pomiędzy szalikiem, kołnierzem i karkiem, teraz ciekawsko rozpasały się po całym wagonie. Wychynęły zza rozpiętych kurtek i smużkami podobnymi do macek zaglądają innym pod swetry, do toreb, łaskoczą w nos. Czuję cudze perfumy i ciepło cudzych ciał. Moje reaguje na to ożywieniem. Nie patrzę w telefon i nie mam zamkniętych oczu, rozglądam się. Dziewczyna z długimi tipsami przytula się do chłopaka ubranego w puchową kurtkę. Jest jeszcze bardzo młody, ale twarz dzieciaka powoli tężeje w jego rysach w mężczyznę. Jego rysy są kartoflaste, jest grubo ciosany, ale ma piękny niewinny uśmiech, który mówi, jak bardzo jest dumny, że jest z nią. Są zakochani, pobudzeni, a ich ciała tańczą ze sobą taniec tysiąca mikro gestów i symboli. Miło mi się na to patrzy i uśmiecham się pod nosem.

Innem razem, gdy spaceruję z psem, wszystkie uczucia, które kotłowały się we mnie pod kołdrą, w zaduchu myszkanka, nagle pod wpływem świeżego powietrza i ciemniejącego dnia z lekko różowym niebem postanawiają wyjść na spacer. Idę więc parkową alejką z ustami w podkówkę i wzdycham głęboko, a później płaczę. I nie oceniam tego płaczu, nie mam mu nic przeciwko, nie pospieszam go, ani nie tłumię. Pozwalam łzom zabierać tusz z moich rzęs i nieść go w dół brody tak jak rzeki wezbrały i zabierają ze swoim nurtem różne brudy. I ten płacz jest dobry i oczyszczający, a w moich płucach robi się przestrzeń. Przytulam się do mojego ulubionego drzewa. Najpierw witam się z grubą, pękatą i szorstką korą. Opieram się o nie plecami z cichą prośbą, żeby chociaż przez chwile to ktoś trzymał mnie, a nie ja jego. Potem przechodzę do gałęzi. Tak lubię tę twoją drzewną rękę, jakby zapraszała mnie do tańca, zawsze gotowa i wyciągnięta. Nie bardzo umiem tańczyć, więc pasuje mi, że trwamy tylko w tym geście jak do poloneza, ale nigdy nie ruszamy. Wręcz przeciwnie, ja zwalniam, ściskam cię mocno i czasem tylko bujamy się lekko. Ty nadajesz temu bujaniu rytm, a ja się dostrajam. Zauważam pączki na twoich kościstych palcach. To już? Naprawdę? Zastanawiam się, jak to możliwe, że jeszcze chwilę temu niemal martwi, a nawet trochę teraz — ty goły, ja z ziemistą i wyblakłą od braku słońca cerą, teraz nagle pozwalamy się poruszyć w nas energii i choć dalecy jesteśmy od rozkwitu, jesteśmy coraz bardziej gotowi. Zachwyca mnie ten lepki pączek i pozwalam sobie dotknąć go czołem i żeby łaskotał mnie w nos. Pachnie sokiem.

Słońce już zaszło i znów robi się zimno. Nie ma już mrozu, powietrze jest chłodne, obiecujące, pachnące ziemią. Ptaki to wiedzą, ty to wiesz, wiem i ja. Wiosna przeciąga się pod ziemią, ziewa jak po długiej i smacznej savasanie w pozycji trupa. Zaraz wszystko zacznie się od nowa.

Wtedy znowu przyjdę potrzymać cię za rękę. Teraz rozkoszujemy się oczekiwaniem i choć nogami mocno na ziemi, w środku nas wszystko tańczy. To mnie zachwyca.


