Category

fotomigawki

Category

Maj zaczęłam majówka, co brzmi absurdalnie, ale nigdy nie jest oczywiste, gdy prowadzi się własną DG. Pojechaliśmy na chwilę do Szczecina i zahaczyliśmy o Lubsko, więc wróciliśmy obładowani skarbami ze sklepów ze starociami – żyrandolem do łazienki, dwoma wazonami i innymi szpargałami. A na tym zdjęciu siedzę sobie na dachu samochodu i jestem taka, jaką lubię siebie najbardziej – naturalna, poczochrana i rozmarzona od gapienia się w tańczące czubki sosnowego lasku okalającego jezioro.

blimsien myszkanko

Ach, spóźnione kwietniowe love! Sporo się działo i, mimo że pandemia nie odpuszcza przyszła spóźniona wiosna, a wraz z nią oddech świeżości. Co prawda myszkanko nadal w stanie mocnej dekonstrukcji, ale za to ja w swoim żywiole! Wyszperałam na starociach tę piękną karafkę – rybę z ZSRR. Mam do niej jeszcze 4 małe kieliszki, ale kupiłam ją z myślą o tym, że będzie pełnić funkcję ozdobną lub występować jako wazon. To niesamowite jak na lakierowanej na wysoki połysk meblościance mogłaby wyglądać ponuro, a tu w otoczeniu kolorowych książek i świeżo wymalowanej ściany nabiera azjatyckiego kontekstu. Bardzo lubię osadzać przedmioty w innym środowisku niż to, z którego są znane.

mężczyzna stojący boso na śniegu

Mam wrażenie, że od początku pandemii najwięcej zdjęć, które przynoszę ze sobą do domu, to zdjęcia drzew. Fotografuję głównie sosny, czasem zaplącze się pies i jego pan. Ale to nieważne, całkiem nieźle sobie radzę w tej sytuacji. Dużo gotuję, czytam, oczywiście tęsknię za tamtym przedpandemicznym światem, ale tłumaczę sobie, że w każdej sytuacji znajdę dobre strony i że umiem się adaptować. I się adaptuję.

sosnowy las zimą

Uwielbiam las o każdej porze roku.

kobiece bose stopy na śniegu

Wszystko się topi. Czy wiosna naprawdę ma zamiar już przyjść? Trochę mi będzie smutno, ta zima była taka piękna.Wisła zimą dziki brzeg

Bardzo lubię to, że w Warszawie jest łatwy dostęp do dzikiego brzegu Wisły. Dzięki temu mogę tam być o różnych porach roku i za każdym razem zakochuję się coraz bardziej.

wyżeł weimarski ogląda iglo ze swoim opiekunemA tak było raptem tydzień wcześniej.

płatek śniegu

zima WarszawaDacie wiarę, że nigdy nie widziałam zamarzniętego Bałtyku? Wisła musi mi wystarczyć.

piesek warszawski

Niesamowicie bajkowo – cicho, ale trochę jak przed burzą. Szare niebo kotłowało się gęste i napierało na zmarzniętą ziemię. Pokochałam takie zimowe krajobrazy dzięki podróży do Tromso. 

zima 2021

Kosmiczny krajobraz.

Wisła 2021

Zadziwia mnie ten rok. Sposób w jaki przeplata małe zachwyty i chwile goryczy, radość i wdzięczność, co rozpiera serce a potem ból tak słony i żrący, że aż rozrywa ciało. Być może ten rok jest tak bolesny i intensywny, by zasiać w nas ziarenka zmiany, które zaowocują czymś dobrym. Tak sobie to tłumaczę. Zachwycam się, wzruszam, płaczę zwinięta w kulkę. Przesypiam, zajadam, perfekcyjnie zdrowo sobie z tym radzę. Cały kalejdoskop w 12 tylko miesiącach. Dziś o 11 z nich.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, bo skąd niby mogłam wiedzieć- kiedy mgła jak zakurzona kurtyna w teatrze w końcu podniosła się do góry, ukazało się nam błękitne niebo, zimne, ale jasne słońce i ostatnie zdjęcia były nawet wakacyjne, gdyby nie ten płaszcz i czapka. To iluzoryczne, wymalowane pastelami lato zmyliło mnie i o czym jest ta historia, zrozumiałam dopiero ponad miesiąc później.

