Energia jak senny wąż spełza z kręgosłupa w dół, zataczając coraz mniejsze koła i zwija się w kłębek w okolicach kości krzyżowej. Nie tylko soki drzew ściągają się do środka, również ciemna krew zmęczona intensywnością lata cofa się, oddala z peryferyjnych krain czubka nosa, palców stóp, opuszków dłoni. Z małych i płytkich naczyń cofa się do wewnątrz, kłębi blisko organów, coraz bardziej słodka, lepka i ciężka od masła i orzechów. Ja też się wycofałam. Dokańczam procesy, dożywam emocje. W przejrzystym i błękitnym od zimna powietrzu pozwalam opadać ostatnim iluzjom, wybrzmiewać refrenom piosenek, których nie chcę już dłużej śpiewać, ani tym bardziej ich słuchać. Pozwalam umierać starym marzeniom. Przede wszystkim jednak pozwalam sobie zauważyć koniec cyklu i nieodwołalną śmierć tam, gdzie wcześniej nie chciałam jej widzieć. Do wiosny jest jeszcze daleko. Nie spieszy mi się.

Według ajurwedy w każdym daniu potrzebujemy wszystkich sześciu smaków. Każdy z nich odpowiada konkretnej fazie trawienia. Każdy z nich w nadmiarze szkodzi. W życiu jest podobnie. Zbyt wiele słodyczy zalepia świat magmą lub przeciwnie — pobudza i sprawia, że to, co było radosnym drżeniem dzwoneczka staje się nagle nieznośnym przebodźcowaniem, hałasem, którego wibracji nie można powstrzymać, elektrycznym bzyczeniem. Jednak nawet gorycz, która jest odtrutką na słodkie, gdy występuje w nadmiarze, szkodzi. Wszystkiego po trochu i w zależności od sytuacji. Tak samo w życiu. Jesienią płakałam dużo, a łzy słone jak morze kapały mi po brodzie, podrażniały skórę policzków, ale później oddychało mi się lepiej. Nauczycielka na jodze nieustannie zachęca nas do puszczenia nogi. Chce drżeć? Tym lepiej dla ciebie, niech uwolni, pozwól jej. Zakopuję się w pościeli i pozwalam również w kokonie z kołdry otulać moje wewnętrzne drżenie i uwalnianie, skoro tym lepiej dla mnie…

Zimą widać lepiej, bo zima ściąga kolory, ukrywa zapachy i wbija lodowe palce pod żebra, szczypie w policzki, konfrontuje. W tym roku postanowiłam nie czekać, aż się przemęczę i rozpadnę. W tym roku miałam albo odpuścić dużo wcześniej, albo cisnąć aż do końca, ale nie zrobiłam ani jednej z tych dwóch rzeczy, za to postanowiłam zaufać swojej intuicji i dać sobie więcej luzu teraz — pośrodku niczego. Powoli rozciągam się na macie. Zapomniałam już, że joga według Iyengara odpowiada mi znacznie bardziej niż modne vinyasy. W każdej pozycji jest precyzja i czas, dużo czasu. Badam, gdzie mam palce, czy ramiona są w jednej linii? Sprawdzam obie stopy. Odnajduję oddech. Mam czas poczuć rozciąganie napiętego ze stresu pośladka i ograniczoną ruchomość barków. Niosły przez ostatnie lata tyle, że skamieniały. Już nie niosą i jeszcze nie wiem, jak wyrwać się z tego odrętwienia. W domu praktykuję przy Czajkowskim i jest to doświadczenie niemal mistyczne. Lubię wchodzić na matę, gdy jest ciemno i błyszczy tylko solna lampa, jak pomarańczowe leniwe słońce, które wtoczy się zaraz do oceanu. Wtedy dzień się skończy, tak jak skończył się tamten najlepszy w moim życiu grudzień nad oceanem.

Każdy wieczór zwieńczam masażem stóp. Nie podgrzewam nawet oleju, wychodząc z założenia, że zrobione jest lepsze niż perfekcyjne. Olej pachnie lawendą, stopy rozluźniają się, a rano są miękkie. Śpię dobrze. Przed snem czytam książki. Nic mądrego, ostatnio Jojo Moyes. Czytam dla przyjemności, dla rozluźnienia i żeby nie żyć przez chwilę swoim życiem, tylko cudzym, ale bez konieczności udzielania rad, przed czym wciąż jeszcze trudno mi się czasem powstrzymać.