Delight to zbiór esejów autorstwa J.B. Priestleya, które powstawały w 1949 roku w nieciekawej, brytyjskiej, powojennej rzeczywistości. Pomysł ten zrecyklingowała Hannah Jasne Parkinson, której książką Drobne Przyjemności zostałam obdarowana i… o ile pomysł mnie zachwycił, o tyle wrażliwością językową i sposobem odczuwania świata znacząco się od autorki różnię. Zainspirowana, postanowiłam jednak zapoczątkować serię poniedziałkowych wpisów na temat małych zachwytów, do której mam nadzieję i Wy się przyłączycie, kiwając ze zrozumieniem głowami lub wymieniając w komentarzu własne zachwyty z minionego tygodnia. Wierzę, że ustawienie rejestru na małe cuda codzienności może przynieść wiele ulgi i napawać nadzieją w postcovidowym świecie, w którym inflacja i wojna spędzają wielu sen z powiek. Odczarujmy razem poniedziałki naszymi mikrozachwytami! Do usłyszenia za tydzień.

 

Energia jak senny wąż spełza z kręgosłupa w dół, zataczając coraz mniejsze koła i zwija się w kłębek w okolicach kości krzyżowej. Nie tylko soki drzew ściągają się do środka, również ciemna krew zmęczona intensywnością lata cofa się, oddala z peryferyjnych krain czubka nosa, palców stóp, opuszków dłoni. Z małych i płytkich naczyń cofa się do wewnątrz, kłębi blisko organów, coraz bardziej słodka, lepka i ciężka od masła i orzechów. Ja też się wycofałam. Dokańczam procesy, dożywam emocje. W przejrzystym i błękitnym od zimna powietrzu pozwalam opadać ostatnim iluzjom, wybrzmiewać refrenom piosenek, których nie chcę już dłużej śpiewać, ani tym bardziej ich słuchać. Pozwalam umierać starym marzeniom. Przede wszystkim jednak pozwalam sobie zauważyć koniec cyklu i nieodwołalną śmierć tam, gdzie wcześniej nie chciałam jej widzieć. Do wiosny jest jeszcze daleko. Nie spieszy mi się.

Według ajurwedy w każdym daniu potrzebujemy wszystkich sześciu smaków. Każdy z nich odpowiada konkretnej fazie trawienia. Każdy z nich w nadmiarze szkodzi. W życiu jest podobnie. Zbyt wiele słodyczy zalepia świat magmą lub przeciwnie — pobudza i sprawia, że to, co było radosnym drżeniem dzwoneczka staje się nagle nieznośnym przebodźcowaniem, hałasem, którego wibracji nie można powstrzymać, elektrycznym bzyczeniem. Jednak nawet gorycz, która jest odtrutką na słodkie, gdy występuje w nadmiarze, szkodzi. Wszystkiego po trochu i w zależności od sytuacji. Tak samo w życiu. Jesienią płakałam dużo, a łzy słone jak morze kapały mi po brodzie, podrażniały skórę policzków, ale później oddychało mi się lepiej. Nauczycielka na jodze nieustannie zachęca nas do puszczenia nogi. Chce drżeć? Tym lepiej dla ciebie, niech uwolni, pozwól jej. Zakopuję się w pościeli i pozwalam również w kokonie z kołdry otulać moje wewnętrzne drżenie i uwalnianie, skoro tym lepiej dla mnie…

Zimą widać lepiej, bo zima ściąga kolory, ukrywa zapachy i wbija lodowe palce pod żebra, szczypie w policzki, konfrontuje. W tym roku postanowiłam nie czekać, aż się przemęczę i rozpadnę. W tym roku miałam albo odpuścić dużo wcześniej, albo cisnąć aż do końca, ale nie zrobiłam ani jednej z tych dwóch rzeczy, za to postanowiłam zaufać swojej intuicji i dać sobie więcej luzu teraz — pośrodku niczego. Powoli rozciągam się na macie. Zapomniałam już, że joga według Iyengara odpowiada mi znacznie bardziej niż modne vinyasy. W każdej pozycji jest precyzja i czas, dużo czasu. Badam, gdzie mam palce, czy ramiona są w jednej linii? Sprawdzam obie stopy. Odnajduję oddech. Mam czas poczuć rozciąganie napiętego ze stresu pośladka i ograniczoną ruchomość barków. Niosły przez ostatnie lata tyle, że skamieniały. Już nie niosą i jeszcze nie wiem, jak wyrwać się z tego odrętwienia. W domu praktykuję przy Czajkowskim i jest to doświadczenie niemal mistyczne. Lubię wchodzić na matę, gdy jest ciemno i błyszczy tylko solna lampa, jak pomarańczowe leniwe słońce, które wtoczy się zaraz do oceanu. Wtedy dzień się skończy, tak jak skończył się tamten najlepszy w moim życiu grudzień nad oceanem.