We wrześniu działo się tyle, że nie zdążyłam nawet z fotopodsumowaniem, że nie wiem nawet, od czego zacząć i że wątpię w ten format, gdyż wydaje mi się nagle zbyt prywatny, dokumentalny. Jakby same słowa były ok, same obrazy też, ale zaserwowanie ich razem, było jak seks przy zapalonym świetle. Można rozebrać się w świetle dnia (zdjęcia), można też kochać się po ciemku (słowa), ale połączenie jednego z drugim jest naprawdę aktem dużego zaufania i chęci wejścia w świat drugiego człowieka. Tylko że tu performerką jestem wyłącznie ja. Jak cam girl? Nigdy nie chciałam być cam girl, więc dziś tekstu będzie mniej.

fot. Zuzanna Szamocka

Lipiec był u mnie intensywny i to wpisuje się w kanon pracowitych lat, gdzie sezon rozpoczynam przeprowadzką. Tym razem jednak już od końca kwietnia nie miałam domu i przenosiłam się z miejsca na miejsca z psem i całym psio-ludzkim majdanem.

Przez większość czasu moje życie wyglądało mniej więcej tak. To uświadomiło mi, że nadmiar przemieszczania się i podróżowania nie sprzyja u mnie pobudzeniu kreatywności, a wzmaga niepokój, podnosi vatę i sprawia, że moje ciało się spina. Wiedziałam to od dawna, ale teraz mogłam doświadczyć na własnej skórze i upewnić się, że rutyna, bezpieczny port i powtarzalność są moją bazą do lotu w kosmos.

Domowe sposoby na ból pleców – Tru Plus Elektrostymulator

Dźwiganie gratów, obce łóżka i spanie na dmuchanym materacu odbiły się na stanie moich pleców. W ruch poszło urządzenie od TRU+ o którym pisałam TU. Oczywiście wszędzie też przemieszczałam się wszędzie z poduszką z gryki i tylko to sprawiło, że jako tako jestem w jednym kawałku. Teraz już na spokojnie zapisałam się do mojego fizjoterapeuty Marcina z Projekt Masaż, żeby mnie poukładał od nowa. Wystarczy obciążać daną część ciała, żeby reszta chciała to wyrównać, często powodując kolejne napięcia. Potem wszystko idzie jak domino, dlatego dbam, zanim zmiecie mi ostatnią kostkę i będzie game over.

A kiedy już udało nam się wprowadzić, kilka dni później okazało się, że ja i nasza suczka musimy się przeprowadzić w inne miejsce, bo Radża pracował z osobą zarażoną COVID i miał kwarantannę. Mnie przed wspólną posiadówą uratował wyjazd, który rozdzielił nas przed całym zdarzeniem. Na szczęście test potwierdził, że nie ma korony, no ale przymusowa banicja wprowadziła jeszcze więcej zamieszania.

Nasze mieszkanie nadal w dużej mierze wygląda tak. Nie mamy lodówki ani pralki. Nie mamy też szafy i nie rozpakowaliśmy kartonów (bo nie mamy gdzie trzymać rzeczy).

Za to mamy łazienkę! I może nie jest w 100% skończona, ale mogłam rozłożyć kosmetyki, a prysznic jest wielki i fantastyczny. Całą metamorfozę mieszkania pokażę w osobnym poście, na razie małymi kroczkami zmierzamy do celu.

Pamiętacie mój archiwalny wpis o tanich śniadaniach i fajnych miejscach na Mokotowie (klik)? Nic się nie zmieniło! W Mozaice nadal dobrze i tanio karmią.

Oto dowód.

W lipcu przekonałam się też, że minimalizm jest przereklamowany. Przynajmniej dla mnie! Żyjąc o 5 sztukach odzienia, ciągle czegoś mi brakowało, za czymś tęskniłam, jedno się suszyło, drugie się prało, a mi ciągle było za ciepło, za zimno, a stopa po 3 miesiącach chodzenia w 2 parach butów na zmianę złapała przykurcz (buty w rozmiarze 38, które są ok od czasu do czasu, nie nadają się jednak do noszenia non stop gdy ma się rozmiar 38,5 – no, a przynajmniej w lewej stopie). Także często miałam poranki z gatunku – nie mam w co się ubrać – tym razem całkiem dosłownie. W ciepłe dni koszulki po prostu schły bezpośrednio na mnie.

Lipiec to czas, kiedy mogę pochwalić się efektami mojego drugiego skin coachingu w życiu. 5 lat temu zaufałam Blance Społowicz i pisałam o tym tu (klik). W tym roku coś ostro nie grało ze skórą mojej twarzy i w końcu skapitulowałam i udałam się po profesjonalną pomoc. Nie chcę sama tłumaczyć, na czym polegał mój problem i jaką mam rutynę pielęgnacyjną, ale jeśli jesteś ciekawa, to przeczytasz o tym bezpośrednio na blogu Blanki (klik).

