Moim największym kinkiem stało się poczucie bezpieczeństwa i regulacja układu nerwowego. Szukanie momentów, w których czuję się bezpiecznie w ciele i rozpływanie się w tym uczuciu, choćby trwało i przez trzydzieści sekund.

Moje pierwsze wspomnienie tego typu jest o kurczaczku. A tym kurczaczkiem jestem ja. Mogę mieć może 5 lat i któreś z rodziców wyciąga mnie z wanny, stawia na sedesie i opatula świeżo wypranym ręcznikiem, mówiąc czule „chodź tu kurczaczku”. Przez chwilę stoję owinięta jak frotté burrito, jest mi chłodno, ale ręcznik jest puszysty i daje miły komfort i poczucie bezpieczeństwa. Do dziś uwielbiam uczucie okrycia się dużym ręcznikiem i danie sobie chwili, zanim zacznę się wycierać.

Podobnym przeżyciem jest samotne spanie w łóżku, kiedy można owinąć się szczelnie kołdrą tak, żeby każda krawędź była zawinięta i umieszczona pod ciałem. Wiadomo wtedy, że przeciągi niestraszne, a i żaden potwór z ciemności nie przyjdzie i nie chapsnie nas w tyłek.

To także moment savasany po intensywnej sesji jogi, kiedy oddech uspokaja się, ciało schładza i powoli opada na podłogę w kompletnym rozluźnieniu. Czasem dopiero wtedy czuję, jak moje policzki, skóra czoła, mięśnie wokół ust rozluźniają się i grawitują w kierunku uszu. Jestem jak kostka czekolady topiąca się na słońcu w lipcowy dzień.

Czasem to kołdra obciążeniowa, która uspokaja system nerwowy i daje wrażenie miłego utulenia oraz uziemienia. Wspaniała metoda autoregulacji po dniu pełnym zabiegania.

Szukam „momentów kurczaczka” intencjonalnie. Wychwytuję je, wyławiam z codzienności, a czasem celowo stwarzam. Rozgaszczam się w nich. Normalizuję je. Rzucam mojemu wewnętrznemu kurczaczkowi okruszki, mówiąc: najadaj się tym maleństwo. Zobacz, jak to jest czuć się bezpiecznie. Zobacz, jak to jest, bo buduję dla Ciebie tego więcej i chcę, żebyś kurczaczku był na to gotowy.


Delight to zbiór esejów autorstwa J.B. Priestleya, które powstawały w 1949 roku w nieciekawej, brytyjskiej, powojennej rzeczywistości. Pomysł ten zrecyklingowała Hannah Jasne Parkinson, której książką Drobne Przyjemności zostałam obdarowana i… o ile pomysł mnie zachwycił, o tyle wrażliwością językową i sposobem odczuwania świata znacząco się od autorki różnię. Zainspirowana, postanowiłam jednak zapoczątkować serię poniedziałkowych wpisów na temat małych zachwytów, do której mam nadzieję i Wy się przyłączycie, kiwając ze zrozumieniem głowami lub wymieniając w komentarzu własne zachwyty z minionego tygodnia. Wierzę, że ustawienie rejestru na małe cuda codzienności może przynieść wiele ulgi i napawać nadzieją w postcovidowym świecie, w którym inflacja i wojna spędzają wielu sen z powiek. Odczarujmy razem poniedziałki naszymi mikrozachwytami! Do usłyszenia za tydzień.

.