Każdy wieczór zwieńczam masażem stóp. Nie podgrzewam nawet oleju, wychodząc z założenia, że zrobione jest lepsze niż perfekcyjne. Olej pachnie lawendą, stopy rozluźniają się, a rano są miękkie. Śpię dobrze. Przed snem czytam książki. Nic mądrego, ostatnio Jojo Moyes. Czytam dla przyjemności, dla rozluźnienia i żeby nie żyć przez chwilę swoim życiem, tylko cudzym, ale bez konieczności udzielania rad, przed czym wciąż jeszcze trudno mi się czasem powstrzymać.

Myślę o tym, by wykorzystać ostatnie dni grudnia na totalne porządki, takie, które wymagają religijnego wręcz namaszczenia. Jestem gotowa rzucić się ze szczoteczką do zębów na przypodłogowe listwy. Ostatnio nawet wyrzuciłam niechcianą książkę do śmietnika. Od tego świętokradztwa, gorszego niż wyrzucenie zeschniętego chleba, zamiast zostawić go na pastwę szczurów i psów, które trzeba potem leczyć u weterynarza, o dziwo nie uschła i nie odpadła mi ręka. Była to jakaś beznadziejna i pożółkła książka, którą wysłało mi kiedyś wydawnictwo. Autorka jest natchnioną i zainspirowaną new-age Amerykanką. Poczułam ogromną ulgę, wyrzucając to wszystko. Bycie grzesznikiem bywa całkiem miłe. Nawet moja wewnętrzna Piczka Zasadniczka nic nie powiedziała. Wszystkim nam ulżyło, że nie musimy teraz myśleć pozytywnie i afirmować.

Teraz liczą się ciepłe posiłki. Ostatnio znów nie mogę odczepić się od polenty gotowanej na maśle z hojną szczyptą gałki muszkatołowej i cheddarem. Ta miękkość i maślaność podkreślona pieprzem i świdrującą ziemistością gałki miło kontrastuje z kłującym powietrzem, które jest na zewnątrz. To teraz moja pierzynka od środka. Otula brzuch i rozleniwia mnie, gdy rozpieram się na fotelu.

Nie jest jednak tak, że w ogóle uciekam od zimna. Sypiam teraz przy zakręconym grzejniku i spotykam się z grubą warstwą lodu na lodowisku. Nie jestem pewna, jakiej płci jest lodowisko, ale to chyba ono. Często się nad takimi rzeczami zastanawiam. Morze u nas bezosobowe w innych językach jest kobietą. Bardzo słusznie, woda to pramatka nas wszystkich, a ocean to wielki brzuch pełen życia. Nawet księżyc to u nich ona, a u nas on. Przyzwyczaiłam się, że to facet, zimny, milczący, nieprzenikniony, stały. Wracając do lodowiska, czuję, że lód jest bezosobowy. Gdyby woda była superbohaterką w bajce Disneya, lód byłby jej orężem, jest w nim coś onieśmielającego i obezwładniającego. Lód mnie magnetyzuje. Uwielbiam stać na nim i czuć jego zimny oddech, który dmucha mi w twarz, choć przecież nie ma oddechu i nic nie dmucha. To właśnie jego niema siła.

Rozkoszuję się nią i życzę sobie, żeby mnie przemieniła. Pozwalam sobie teraz emocjonalnie na każdy z sześciu smaków. Na niektóre się krzywię, inne nie są w moim typie, całkiem jak brukselka, którą ostatnio kupuję i zjadam. Mimo to znajduję ciche zadowolenie w tej różnorodności. We wszystkich stanach skupienia, we wszystkich emocjach. Jakaś część mnie je przeżywa, ale inna tylko to obserwuje, w dodatku z zadowoleniem, nawet kiedy ta pierwsza wije się w spazmach bólu, żalu lub nastoletniej złości. Mogę być smutna, a za chwilę dostrzegam słońce lub migoczący jak brokat śnieg i jestem zachwycona. I to wszystko dzieje się na raz, mieści się we mnie, a nie jestem przecież aż taka duża. Zdumiewające! Myślę, by właśnie teraz stworzyć listę 100 rzeczy, które chcę zrobić jeszcze w życiu. Zaktualizuję tej zimy starą wersję siebie. Tamto oprogramowanie wygasło, ale nowego jeszcze nie znam. Chciałabym się poznać na nowo. Na nowo dowiedzieć się, o czym marzę i co naprawdę lubię.