A kiedy już mogłam rozpakować kosmetyki, odnalazłam karton z brązującym balsamem i samoopalaczem w płynie. Tego drugiego używam do twarzy i bardzo lubię, bo jest łatwy w obsłudze i daje bardzo naturalny efekt, a teraz używam mocnych filtrów, więc jestem blada (zdecydowanie wolę siebie w opalonej wersji). Ten kosmetyk nie jest tani, ale jest wart swojej ceny. Po cichu mam tylko nadzieję, że nie wejdzie w kolizję z moją reaktywną ostatnio cerą.

Bardzo niewygodny z powodu mieszkania i bardzo aktywny miesiąc obfitował również w wyjazdy solo.

I tak np. uczyłam się masować, diagnozować z języka i pulsu oraz gotować po ajurwedyjsku.

Wszystko to w pięknych okolicznościach przyrody i z zerowym zasięgiem sieci. Bardzo doceniłam offline.

W moim mieście również dużo bywałam w naturze. Tropię dzikie miejsca w Warszawie.

A wcześniej udało mi się dotrzeć na Warmię. To część mojego pomysłu, by stworzyć mapę miejsc i punktów, gdzie można osięzadbać. Taki przewodnik z rekomendacjami chciałam stworzyć już w zeszłym roku. Zrobiłam plany i… przyszła Korona. Wiele z tych planów przepadło, ale też coś zostało. O wyjazdach ze Slow Living Poland napiszę osobny tekst, tymczasem zostawiam Wam namiar już teraz, bo może zechcecie skorzystać jeszcze tego lata!

Ja wybrałam wyjazd na Warmię, gdzie atrakcjami była joga i koncerty mis tybetańskich! Wspaniałe doświadczenie. Pojechałam sama. Nie mam auta, zabrałam się z dziewczynami z Warszawy i podzieliłyśmy się kosztami paliwa. Chcę Was bardzo zachęcić do takiego podróżowania solo. Dawno, dawno temu w Krakowie, wydawało mi się, że jak nie jadę gdzieś z partnerem, to powinnam siedzieć w domu. A on nie miał czasu, żeby podróżować. Dziś już nie czekam aż partner lub ktoś ze znajomych będzie podzielał moją chęć czy pasje – nie każdego musi bawić joga, wodne sporty lub cokolwiek innego, ale to nie powinno powstrzymywać mnie.

Pomysł wyjazdów ze Slow Living polega na połączeniu czegoś dla ciała z czymś dla ducha, pysznym jedzeniem i naturą. Dla mnie to kombinacja idealna!

Miałam też przyjemność odwiedzić leśna spa. Było tak dobre, jak słyszałam!

fot. Zuzanna Szamocka

Poza wyjazdami badałam też inne inicjatywy. Yoga Brunch organizowany przez SSU odbywa się w Warszawie i na Helu. Dostaniecie tu pięknie zaserwowaną jogę i śniadanko.

fot. Zuzanna Szamocka
fot. Zuzanna Szamocka

Dopiero tam nauczyłam się sztuczki, żeby robić zakładkę na macie, jeśli muszę na niej przyklęknąć. Wcześniej zawsze używałam koca lub po prostu cierpiałam męki (jestem koścista i mi twardo).

fot. Zuzanna Szamocka

Mam takie założenie, że chciałabym, żeby fotomigawki stanowiły serię wysmakowanych obrazków. Obrazków spójnych kolorystycznie, tematycznie i smacznie podanych. To założenie wyprzedza jednak inne jeszcze ważniejsze założenie! Założenie, które mówi, by nie pokazywać w internecie wszystkiego, ale nigdy nie fejkować i nie zakłamywać, nie lukrować i nie udawać. Moje ostatnie miesiące były ciężkie, chaotyczne, poszarpane i nadwyrężające. Widać to po tych zdjęciach, które są zbieraniną zdjęć moich i cudzych, z telefonu i robionych profesjonalnym sprzętem. Kolory od sasa do lasa, kadry też. Wolałabym, żeby było inaczej, ale nie umiem odpuścić prawdy. Niech więc lipiec będzie dowodem na szukanie piękna i robieniu przestrzeni na przyjemności pomimo wszystko. Nie zawsze to przychodzi łatwo, ale wierzę, że właśnie te momenty składają się na wspomnienia. Zmęczenie w końcu odparuje.


 

Jestem miss czerwca. Kocham i uwielbiam. Piwonie w rozkwicie, pierwsze maliny, wypady w naturę, letnie popołudnia z miło sączącym się światłem, młodą kapustę, truskawki. Za wszystko! Ten czerwiec był inny niż każdy, jak cały ten przedziwny rok. Spędziłam go niemal w całości w Szczecinie, wracając do Warszawy z powodu kręgu organizowanego ze Slow Living Poland. Warszawa wydała mi się głośna i nużąca, choć w samym Szczecinie tak bardzo za nią tęskniłam.

.