Myślę o tym, by wykorzystać ostatnie dni grudnia na totalne porządki, takie, które wymagają religijnego wręcz namaszczenia. Jestem gotowa rzucić się ze szczoteczką do zębów na przypodłogowe listwy. Ostatnio nawet wyrzuciłam niechcianą książkę do śmietnika. Od tego świętokradztwa, gorszego niż wyrzucenie zeschniętego chleba, zamiast zostawić go na pastwę szczurów i psów, które trzeba potem leczyć u weterynarza, o dziwo nie uschła i nie odpadła mi ręka. Była to jakaś beznadziejna i pożółkła książka, którą wysłało mi kiedyś wydawnictwo. Autorka jest natchnioną i zainspirowaną new-age Amerykanką. Poczułam ogromną ulgę, wyrzucając to wszystko. Bycie grzesznikiem bywa całkiem miłe. Nawet moja wewnętrzna Piczka Zasadniczka nic nie powiedziała. Wszystkim nam ulżyło, że nie musimy teraz myśleć pozytywnie i afirmować.

Teraz liczą się ciepłe posiłki. Ostatnio znów nie mogę odczepić się od polenty gotowanej na maśle z hojną szczyptą gałki muszkatołowej i cheddarem. Ta miękkość i maślaność podkreślona pieprzem i świdrującą ziemistością gałki miło kontrastuje z kłującym powietrzem, które jest na zewnątrz. To teraz moja pierzynka od środka. Otula brzuch i rozleniwia mnie, gdy rozpieram się na fotelu.

Nie jest jednak tak, że w ogóle uciekam od zimna. Sypiam teraz przy zakręconym grzejniku i spotykam się z grubą warstwą lodu na lodowisku. Nie jestem pewna, jakiej płci jest lodowisko, ale to chyba ono. Często się nad takimi rzeczami zastanawiam. Morze u nas bezosobowe w innych językach jest kobietą. Bardzo słusznie, woda to pramatka nas wszystkich, a ocean to wielki brzuch pełen życia. Nawet księżyc to u nich ona, a u nas on. Przyzwyczaiłam się, że to facet, zimny, milczący, nieprzenikniony, stały. Wracając do lodowiska, czuję, że lód jest bezosobowy. Gdyby woda była superbohaterką w bajce Disneya, lód byłby jej orężem, jest w nim coś onieśmielającego i obezwładniającego. Lód mnie magnetyzuje. Uwielbiam stać na nim i czuć jego zimny oddech, który dmucha mi w twarz, choć przecież nie ma oddechu i nic nie dmucha. To właśnie jego niema siła.

Rozkoszuję się nią i życzę sobie, żeby mnie przemieniła. Pozwalam sobie teraz emocjonalnie na każdy z sześciu smaków. Na niektóre się krzywię, inne nie są w moim typie, całkiem jak brukselka, którą ostatnio kupuję i zjadam. Mimo to znajduję ciche zadowolenie w tej różnorodności. We wszystkich stanach skupienia, we wszystkich emocjach. Jakaś część mnie je przeżywa, ale inna tylko to obserwuje, w dodatku z zadowoleniem, nawet kiedy ta pierwsza wije się w spazmach bólu, żalu lub nastoletniej złości. Mogę być smutna, a za chwilę dostrzegam słońce lub migoczący jak brokat śnieg i jestem zachwycona. I to wszystko dzieje się na raz, mieści się we mnie, a nie jestem przecież aż taka duża. Zdumiewające! Myślę, by właśnie teraz stworzyć listę 100 rzeczy, które chcę zrobić jeszcze w życiu. Zaktualizuję tej zimy starą wersję siebie. Tamto oprogramowanie wygasło, ale nowego jeszcze nie znam. Chciałabym się poznać na nowo. Na nowo dowiedzieć się, o czym marzę i co naprawdę lubię.

Może tego o mnie nie wiecie, ale często zapisuję sobie różne zdania, które do mnie przychodzą, a czasem, które gdzieś wyczytam. To musi być wyczytane, za nic jednak nie mogę zlokalizować, kto to napisał. A jednak pasuje do tej gorzko-słono-słodkiej końcówki roku, do restoratywnej jogi, do chłodu i do ciepła. Rozpadu i zachwytu. Do tej części cyklu, w której umieramy, ale mając nadzieję, że to nie jest jeszcze ostatni raz:

„Wczołguję się do jaskini mojego serca, by się uzdrowić”.

Pozwólmy sobie teraz być w tych jaskiniach. W minimalnym ruchu. Ciszy i ciemności. Jaskinie mają mineralny smak i są surowe, ale wiem, że wiosną wykluje się z nich piękno. Do tego trzeba regeneracji i spokoju. O tym jest zima.

...

8 komentarzy

  1. Kurde Blum, dawno nie zaglądałam i zapomniałam, jak ty fenomenalnie piszesz. Piękne.

  2. Oh jaki to cudowny tekst… przepiękny, dziękuje ❤️❄️

  3. Ten tekst bardzo rezonuje z tym, co się u mnie teraz dzieje. Dziękuję za te opisy akceptacji i łagodności, inspirują mnie do poszukiwania ich we własnym życiu.

  4. Bardzo bliskie mi słowa. Uwielbiam to, jak malujesz słowami emocje, stany, wszystko. I tak lubię to, że wiesz że „umiesz w słowa”. To też jest piękne.

Leave a Reply

.