Może tego o mnie nie wiecie, ale często zapisuję sobie różne zdania, które do mnie przychodzą, a czasem, które gdzieś wyczytam. To musi być wyczytane, za nic jednak nie mogę zlokalizować, kto to napisał. A jednak pasuje do tej gorzko-słono-słodkiej końcówki roku, do restoratywnej jogi, do chłodu i do ciepła. Rozpadu i zachwytu. Do tej części cyklu, w której umieramy, ale mając nadzieję, że to nie jest jeszcze ostatni raz:

„Wczołguję się do jaskini mojego serca, by się uzdrowić”.

Pozwólmy sobie teraz być w tych jaskiniach. W minimalnym ruchu. Ciszy i ciemności. Jaskinie mają mineralny smak i są surowe, ale wiem, że wiosną wykluje się z nich piękno. Do tego trzeba regeneracji i spokoju. O tym jest zima.

Pomiędzy rzeczami, które pomagają — praktyką jogi, głębokimi wydechami, wizytą w lesie, tuleniem psa, ramionami najbliższej osoby, afirmacjami, książkami do samopomocy, wizytą u terapeuty…

jest miejsce na żałobę. Jest przestrzeń, na bycie w kipieli własnych uczuć i emocji, nawet kiedy nie są one o przyjemności. Jest miejsce na płacz, rozpacz, smutek i bunt, jeszcze zanim rzucisz się w wir ulepszania siebie i zabezpieczania własnego serca przed kolejnymi porcjami bólu, które życie nieuchronnie ci przyniesie.

Zanim zaczniesz powtarzać afirmacje do lustra o tym, jak siebie kochasz i jak to wszystko będzie dobrze, a już zwłaszcza „inaczej niż dotychczas” zrób miejsce, dla tego zranionego dzieciaka w sobie. Zrób mu miejsce jako bardziej doświadczona dorosła i po prostu pozwól mu bać się, rozpaczać i wrzeszczeć. Nie pospieszaj spraw. Nie zaklejaj różowym plasterkiem. Nie odwracaj od nich uwagi. 

Zobacz, jak wiele z technik samopomocowych, manifestacji, prawa przyciągania, modlitwy czy czegokolwiek, czego teraz używasz, jest w rzeczywistości odwracaniem świadomości od bólu i strachu. Nie płacz, ptaszek leci. Smutno ci? Masz czekoladkę. Nie becz, nic się nie stało.

A przecież jest miejsce, jest miejsce na to, by płakać, przeżywać, kulić się w łóżku, w ciepłej jamie z uczuć, pościeli i zasmarkanych chusteczek. Jest miejsce na żałobę, na obezwładniające utraty, na pryskające iluzje. Zrobienie miejsca temu smutkowi, przytulenie go w tej ciepłej, wygrzanej jamie nie jest oznaką słabości, jest po prostu oznaką metabolizowania obecnego stanu. Akceptacja nie oznacza, że życie nie będzie lżejsze, lepsze, łatwiejsze. To, że nie podnosisz się od razu, wcale nie musi znaczyć, że rozpadniesz się na dobre. Może oznaczać tylko tyle, że podobnie jak w chorobie, dajesz sobie czas, by dojść do pełni sił i że to w gruncie rzeczy bardzo w porządku.

Z czułością

Blimsien




Newsletter, Instagram, podcast, Facebook… gdzieś w tym wszystkim gubi się stary, dobry blog. Gubi się pewnie też dlatego, że jest najmniej nagradzający. O ile łatwiej jest Wam komentować, wchodzić ze mną w spontaniczną wymianę w tych innych miejscach. A tu piszę, ale jakby do siebie, przez co coraz rzadziej i rzadziej. Dopiero wczorajsze głosy o tym, że „ale ja nie mam siły słuchać, potrzebuję czytać” zmobilizowały mnie do tego, by zdmuchnąć kurz z klawiatury. I choć pomysłów na tematy mi nie brakowało, pomyślałam, że idąc za własną radą, napiszę o tym, co we mnie żywe. A w tym roku wyjątkowo żywa jest we mnie afirmacja jesieni, nowych początków, ukojenia zmysłów. Piszę to ja, dziewczyna lata, którą to lato, które najpierw nie chciało nadejść, a później odpuścić zmęczyło. Nie temperaturami, nie przeżyciami, a jakimś takim pomieszaniem i smutkiem związanym ze wzrostem w różnych sferach życia. Tymczasem jesień mnie porusza. Marzę już, by zawinąć się w koc i pić ciepłe napary. Z radością zakopuję się wieczorami w łóżku z książką i czekam na rozpoczęcie roku szkolnego, bo w 2023 wracam do szkoły. Pomyślałam zatem, że to będzie miła chwila, by poafirmować razem…

TEJ JESIENI JESTEM GOTOWA NA…

puchate swetry, miękkie jak przytulenie osoby, której na nas zależy

serdeczne, długie uściski

śmiech aż do bólu policzków i brzucha

pieczenie ciast, które pachną owocami i korzennymi przyprawami

dotyk ciepłego futerka pod palcami

zapach ziemi, wilgotnego mchu i mokrego sosnowego lasu

strzał dopaminy w poszukiwaniu jadalnych grzybów

widok ostatnich jagód, które leżą w zielonych krzaczkach, jak fioletowe korale rozsypane po ziemi

wylegiwanie się w przemijającej plamie złotego, ciepłego słońca, które wpada przez okno

szlachetny odcień i połysk kasztanów

powolne i rozkoszne chwile sam na sam z dobrą książką

przytulność mroku, którą w domu rozpraszać będę ciepłymi lampkami, które oświetlają każdy kąt

świeżo wypraną, miękką pościel

sport, który miło pobudza krążenie i budzi w coraz chłodniejsze dni

pomarańczowe, korzeniowe warzywa

samotne wypady do starego kina i filmy bez akcji za to z czułą narracją

pożegnanie letniego fomo i przywitanie siebie w sobie, po półrocznej nieobecności

dużo karmiącego dotyku i przyjemności płynącej z ciała

dym z ogniska, który przeczesuje swoimi cienkimi, szarymi palcami moje włosy

kontaktowanie się ze światem za pomocą słów, którymi mówię przez palce, nie przez usta

jestem gotowa na miłość, przyjaźń i bliskość

jestem gotowa na przytulność, ciepło i plusz

A na co Ty jesteś gotowa teraz? Za czym dobrym, karmiącym się rozglądasz? Co chcesz współdzielić z innymi?

 

 

Nigdy nie zachwycałam się moją umiejętnością głębokiego płakania, dopóki nie dowiedziałam się, że inni tego nie potrafią. Żałuję, że mężczyźni tak mało płaczą, ale i coraz więcej kobiet ma z tym problem. Jakby płakanie było oznaką słabości, tego, że ktoś dobrał nam się do skóry, a to powoduje poczucie bycia upokorzonym.

Ja zaś mam oczy w mokrym miejscu i tryskam fontannami łez, jak na zawołanie widząc radosnego wróbla, wzruszający filmik z pieskiem, na filmach, a czasem z powodu dialogu wewnętrznego, w którym coś mnie poruszy tak mocno, że ryczę jak bóbr w drodze do paczkomatu.

Nie jest dziwnie spotkać mnie na ławce w parku, kiedy chlipię i siąpię nosem. Czasem płaczę, spacerując. Z perspektywy czasu (i lektury książek Aleksandra Lowena) najbardziej jednak doceniam moją umiejętność głębokiego, spazmatycznego płakania. Takiego, podczas którego twarz zmienia się w opuchniętą, pomarszczoną i kwaśną umeboshi. Zachwycam się umiejętnością płakania, które powoduje, że trzeba zużyć całą rolkę papieru toaletowego i pieką oczy. Kiedy miałam 18 lat, miałam chłopaka, który powiedział mi, że uwielbia we mnie, że ja to nawet płakać potrafię estetycznie. Od tamtego czasu robię wszystko, by płakać tak, jak potrzebuję, a nie cichutko szlochać i łkać jak gwiazda ekranu. Płaczę jak dziecko, wypłakuję smutek z płuc, drżę i zawodzę. trzesie mi się broda i jestem bardzo brzydka. Nie jest to ani ładne, ani przyjemne jeśli mam być szczera.

Rzecz tylko w tym, że bez płakania nie ma głębokiej radości, przyjemności ani żadnego z tych miłych jak dojrzała i słodka brzoskwinka uczuć, po które tak lubię sięgać. A skoro zachwyca mnie wszystko, każdy sezon, każda pora roku, dnia, małe i wielkie rzeczy w życiu, dziś zachwyca mnie głęboki jak rwąca rzeka płacz. Niech oczyści wszystkie nasze rany. Wierzę, że potem będziemy jak świeżo wyprane miasto.

Delight to zbiór esejów autorstwa J.B. Priestleya, które powstawały w 1949 roku w nieciekawej, brytyjskiej, powojennej rzeczywistości. Pomysł ten zrecyklingowała Hannah Jasne Parkinson, której książką Drobne Przyjemności zostałam obdarowana i… o ile pomysł mnie zachwycił, o tyle wrażliwością językową i sposobem odczuwania świata znacząco się od autorki różnię. Zainspirowana, postanowiłam jednak zapoczątkować serię poniedziałkowych wpisów na temat małych zachwytów, do której mam nadzieję i Wy się przyłączycie, kiwając ze zrozumieniem głowami lub wymieniając w komentarzu własne zachwyty z minionego tygodnia. Wierzę, że ustawienie rejestru na małe cuda codzienności może przynieść wiele ulgi i napawać nadzieją w postcovidowym świecie, w którym inflacja i wojna spędzają wielu sen z powiek. Odczarujmy razem poniedziałki naszymi mikrozachwytami! Do usłyszenia za tydzień

Kiedy jest mi źle, kiedy barki ze stresu podjeżdżają mi do góry, a moje ciało jest w reakcji walcz lub uciekaj, nic nie robi mi tak dobrze, jak wyobrażenie sobie, że stoję tam, w ogrodzie z widokiem na ocean, a mokre grudniowe powietrze otula mnie zapachem figowego drzewa, które rośnie przy wejściu do ogrodu.

Figowce towarzyszą mi od dzieciństwa, ale przez lata nie uświadamiałam sobie miłości do nich. Nawet nie do ich owoców z miękką skórką i rubinowym wnętrzem, które smakują dobrze tylko prosto z drzewa, nagrzane promieniami południowego słońca. Bardziej chodzi o ich liście o przyjemnym kształcie i o soczysty zapach zieleni połączony z czymś lekko mlecznym, aksamitnym, mechatym. Ten odurzający kontrast słodyczy, cierpkiego soku i kremowości zawsze mnie koi, jest moim bezpiecznym miejscem.

Delight to zbiór esejów autorstwa J.B. Priestleya, które powstawały w 1949 roku w nieciekawej, brytyjskiej, powojennej rzeczywistości. Pomysł ten zrecyklingowała Hannah Jasne Parkinson, której książką Drobne Przyjemności zostałam obdarowana i… o ile pomysł mnie zachwycił, o tyle wrażliwością językową i sposobem odczuwania świata znacząco się od autorki różnię. Zainspirowana, postanowiłam jednak zapoczątkować serię poniedziałkowych wpisów na temat małych zachwytów, do której mam nadzieję i Wy się przyłączycie, kiwając ze zrozumieniem głowami lub wymieniając w komentarzu własne zachwyty z minionego tygodnia. Wierzę, że ustawienie rejestru na małe cuda codzienności może przynieść wiele ulgi i napawać nadzieją w postcovidowym świecie, w którym inflacja i wojna spędzają wielu sen z powiek. Odczarujmy razem poniedziałki naszymi mikrozachwytami! Do usłyszenia za tydzień

.